Dziś o podkładzie, który wzbudził sporo emocji na moim Instagramie. Polecałam go Wam w Rossmannowej promocji (która, według wszelkich znaków na niebie i ziemi rusza 14.11 – ktoś potwierdził tę informację?:), sama jednak nie czekałam na ewentualne przeceny i zamówiłam go w drogerii eZebra – cena taka, jak przy -50% w Rossmannie, pełna dostępność odcieni, a przesyłka dotarła do mnie… następnego dnia. Gdy tylko podkład przyszedł, z niecierpliwością zabrałam się za testy. Jeśli jesteście ciekawe jak wypada, oraz jak prezentuje się w porównaniu z kilkoma popularnymi bliźniakami – zapraszam dalej.

Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że pośród całej podkładowej kolekcji, jaką zgromadziłam przez lata, marka Max Factor nigdy nie budziła u mnie specjalnie pozytywnych skojarzeń- w zasadzie miałam do czynienia tylko z Lasting Performance, który przywodził mi na myśl toporny, świnkowo różowy i bardzo ciężki podkład, jaki pamiętam sprzed ładnych już kilku lat. Później nigdy nie sięgałam po kosmetyki tej marki, częściej wybierając Bourjois czy MAC. Być może przeoczyłam jakiś udany produkt, nie wiem – jednak dopiero przypadkowy rzut oka na szafę Max Factor w drogerii sprawił, że zatrzymałam się przy Facefinity. 
Co sprawiło, że zwróciłam na niego uwagę? Pośród całej gamy kolorystycznej, mój wzrok padł na jeden, jedyny, żółciutki jak kurczaczek nr 63, czyli Sun Beige. To był ten moment, gdy wokół roztacza się białe światło, a w tle dzwonią dzwony anielskie… czy coś takiego ;). W każdym razie, jeśli czytacie mnie już jakiś czas, to do znudzenia znacie już tło całej historii ze mną i żółtymi podkładami. Poza tym, że właściwie delikatnie beżowe, bardziej żółte niż różowe podkłady są według mnie korzystne dla większości cer, to w moim przypadku praktycznie zawsze są za mało żółte. Moja skóra ma bardzo wyraźne, oliwkowe tony, dodatkowo gęsto usiane pajęczyną płytko osadzonych naczynek. Ta kombinacja wręcz prosi o wszystko, co żółte: od korektora, przez podkład, po puder. Ale do rzeczy. 

Sun Beige, czyli numer 63, to ewidentnie najbardziej żółty w całej gamie odcień. Nie jest oczywiście najjaśniejszy, znajduje się raczej pośrodku tonacji, ale ze względu na tak wyraźną pigmentację nie mogłam sięgnąć po inny, odrobinę jaśniejszy kolor, bo wszystkie pozostałe były już znacznie bardziej neutralne bądź po prostu delikatnie różowe. Gdy dotarła do mnie przesyłka z eZebry, natychmiast zaczęłam porównywać jego odcień z tym, co już w domu posiadałam i jak zauważyłam razem z Wami pod TYM ZDJĘCIEM, okazał się najbardziej zbliżony do Mac Studio Fix w odcieniu NC 20 – przynajmniej w opakowaniu. Na żywo okazało się, że ma mniej ceglastych, pomarańczowych tonów na rzecz czystego żółtka. Poniżej porównanie z podkładami, które aktualnie mam w kolekcji.

Jeśli chodzi o właściwości, to choć potraktowałam je jako sprawę drugorzędną, warto wspomnieć o wielofunkcyjnym charakterze podkładu – ma to być bowiem baza, podkład i korektor w jednym, co ma przejawiać się trwałością, kryciem i wykończeniem. Podkład zawiera również SPF 20, a zamknięty jest w szklanej butelce, z – alleluja – pompką.
A przechodząc do meritum: jak w praktyce sprawdził się Facefinity?
Gdy po raz pierwszy zaaplikowałam go na twarz, uderzył mnie jego odcień – to faktycznie jest intensywnie żółty podkład, którego można się wystraszyć. Ja się nie przeraziłam, bo wiem, że moja skóra wymaga czegoś tak ekstremalnego, wszystko inne natychmiast odcina się na linii żuchwy. Zaskoczyła mnie ultralekka formuła produktu: jest dość rzadki, jakby wypełniony powietrzem, lekko wodnisty- nie czuć go zupełnie ani pod palcami, ani na twarzy. 
Po lewej moja twarz saute – możecie zobaczyć naczynkową pajęczynę i dodatkowo moją ciemniejszą od koloru skóry plamę na szyi (jakbym mało miała problemów). Po prawej swatche porównawcze 3 podkładów.

Tradycyjnie za pierwszym razem nakładałam go flat topem, później próbowałam także beautyblenderem i palcami. Bez zaskoczenia, najlepiej i najprzyjemniej sprawdza się pędzel, na drugim miejscu, o dziwo- palce, na trzecim z kolei BB – podkład jest tak lekki, że gąbka odrobinę mocniej go wchłania, niż pozostałe opcje. Aplikacja jest przyjemna, podkład nie zastyga zbyt szybko i bardzo ładnie wtapia się w skórę – nie odcina się kolorem (choć dodaję do niego kroplę Revlon Colorstay 150 Buff, dla rozjaśnienia), podobnie jest z widocznością na powierzchni skóry – nie osiada na niej w widoczny sposób, tylko delikatnie wsiąka w powierzchnię, tworząc zdrową, równolitą taflę. W kwestii krycia, jedna warstwa wystarcza na ładne wyrównanie koloru w przypadku braku poważniejszych zmian czy przebarwień, ja na moje zaczerwienione obszary dokładam nieco więcej, co jednak nie stanowi problemu, bo podkład nawet przy grubszej warstwie pozostaje niewidoczny. Podkład aplikowałam na różne podłoża: zwyczajny krem nawilżający Avon, wklepany olejek Evree czy emulsję emolientową La Roche Posay – w każdym przypadku nie wpływało to na jego wykończenie lub trwałość. Nie zauważyłam, żeby podkreślał u mnie suche skórki lub specjalnie oksydował (a czytałam, że bywały takie sytuacje) – jeśli ciemnieje, to bardzo, bardzo minimalnie. Z trwałością nie ma większych problemów: podkład nie wyciera się przy każdym dotknięciu czy w zetknięciu z szalikiem, podoba mi się też, że wytrzymuje w ładnym macie przez większość dnia.
Jak ogólnie podsumowuję Facefinity?

Jak dotąd, to chyba najlepszy, poza minerałami od Annabelle Minerals kolorystycznie podkład, na jaki trafiłam. Jego odcień idealnie stapia się z moją cerą, nie mam też zastrzeżeń co do wykończenia i uczucia, jakie daje na twarzy. Po regularnym kupowaniu podkładu MAC, na plus działa też jego cena (około 30zł online) i dostępność. Właściwie trudno mi znaleźć na jego temat jakieś minusy. Gdyby jeszcze więcej kolorów w gamie zachowywało tak ładne, piaskowo żółte (nie pomarańczowe!) tony, byłabym zachwycona. Obecnie dodaję do niego kroplę jasnego podkładu i jest okej. Zdaję sobie sprawę, że większość z Was potrzebuje podkładu znacznie jaśniejszego, jednak mimo wszystko warto zwrócić uwagę na Facefinity. Paleta odcieni jest spora, i szansa że przy jego zdolnościach adaptacyjnych znajdziecie coś odpowiedniego jest duża. No i to sprzymierzeniec nawilżenia i bardzo lekkiego, naturalnego uczucia jakie towarzyszy noszeniu na codzień. Ja jestem na tak.