Do korzystania z pewnych kosmetyków dochodzi się stopniowo – moim pierwszym, absolutnym niezbędnikiem był zawsze podkład, potem do tego puder, ale róż, brązer czy rozświetlacz przyszły z czasem, a dla wielu osób wciąż są opcjonalne i bez trudu je omijają. Faktem jest jednak, że kto raz sięgnął po Bahama Mama od theBalm, raczej nie rozstał się już z tym brązerem. Dziś przyglądam się bliżej słynnej mamuśce, a dla lepszego wskazania jej zalet, zestawiam ją z równie kultowym produktem Kobo.

Bahama Mama to flagowy brązer theBalm, który cieszy się niesłabnąca popularnością. Trafił i w moje ręce, po wielu nieudanych próbach z tańszymi produktami Make Up Revolution czy nawet Bourjois, wiązałam z nim spore nadzieje. Nie sposób nie wspomnieć o opakowaniu, w jakim kryje się ten uniwersalny kosmetyk- typowy dla theBalm, a jednak cieszący oko za każdym razem, gdy po niego sięgam. Mały, żółty retro kartonik, wyposażony w lusterko i dodatkowe kartonowe etui (korzystam, gdy wrzucam go do wyjazdowej kosmetyczki – magnes w opakowaniu jest niezły, ale zawsze istnieje ryzyko że samodzielnie otworzyłby się i uszkodził).

Po pierwsze, odcień – nie jest to typowy brąz typu taupe o chłodnej, kamiennej nieco barwie. Osobiście jednak sądzę, że nie jest to do końca korzystny i łatwy „w obsłudze” sposób na modelowanie twarzy, za to Bahama Mama to subtelnie złamany, zrównoważony brąz pozbawiony rudych, ceglastych tonów. Sprawdzi się przy nadawaniu twarzy wyrazistych konturów, ale nakładany dużym pędzlem, w niewielkiej ilości, służy mi także do delikatnego ocieplenia.

Co zauważyłam od razu, przy pierwszych podejściach do stosowania, niezależnie od rodzaju używanego pędzla (czubaty puchacz jak Hakuro H14 czy bardziej zbite, skośne modele) – ten brązer w ogóle nie pyli. Ma to związek z jego zbitą, nieco satynową, prasowaną konsystencją, a jest naprawdę dużą zaletą: opakowanie nie jest już po chwili pokryte w całości brązowym pyłem, a i nasze ubranie czy toaletka na tym korzystają. Brązer jest całkowicie matowy, ale jednocześnie nie jest suchy i tępy- rozcieranie go jest przyjemne i nie kończy się niewyraźną plamą między żuchwą a skronią 😉
Zdecydowałam się na porównanie Bahama Mama z Kobo w odcieniu 308 Sahara Sand, bo to chyba dwa najczęściej pojawiające się w ramach poszukiwań brązery, dostaję też w obu przypadkach sporo pytań. Przyznam, że po Kobo sięgnęłam trochę w pośpiechu, i powinnam była w moim przypadku wziąć raczej odcień 311 Nubian Desert. W każdym razie, pierwszym co na pewno różni produkty to oczywiście cena- Bahama Mama to wydatek rzędu blisko 60zł, Kobo bez promocji – około 20zł. Dostępność – tu akurat nie mogę wydać jednoznacznej oceny, bo kosmetyki theBalm wprawdzie głównie kupujemy online, ale w moim przypadku drogerie Natura, a zwłaszcza te dobrze zaopatrzone, to też rzadkość – a tam właśnie głównie znajdziemy szafy Kobo.

Podstawową i najważniejszą różnicą jest jednak odcień – Kobo jest jaśniejszy, znacznie słabiej napigmentowany i jednak odrobinę bardziej czerwony. No i jest jeszcze jedna cecha, która drażni mnie w nim chyba najbardziej – przez to, że jego konsystencja jest bardzo sucha, niesamowicie pyli. Wystarczy delikatnie dotknąć powierzchni pędzlem, a po chwili brązer jest wszędzie. Faktem jest, że Kobo, podobnie jak Bahama Mama, jest także zdecydowanie matowy – nie znajdziecie tu najdrobniejszych nawet drobinek ani perły.
Osobiście wolę dopłacić, i używać znacznie przyjemniejszego we współpracy brązera theBalm, niż walczyć z Kobo. Myślę też, że odcień Bahama Mama będzie wyglądał dużo naturalniej na każdej cerze, wystarczy w zależności od stopnia opalenia, czy raczej bladości – stopniować efekt. Dodatkowy trik na wykorzystanie mamuśki jest taki, że dzięki puchatemu pędzlowi do oczu możemy nim ładnie zaznaczyć załamanie powieki – ten kolor naprawdę dobrze wygląda w takiej roli.

Sądzę, że na ten moment znalazłam brązer, który spełnia moje oczekiwania i nie rozglądam się intensywnie za innym. Odkąd go mam, Kobo leży w szufladzie i nie sięgam po niego zbyt chętnie, jednak jeśli na przykład dopiero planujecie rozpocząć używanie brązerów, to może to być dobry pomysł, żeby za mniejszą kwotę przekonać się czy efekt, jaki dają, Wam odpowiada.