Chociaż o temperaturze i pogodzie powiedziano chyba już tego lata wszystko, to muszę dorzucić swoje trzy grosze w kwestii kosmetycznej – zdecydowanie zapanował u mnie popularny ostatnio minimalizm, a nałogowo używam głównie żelu pod prysznic i antyperspirantu ;). Kolorówka kuleje, a mnie rzadziej niż zwykle kusi, by coś wrzucić do koszyka, właśnie ze względu na to że większość czasu spędzam w tak minimalnym makijażu, jak to możliwe. Mimo to, udało mi się zebrać kilka produktów które na przełomie lipca i sierpnia pojawiły się u mnie i są godne uwagi, a część z nich nierozerwalnie wiąże się z letnią aurą. Zapraszam na przegląd nowości.

Jeśli są jakieś kosmetyki, których nigdy nie mam dosyć, to są to wszelkiego rodzaju podkłady i korektory. Od zawsze dążę do idealnie ujarzmionej cery, która zadowoli mnie pod względem wyrównanego koloru, odpowiedniego wykończenia i długotrwałego efektu. W kwestii podkładów testowałam już większość drogeryjnych, kilka wysokopółkowych i mam naprawdę spore rozeznanie, ale nigdy nie było mi po drodze z azjatyckimi kremami BB. Eksperymenty marek drogeryjnych z tego typu kremami uważam za niezbyt udane, ich formuły kompletnie różnią się od tych, jakie oferują oryginalne, azjatyckie BB czy CC. W lipcu w końcu w moje ręce trafił krem BB marki Skin79 SPF 45 PA+++. Aż przebierałam nogami na myśl o testach, bo odkąd zwracam większą uwagę nie tylko na efekt makijażu, ale też jego właściwości pielęgnacyjne, byłam tych kremów bardzo ciekawa. W ofercie Skin79 jest tak wiele kremów o różnych właściwościach, że intryguje mnie w zasadzie każdy, a tak wysoki filtr i unikalne ekstrakty roślinne obiecują naprawdę dużo. Na pierwszy rzut oka nie sposób też nie dostrzec urokliwego opakowania – jeśli kosmetyk jest dobry, to niestraszny mi nawet najtańszy plastik, w który jest zapakowany, jednak tutaj wygląd i funkcjonalność opakowania z pomką cieszy oko codziennie. Za mną pierwsze testy, na pewno pojawi się o nim więcej, bo jest o czym pisać – na pewno jednak kategoria BB to domena firm koreańskich i jeśli jeszcze nie miałyście z nimi do czynienia, to gorąco zachęcam żeby rzucić na nie okiem. Dostępne TUTAJ.
W letniej kosmetyczce znalazł się też, z lekkim opóźnieniem, polecany i lubiany korektor rozświetlający Wibo Deluxe Brightener. Zgarnęłam go któregoś razu w Rossmannie, chociaż bez konkretnej potrzeby. Najpierw mnie do siebie zraził odkręcanym opakowaniem i aplikatorem w formie pędzelka (one są nie do opanowania), ale efekty wiele rekompensują. Mimo swojego jasnego, różowego odcienia, robi z okolicą oczu coś pięknego! Zdecydowanie zasłużył na kilka odrębnych słów na swój temat. Ceny oczywiście nie pamiętam, ale to typowy dla Wibo przedział kilkunastu złotych, dostępność- głównie Rossmann.
Nie sposób nie zauważyć dwóch produktów brązujących- jednego w kamieniu, drugiego w musie. Pierwszy, czyli bardziej klasyczny, to puder brązujący Eveline z serii Art Makeup w odcieniu 51 Mat. Pewnie w życiu nie zwróciłabym na niego uwagi, zresztą nie szukałam specjalnie brązera, jednak zwrócił moją uwagę gdy z Mamą poszukiwałyśmy jakiegoś pudru dla niej w bardzo ciemnym odcieniu. Ona zgarnęła jeden egzemplarz do nakładania na całą twarz (serio), a ja zatrzymałam się nad nim zdumiona, jak ładny ma kolor. Nie wiem, czy zdjęcia dobrze to oddadzą, ale to naprawdę ładny, złamany brąz, pomiędzy ciepłym a taupe. Nie jest typowo chłodny, ale do nałożenia większym pędzlem i ocieplenia twarzy jest wyśmienity, jest też całkowicie matowy. Na minus toporne, plastikowe opakowanie z wieczkiem które tylko czeka by odpaść i się połamać, na plus – w trakcie testów, ale na pewno kolor, kolor, kolor. No i cena oraz dostępność – 14zł w Rossmannie.

Drugi produkt brązujący to już wyczekiwany i z premedytacją zamówiona baza brązująca marki W7. Czytałam o niej sporo, a przekonała mnie recenzja Aliny Rose i porównanie do słynnej bazy Chanel. Trochę przeraża mnie ciepły, brzoskwiniowo pomarańczowy odcień, ale jednocześnie ciekawi konsystencja (mus-masełko) i to, co możemy tego typu produktem zmalować. Do kupienia za całe 19zł TUTAJ.
Po lewej: W7, po prawej: Eveline

Po czerwcowym zakupie pomady do brwi z Inglota sądziłam, że to koniec brwiowych poszukiwań i w zasadzie nie potrzebuję niczego więcej. Wciąż jednak zmagałam się z uporczywym zwyczajem moich brwi do odstawania – nawet gdy już nadałam im kształt i kolor, to zwyczajnie nie przylegały do skóry, tylko sterczały dumne we wszystkie strony. Bezbarwne żele nie dawały im rady, woskowych kredek nie lubię. W końcu podczas promocji w SuperPharm, zachęcona pozytywnymi opiniami, skusiłam się na koloryzujący żel do brwi L’Oreal z nowej serii (jest jeszcze kredka). Wzięłam na ślepo najjaśniejszy odcień i gdy otworzyłam opakowanie w samochodzie, byłam w lekkim szoku – żel wyglądał na… żołtawy, opalizujący na złoto, niczym eyeliner w tym szampańskim odcieniu. Nie zrażając się jednak, wypróbowałam go w końcu docelowo na brwiach, i co – jest zachwyt. Malutka szczoteczka, podobna do tych z Benefitu, mniej wymagającym co do swoich brwi pozwoli precyzyjnie, ale nienachalnie je podkreślić, a w moim przypadku – utrwala i wygładza brwi, które pozostają na swoim miejscu przez cały dzień. W dotyku pozostawia na nich lekko sztywną, matową powłoczkę, jednak w kwestii pożądanego przeze mnie „przylizania” i wyczesania, sprawdza się świetnie. Zapłaciłam za nią w promocji na markę około 20zł z groszami, warto polować na promocje.
To tyle, jeśli chodzi o lipcowo-sierpniowy update mojej kosmetyczki, przynajmniej w pielęgnacji twarzy, bo w kwestii ciała mam kilka perełek, które pojawią się obszerniej niebawem. Wszystko tutaj to moje „świeżynki”, które dopiero poznaję i testuję (w dość ekstremalnych warunkach). Dajcie znać, czy znacie coś z tej listy i jakie są Wasze wrażenia – coś Was zainteresowało, a może coś okazało się bublem? Dla mnie to, prawdopodobnie, wschodzące gwiazdy które już mocno przypadły mi do gustu, czekam na dalszy rozwój wydarzeń.