W ostatnim czasie do mojej kosmetyczki trafiły dwa produkty z Essence, co do których wrażenia mam wręcz skrajne- jeden to naprawdę udana i piękna rzecz, a drugi… zwyczajny bubel. Do starcia przystąpił róż i brązer, czyli dwa kosmetyki obowiązkowe latem. Jeśli chcecie przekonać się, który z nich daje radę, a który lepiej sobie odpuścić – czytajcie dalej.

Pierwszy kosmetyk o którym mowa, to brązer z serii Sun Club – a raczej Shimmering Bronzing Powder. Mój jest w odcieniu Suntanned, występuje jeszcze jaśniejszy – Sunkissed. Za 9g zapłacicie około 13zł. Nie ma sensu rozwodzić się nad opakowaniem, bo to typowe, okrągłe plastikowe pudełeczko na klik. To, co przyciąga w pierwszym wrażeniu, to zapach – trochę kokosowy, cynamonowy, ewidentnie przyjemny i kojarzący się z tropikalnymi doznaniami. Na tym jednak pozytywne wrażenia się kończą. Po pierwsze, produkt zawiera mnóstwo złotych drobinek – co nie byłoby jeszcze z góry skazane na porażkę, bo osobiście nie uważam twarzy w absolutnym macie za szczególnie dobry pomysł, i odrobina brązera z fajną taflą mogła być dobrym pomysłem. Niestety, przy próbie aplikacji odnotowałam, że na pędzel – a co a tym idzie, na twarz – przenoszą się tylko drobinki, kolor z kolei już niekoniecznie. Można pomyśleć, że zrzędzę, bo mam dość ciemną karnację, ale próbując zrobić swatche na wewnętrznej stronie ręki, też nie udało mi się, nawet przy grubszej warstwie, uzyskać paska koloru. I co w takim razie z przyjemnej konsystencji, ładnego tłoczenia i zapachu, jeśli podstawowa funkcja produktu nie jest do osiągnięcia? Szkoda.

Na otarcie łez rozczarowania po brązerze, mam drugi, zdecydowanie lepszy produkt. W tym względzie jestem wręcz pozytywnie zaskoczona, chociaż powiedzmy sobie szczerze – od pierwszego rzutu oka na tej róż miałam z nim związane spore nadzieje. 
Róż o nr 10 i adekwatnej nazwie Heat Wave to niezłe cacko. Gradientowy kolor, przechodzący od soczystej pomarańczy, przez brzoskwiniowy róż po wdzięczną fuksję, faktycznie przypomina zwizualizowaną falę upalnego powietrza, albo warstwy w kolorowym drinku. Do tego solidne, proste w formie opakowanie mieszczące 8g za cenę około 15zł. 
Zawsze w przypadku kosmetyków o niejednorodnym kolorze mam problem z ich aplikacją, ale tutaj nie mamy do czynienia z jakąś skomplikowaną wytłaczanką i bez problemu możemy sięgnąć po kolor, który nam odpowiada, albo ładnie zmieszać całość. 
Tym razem swatche udały się bez problemu – pigmentacja różu jest naprawdę porządna. Starałam się maźnąć po powierzchni tak, by pokazać kolor z lewej, prawej, i w momencie łączenia się różu z pomarańczem. Wykończenie różu jest delikatnie satynowe, ale nie błyszczy się na skórze w nachalny sposób. To raczej rodzaj zdrowej poświaty, nie wspieranej przez drobiny ani taflę. Nabiera się go na pędzel całkiem sporo, warto więc strzepać porządnie nadmiar zanim zrobimy sobie niechcący plamę. 
Jeśli staniecie przed szafą Essence i wpadnie Wam w oko któryś z powyższych produktów, to moją opinię już znacie – róż fajnie sprawdza się w swojej roli, ma przyzwoitą cenę i pigmentację. Brązer osobiście sobie odpuszczam, chyba że jesteście ekstremalnie bladolice i potrzebujecie czegoś do nauki postępowania z tego typu kosmetykiem – wtedy może jeszcze coś z tego będzie.