Marcowe Love

piątek, 10 kwietnia 2015 | 7 komentarzy:
W kalendarzu niemal połowa kwietnia, a ja któregoś ranka zdałam sobie sprawę, że w ostatnim czasie w moje ręce wpadło kilka kosmetyków, które w szybkim czasie mogę uznać za ulubione w danej kategorii. Tym samym przedstawiam kosmetyczne perełki, które swoim działaniem urzekły mnie na tyle, że uznałam je za warte polecenia, a razem tworzą faworytów w kategorii pielęgnacji :)




W moim (po)wielkanocnym koszyku, znalazły się głównie produkty pielęgnacyjne, zorientowane wokół nawilżania. Po zimie moja skóra w zasadzie na całym ciele jest w dość opłakanym pod tym względem stanie: moja cera, latem mieszana i przetłuszczająca się, zimą bezlitośnie przeistoczyła się w pustynię, na której żaden podkład nie chciał ładnie wyglądać, a wszelkie niedoskonałości czy ślady uwydatniły się jak za dotknięciem nieprzyjaznej różdżki. Trudno było mi stwierdzić, na jakim etapie pielęgnacji najlepiej mogę pomóc swojej skórze, jednak dziś widzę, jaki kosmetyk zdecydowanie jej pomógł. Mowa tu o olejku do mycia twarzy Ziaja z serii Ulga, który dorwałam na promocji w Superpharm (kosmetyki do demakijażu 1+1 gratis). Nie jestem specjalną fanką kosmetyków tej marki i nie wymagam od nich cudów, jednak ten olejek faktycznie mnie zaskoczył. Dokładnie zmywa makijaż i oczyszcza skórę, nie mam po nim wrażenia, że potrzebuję użyć jeszcze czegoś do demakijażu w mleczku lub płynie. Jednocześnie skóra nie jest w ogóle nadmiernie napięta ani przesuszona, jak to zwykle miało miejsce. W zasadzie nie używałam go do mycia reszty ciała, choć nazwa sugeruje, że jak najbardziej można - do twarzy sprawdza się bardzo dobrze. Przypomina mi nieco słynną emulsję do mycia twarzy Alterry z granatem, ale nie ma w ogóle zapachu i ogólnie pozostawia skórę w lepszej kondycji, niż Rosmannowy odpowiednik. Cena też, choć nie pamiętam precyzyjnie, jest przyjazna dla portfela - jak to Ziaja.
Wartym uwagi kosmetykiem oczyszczającym z kolei włosy okazała się, po raz kolejny, Alterra. Mimo że próbuję rozmaitych szamponów, to do tej serii wracam z podkulonym ogonem. Tym razem jest to wersja z kofeiną, jednak generalnie, niezależnie od rodzaju, te szampony po prostu robią moim włosom dobrze: odpowiednio myją, nie przesuszają, ani też nie tworzą przeciążającej je warstwy. Wychodzę z założenia, że wolę nawilżyć czy zabezpieczyć włosy odżywką lub maską, niż wszystkorobiącym szamponem, więc ta seria naprawdę daje radę. Moje włosy są raczej cienkie i suche, i do takich też mogę z czystym sumieniem ją polecić. 


Kolejnym sprzymierzeńcem w walce z suchą skórą okazał się żel Isana z serii Urea. Często sięgam po żele do kąpieli tej marki, bo ceny w granicach 3-5zł sprawiają, że kupuję je głównie ze względu na zapach i nie zwracam specjalnej uwagi na funkcje pielęgnacyjne. Ten egzemplarz okazał się z kolei nie pachnieć powalająco (wyczuwam granat i ogólny, mleczny aromat trochę jak kosmetyków Nivea), ale pielęgnacyjnie daje radę. Niestety, większość mocno pachnących i pieniących się kosmetyków, jak np. moje ukochane żele Palmolive nie robi skórze najlepiej, moja po kąpieli w takich bąbelkach wręcz skrzypi. Używając tego żelu, a dodatkowo wlewając do wanny kroplę oliwki, np. Alterra - kąpiel to dla skóry naprawdę łaskawe, a wręcz odżywcze doświadczenie. Do tego stopnia, że po wyjściu z wanny nie muszę już wcierać balsamu - a że to jedna ze znienawidzonych przeze mnie czynności, naprawdę to doceniam ;). Nie przepadam też za używaniem kremu do rąk - jestem w ciągłym biegu i nawet tych kilka minut, gdy krem się wchłania, nadszarpuje moją cierpliwość. Niestety, stan moich skórek wokół paznokci na tyle rujnuje efekt moich wysiłków przy manicure, że w ostatnim czasie pilnuję się i regularnie używam kremu - zwłaszcza, że widoczny na zdjęciu Lipidowy krem do rąk Mixa z mlekiem owsianym naprawdę działa. Mam na codzień doczynienia z domownikiem, który walczy ze skórą atopową, i to pierwszy drogeryjny krem, a nie lecznicza maść, która naprawdę skutecznie wyleczyła stany zapalne skóry na dłoniach. Mowa tu o szorstkiej, zgrubiałej skórze na zgięciach palców czy wierzchu dłoni, na które nie działało wcieranie żelu aloesowego, kwasu hialuronowego czy maści z witaminą A. Również ja, po nałożeniu kremu wieczorem, rano wciąż mam wrażenie nawilżenia skóry dłoni. Chociaż to był ślepy strzał i skusiła mnie po prostu ekspozycja w drogerii, to póki co pozostanę wierna Mixie. Przynajmniej w tej kategorii, bo krem CC mnie rozczarował :). W koszyczku znalazła się także wcześniej wspominana pomadka rumiankowa Alterra - jako prawdziwy sprzymierzeniec w walce o nawilżone usta.


Żel do skórek Sally Hansen to całkiem świeży nabytek. Odkąd korzystam z domowego zestawu do manicure hybrydowego, zajmowanie się paznokciami to prawdziwa przyjemność. Niestety, skórki to moja zmora. Zawsze trochę za bardzo odstające, a w chwilach stresu albo nudy uporczywie wyskubywane. W każdym razie ten żel naprawdę wspomaga i przyspiesza prace wokół skórek i paznokci, skutecznie zmiękcza i pozwala dokładnie odsunąć zbędny naskórek. Kupiony w Rossmannie za 20 kilka złotych, na Allegro do znalezienia sporo taniej. A warto :).


W ulubionej gromadce znalazł się także znany reprezentant marki La Roche Posay, czyli Effeclar Duo+. Jeszcze w lutym kupiłam go w promocji w SuperPharm, w zestawie z miniaturami do pielęgnacji twarzy za 46zł. Do zakupu skłoniło mnie poszukiwanie czegoś, co spłyci ślady po trądziku i wyhamuje nieco wysyp, jakiego w tamtym okresie doświadczyłam. Znajoma poleciła mi wtedy Effeclar, jako wstęp do tematu przed wypróbowaniem kwasów czy bardziej zaawansowanej pielęgnacji złuszczająco rozjaśniającej. I chociaż dziś nadal myślę o czymś, co mocniej poprawi wierzchnią warstwę skóry i pozwoli mi pozbyć się głębszych śladów, to Effeclar bardzo fajnie unormował kondycję cery i odkąd go stosuję, praktycznie nic niepożądanego się już na niej nie pojawia. Używam głównie na noc, choć czasem także pod makijaż - nada się w obu przypadkach.


W kwestii ulubieńców marca wygląda to na tyle, bonusowo załapała się jeszcze kawa XL, obowiązkowo z pianką z mleka sojowego :) czyli mój ostatnio poranny niezbędnik. Chętnie poznam Wasze typy dla suchej skóry, a zwłaszcza - dla przesuszonych włosów - bo teraz to znajduje się na moim celowniku :)

PS. To także pierwszy wpis popełniony nowym sprzętem - dopiero go oswajam, ale cieszę się jak dziecko. Mam nadzieję, że różnica jest widoczna, i że jest na plus! 


Zapraszam do dyskusji:
  1. U mnie do demakijazu sprawdza sie olejek z biochemii urody ( w wersji bezzapachowej, bo pomarancza zle mi sie kojarzy po przygodzie z olejkiem arganowym ze starej mydlarni). Dobrze zmywa, dobrze sie splukuje, nie wysusza i nie sciaga skory i jest wydajny :) tylko nie wiem jak wypada cenowo ( jesli dobrze pamietam 11 zl) w porownaniu z ziaja, pewnie kosztuje troche wiecej, ale to nadal cena do przelkniecia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki przedział cenowy to nic jeśli chodzi o skuteczny efekt demakijażu. Muszę spróbować z olejkami, nigdy ich do tego celu nie stosowałam! Zanotuję :)

      Usuń
  2. Ten żel do skórek znajdzie się u mnie, jak skończę obecny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze się sprawdza, chociaż ja i tak jestem fanką wcześniejszego "namoczenia" się w wannie, dla ułatwienia :D

      Usuń
  3. no i właśnie... i ja widzę, że powinnam sięgać po te tani kosmetyki ISANA i Alterra - bo sa tanie i nie zawierają tych SLS-ów które wysuszają mi skórę....

    a co z kremami Alterra?
    są OK?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tej chwili trudno mi sobie przypomnieć dokładne składy, ale w dużej mierze są naprawdę fajne - bez zbędnych dodatków, wegańskie i proste. Zdecydowanie warto im się przyjrzeć.

      Usuń