Odkąd pamiętam, kocham przemeblowania. Od dziecka potrafiłam z częstotliwością raz w miesiącu przestawiać swoje meble, i nawet jeśli dana konfiguracja w końcu zaczęła się powtarzać – każda zmiana dodawała mi automatycznie chęci do sprzątania i sprawiała że na jakiś czas lepiej się w tym wnętrzu czułam. Niestety, obecnie mieszkając na 36 metrach możliwości wprowadzania zmian mam ograniczone, ale że stoimy właśnie u progu niewielkiego remontu – zaczęłam powoli urządzać swoje miejsce do pracy, albo raczej: ogarniać je tak, by było wygodne i funkcjonalne. A dzisiaj dotarł do mnie cukierek w postaci krzesła- więc nie wytrzymałam i uwieczniłam, jak to wygląda na obecnym etapie.

Zaczęłam od zakupu biurka w ogóle (wcześniej wystarczał mi stolik przy kanapie albo własne kolana, bo korzystam głównie z laptopa), a po biurku przyszła właściwie cała idea przerobienia sypialni na pomieszczenie biurowo – sprawunkowe. Dlaczego? Pokój o metrażu 9m2 nie był tak naprawdę komfortowy łącząc tę funkcję z sypialnią (łóżko ledwo się mieściło, znajduje się tu też duża szafa wnękowa) i w efekcie ani nie było ładnie, ani wygodnie. Zapadła decyzja o eksmisji łóżka i poświęcenia pokoju na właśnie- gabinet, czy jak kto woli, graciarnię ;).
Na ukochanej, pomiestnej komodzie z IKEI zamieszkał dostojny misiek z Simply Made, trzymam tam też perfumy.

Docelowy plan wiąże się nierozerwalnie z aranżacją salonu, która ulegnie zmianie, ale na początek – mam swoje miejsce do pracy/wykonywania makijażu/lub gdzie mogę swobodnie wstawić… suszarkę z praniem (życie ma swoje blaski i cienie, latem balkon wystarcza, zimą suszarka musi stać tak, że nie ma jak przejść i jeszcze zastawia telewizor ;). Dzisiaj też dotarło właśnie zamówione przeze mnie krzesło – długo zastanawiałam się, jakie wybrać: czy coś miękkiego, tapicerowanego (np. takie lub takie), ale nie byłam przekonana. Jedno było pewne: krzesła stricte biurowe, obrotowe kompletnie odpadają, nawet kosztem pewnego komortu, bo po prostu nie znoszę tego jak wyglądają i nieodmiennie kojarzą mi się albo z odrabianiem lekcji w podstawówce, albo ze stanowiskiem w korporacji ;). Słynne krzesła Eames zawsze mi się podobały, zresztą to nie jedyny model który pozostaje w sferze moich planów, jednak wiadomo – oryginalne, plastikowe krzesło to koszt rzędu 1-1,5 tysiąca złotych. Szczerze nie przepadam za podróbkami, ale jednak rozgrzeszyłam się i zamówiłam po prostu krzesło inspirowane słynnym projektem – na Allegro, za ułamek tej kwoty (bodajże 120zł). Zapewne plastik, z jakiego jest wykonane, jest gorszej jakości, ale ogólna koncepcja mi odpowiada i myślę, że 

sprawdzi się do codziennego użytku. A przede wszystkim, nie oszukujmy się – jest piękne ;).
Pasiasta lampka to nabytek z Pepco – lubię tam wpadać, bo czasem za grosze można znaleźć fajne, nietuzinkowe elementy do wnętrza. Zazwyczaj mają niezłe lampy, kieliszki albo nawet zasłony- te też pochodzą z tego sklepu.

Nie da się ukryć, że trend na skandynawskie, minimalistyczne wnętrza szturmuje polskie domy i nawet czasem sama mam wrażenie, że co będzie gdy akurat ta moda przeminie? Ale z drugiej strony, jasne i uniwersalne kolory zawsze pozostawiają duże pole do popisu, w przeciwieństwie do mody na pomarańczowe ściany czy kolorowe tapety  ;). Ja czuję się w tym wnętrzu dobrze, lekko i łatwiej mi się myśli. W moim przypadku porządek w otoczeniu przekłada się na porządek w głowie. Jak Wam się podoba taki styl? Może macie pomysły na jakieś fajne dodatki? 🙂