Maybelline Lash Sensational: sensacja dla rzęs?

poniedziałek, 9 listopada 2015 | 16 komentarzy:
Tusz, o którym dziś mowa, jakiś czas temu prawdziwym huraganem przetoczył się przez blogi, i chyba klasycznie jak w takich przypadkach bywa - średnio zwróciłam na niego uwagę. Gdy jednak w ciągu dosłownie dwóch tygodni do dna dobiły dwa obecnie używane przeze mnie tusze (Bell z seri Hypoallergenic - o ten oraz klasyczny, żółty Lovely), a po drodze trafiła się promocja -50% na Maybelline w SuperPharm - przypomniałam sobie szum wokół Lash Sensational i trafił w moje ręce.





Zacznijmy od tego, że nigdy nie byłam fanką tuszy Maybelline - najpopularniejsza, żółta seria kojarzyła mi się z wielką, sztywną szczotką, która rozchlapywała tusz wszędzie, tylko nie na rzęsy, a w dodatku była tak nieporęczna że nieraz dźgnęłam się nią w oko. Wiem, że ilość tuszy jakie wypuszcza marka jest porażająca i są zapewne mocno zróżnicowane, jednak jakoś nie potrafiłam przełamać niechęci i wrażenia, że wszystkie są klonami siebie nawzajem. Gdy zguglowałam dokładnie Lash Sensational i sprawdziłam, jaką ma szczoteczkę, stwierdziłam że ilość zachwytów może jednak o czymś w tym przypadku świadczy, i skuszona promocją kupiłam go za jakieś +- 18zł. 
Już na pierwszy rzut oka podoba mi się wizualnie szata graficzna - opakowanie, choć identyczne kształtem jak pozostałe tusze marki, ma ciekawy, srebrno różowy odcień. Nie jest to zdecydowanie aspekt kluczowy, ale lepiej gdy kosmetyk jest ładny, niż nijaki. A jak w kwestii zawartości? Przede wszystkim: szczoteczka. Alleluja, bo naprawdę jest to szczoteczka udana. Delikatnie wyprofilowana, silikonowa, z gęsto rozmieszczonymi, dość krótkimi włoskami (albo raczej: igiełkami). Po stronie wypukłej są one nieco dłuższe, ale z tej wklęsłej - już naprawdę króciutkie, a co za tym idzie - bardzo precyzyjne.


Należę do tej strony mocy, do której wszystkie fanki silikonowych szczoteczek, bo tylko z ich pomocą udaje mi się wykonać porządny makijaż oka. Nie inaczej jest w tym wypadku. Szczoteczka, ze względu na kształt, przylega do rzęs u samej nasady i pociąga je warstwą tuszu od skóry aż po same końce (hasło niczym z reklamy, ale w tym wypadku zasadne). Jej kształt pozwala zresztą bez problemu dotrzeć też do rzęs w obu kącikach oczu, co przy dużych szczoteczkach wymaga nie lada kombinatoryki. Kształt zakrzywionego banana, a tak możnaby określić główkę szczoteczki, dobrze też działa przy klasycznym malowaniu całej powierzchni rzęs: gdy się przyjrzeć, wyraźnie widać, że jest jak pasujący puzel w stosunku do naturalnego, zaoblonego kształtu linii rzęs.


Sam tusz ma intensywny, czarny kolor (chociaż przyznam, że nie spotkałam się z bardziej lub mniej czarnymi), i co najważniejsze: jego konsystencja pozwala używać go w pełni już od pierwszego odkręcenia. Wiecie na pewno, o czym mówię: wiele tuszy ma tę specyficzną cechę, że musi trochę poleżeć i podeschnąć, nim w pełni nadaje się do użytku: wcześniej lubią trochę chlapać. W przypadku Lash Sensational tusz jest odpowiednio suchy, ale zarazem kremowy, co wpływa też na to, że nie odbija się na powiekach (sprawdzone w sposób ekstremalny: atak kichania 2 minuty po skończeniu malowania rzęs ;). Wrażenia z jego stosowania przypominają mi do złudzenia tusz l'Oreal Volume Million Lashes. Podobne jak kuzyn z l'Oreal, oba mają łudząco podobną szczoteczkę i dają zbliżony efekt maksymalnego rozczesania rzęs. No właśnie, co jeśli chodzi o finalny efekt na rzęsach? W tej kwestii wiem, że tak naprawdę poziom zadowolenia zależy od poziomu oczekiwań i rodzaju efektu, jaki chcecie uzyskać. Znam dziewczyny, które zadowolone są z tuszu dopiero, gdy widać je z odległości kilku metrów, albo przeciwnie: cenią sobie tak naturalny efekt, że w zasadzie wystarczają im lekko wydłużone, rodzielone rzęsy. Na moich, zdecydowanie krótkich i niezbyt wyrazistych, Lash Sensational daje efekt idealnie pośredni. Tak naprawdę jedna warstwa od razu rozczesuje rzęsy, równomiernie pokrywa je tuszem i zapewnia niesamowicie uporządkowany, schludny ich wygląd. Jeśli po jej nałożeniu odczekacie dosłownie pół minuty i pokryjecie je tuszem raz jeszcze (co dzieje się bez problemu, bo rzęsy nie zastygają do poziomu suchych patyków) to wzmocnicie ten efekt, ale możecie być spokojne: nie pojawią się nieestetyczne grudki. Wszystko to sprawia, że makijaż oka z pomocą tego kosmetyku jest naprawdę ekspresowy, nie wymaga długotrwałych poprawek i wyczesywania każdej rzęsy z osobna. Tak naprawdę w codziennym makeupie to kilka sprawnych pociągnięć szczoteczką, bez odbijania na powiekach, rozmazywania i wszystkich tych "atrakcji", które często funduje nam tusz, przy jednoczesnym świeżym i eleganckim efekcie.

moje rzęsy saute

i pokryte jedną warstwą Lash Sensational:




Tusz idealny? W zasadzie faktycznie nie dostrzegam w nim wad. Niska cena (poza promocjami w drogeriach, warto kupować go online - dostaniecie go wtedy w cenie na poziomie 17-18zł właśnie), dobra dostępność, świetny efekt na oku. Jeśli z moimi, krótkimi z natury rzęsami, nie wspomagany bazą ani odżywką daje radę, to spodziewam się, że na dłuższych rzęsach może zdziałać prawdziwe cuda. Jak narazie wędruje na moje prywatne podium.

Miałyście ten tusz w swoich rękach (i/lub na rzęsach)? Jak Wasze wrażenia? 

Zapraszam do dyskusji:
  1. już nieraz przekonałam się, że na moich rzęsach zwykle nie ma różnicy, czy maluję się tuszem za 50 zł czy za 10. Szkoda, że zepsuli Multiaction z Essence (to już nie jest ten sam tusz co 5 lat temu, chociaż nie wiem w czym tkwi różnica), ale daje radę Get the big lashes, żółty Lovely jest dobry czy tusze z Wibo. Miałam np. żółty Collosal, przyzwoity, dość niezawodny jakbym go określiła ale efekt nie był na tyle wyjątkowy, żeby wydawać więcej na tusz. Tak samo jakiś popularny L'oreal się u mnie niedawno przewinął i też mnie nie przekonał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w ogóle nie zwracam uwagi na cenę tuszu w tym sensie, że raczej sięgam wyłącznie po te do ceny powiedzmy 30zł, a przeważnie jest tak, że te tańsze faktycznie działają najlepiej. Z wysokopółkowych miałam do czynienia z Benefit They're Real i Lancome Hypnose - 2x porażka :) to chyba wyłącznie kwestia dobrego trafu. Podobnie, jak piszesz, zmieniają się niestety formuły kosmetyków, i to zwykle na niekorzyść :(

      Usuń
  2. Miałam i jest to moj ulubieniec ;) teraz testuje inne, ale do niego na pewno wrócę jeszcze nie raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety prawie nigdy nie kupuję pod rząd tego samego kosmetyku, nawet gdy go lubię - takie zboczenie i wieczna potrzeba testowania nowości ;) zupełnie rozumiem!

      Usuń
  3. tusz sam w sobie jest super. Od początku nie jest wodnisty i ogólnie bardzo dobrze rozprowadza się na rzęsach. Ale pomimo, że manualnie nie jestem jakimś gamoniem, szczoteczka jest dla mnie za duża, żeby ogarnąć rzęsy w kąciku i nie wsadzić sobie jej do oka. Plus malując dolne rzęsy uwalę sobie wszystko tuszem. Jestem wierna jednak Oriflame Wonder, ma podobnie zbudowaną szczoteczkę, z tym, że jest mniej masywna i prosta. Długie włoski, krótkie włoski działają cuda ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, przypomniałaś mi ten tusz z Oriflame - kiedyś kupowałam go hurtowo, był w sumie podobny poniekąd do Maybelline. Ja jakoś wciskam go w kąciki, co do dolnych rzęs - dziubdziam tą wypukłą stroną. Generalnie właśnie ten typ tuszy sprawdza się najlepiej, lovelove

      Usuń
    2. Wonder ma kiepską konsystencje po otwarciu i trzeba mu dać trochę czasu, co bywa wkurzające, ale to jest jedyna jego wada. Też kupuję hurtem, zaopatruję przy okazji pół rodziny:) Może nauczę się operować tą dużą szczotą i Maybelline stanie się moim namber łan, albo zmniejszą ją w kolejnej wersji :D

      Usuń
  4. Moje rzęsy polubiły się z tym tuszem, nie robi spektakularnego efektu sztucznych jednak jest okej ;) W zapasie posiadam drugie opakowanie z wcześniejszej promocji Rossmanna więc na pewno do niego wrócę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie znam za bardzo tuszów Maybelline, ale ten wydaje się ciekawy. Daje fajny efekt wydłużenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno przede wszystkim rozdziela każdą rzęsę, przez co tworzą prawdziwy wachlarz, bardzo równomierny - podobnie, jak w sztucznych rzęsach, mają równiutkie odstępy od siebie.

      Usuń
  6. Mam i nie polubilam sie z nim. Obkleja mi rzesy. Wole Lovely:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest ciekawe, że tak różnie się sprawdza. U mnie Lovely jest właśnie bardziej mokry i kleisty, a ten jakby rozczesywał każdą rzęsę bez nadmiaru tuszu. Kameleon :) ale to nawet lepiej, bo Lovely tańszy :D

      Usuń
  7. Uwielbiam tą mascarę, gości u mnie bardzo często, jednak nie lubie tego że nabiera za dużo tuszu i już gdy mam końcówkę nie mogę jej dokręcić :/

    OdpowiedzUsuń
  8. Mega mnie ten tusz interesuje, ale mam takie zapasy, że zdrowy rozsądek nakazał mi nie kupować go na promocji w Rossmannie ;)

    OdpowiedzUsuń