Chociaż czerwiec był bardzo przewrotny, jeśli chodzi o pogodę, to lipiec przywitał nas już naprawdę letnią temperaturą. W najbliższych dniach upały mają sięgnąć ponad 30 stopni, więc czas sięgnąć po mocniejsze kremy z filtrem – te w podkładzie czy pudrze mogą nam już nie wystarczyć. Jeśli wciąż nie macie swojego faworyta, to przychodzę dziś z kandydatem od Vichy – który podbił już wiele serc – sama sugerowałam się wyborem np. na Wizażu i od jakiegoś czasu jest już ze mną. 

Dużo się o filtrach mówi – głosy dzielą się na zwolenników filtrów chemicznych lub mineralnych, a coraz częściej słychać też opinie, że filtry to wymysł koncernów farmaceutycznych, i że nie musimy ich stosować. Ja należę do tej grupy, która mimo wszystko filtry stosuje, może nie w takim stopniu, jak np. mieszkanki krajów azjatyckich, ale w miesiącach letnich zdecydowanie pilnuję, aby na mojej twarzy lądował krem z odpowiednio wysokim SPF. Gdy przekroczyłam 24 rok życia, zaczęłam zdecydowanie bardziej zwracać uwagę na pielęgnacyjny aspekt dbania o cerę, toteż do poszukiwań filtra na lato podeszłam dość sumiennie. Wybór padł na Matujący krem do twarzy SPF 50 z serii Ideal Soleil, w formule matującej. Uznałam, że poza wysoką ochroną, przyda się wsparcie matu dla skóry, która latem, w tak wysokich temperaturach lubi po prostu spływać potem. Dodatkowo, krem (fluid) zawiera minerały i wodę termalną Vichy, więc jeśli chodzi o funkcje pielęgnacyjne, brzmi to całkiem dobrze. Produkt dorwałam dodatkowo w promocji na markę w SuperPharm, płacąc za niego coś około trzydziestu złotych (zabijcie mnie, skleroza).

Krem ma, zgodnie z obietnicą, lekką, wręcz żelowo- wodnistą konsystencję, która łatwo wylewa się z tubki (radzę uważać i nie wyciskać zbyt energicznie). Niestety, w moim przypadku aplikacja nie jest już tak gładka i bezproblemowa – na mojej mieszanej cerze, krem tuż po nałożeniu go punktowo i próbie rozprowadzenia staje się delikatnie tępy, nie sunie gładko i równomiernie, raczej wymaga mocniejszego tarcia i wmasowania. W porównaniu jednak do klasycznych kremów z filtrem, nie uzyskujemy tłustej, podobnej do kremu Nivea warstwy, która długo się wchłania. Faktycznie, Vichy wchłania się momentalnie, pozostawiając dość suchą warstwę na skórze, na której łatwo „siada”podkład. Nie bieli – cera po aplikacji jest zupełnie w takim kolorze, w jakim mamy ją naturalnie. I wreszcie – efekty. Nie jestem w stanie ocenić, jak dobrze chroni przed promieniowaniem UVA/UVB 😉 ale ufam, że odpowiednio, mogę jednak zdradzić, czy obietnica formuły trwałego matu się sprawdza. Otóż – naprawdę tak. Zerknięcie w lusterko po kilku godzinach od nałożenia rekompensuje nieco oporny sposób aplikacji – twarz nie świeci się wcale, nawet w strefie T. Odnoszę wrażenie, że nieco tępa i sucha konsystencja kremu powoduje, że naprawdę dobrze osiada na twarzy i podobnie jest z nałożonym na niego makijażem – czy to podkład klasyczny, czy mineralny.
Podsumowując, jeśli jeszcze nie macie w kosmetyczce odpowiedniego kremu z filtrem – polecam, a swoją drogą nie zapomnijcie uzupełnić ochrony o ciemne okulary i/lub kapelusz z dużym rondem – nie tylko skutecznie, ale do tego stylowo ;).
PS. Japonki z „shellfie” urzekły mnie… w H&M Zakopanem, nie mogłam ich stamtąd nie przywieźć ;))