Tusz, o którym dziś mowa, jakiś czas temu prawdziwym huraganem przetoczył się przez blogi, i chyba klasycznie jak w takich przypadkach bywa – średnio zwróciłam na niego uwagę. Gdy jednak w ciągu dosłownie dwóch tygodni do dna dobiły dwa obecnie używane przeze mnie tusze (Bell z seri Hypoallergenic – o ten oraz klasyczny, żółty Lovely), a po drodze trafiła się promocja -50% na Maybelline w SuperPharm – przypomniałam sobie szum wokół Lash Sensational i trafił w moje ręce.

Zacznijmy od tego, że nigdy nie byłam fanką tuszy Maybelline – najpopularniejsza, żółta seria kojarzyła mi się z wielką, sztywną szczotką, która rozchlapywała tusz wszędzie, tylko nie na rzęsy, a w dodatku była tak nieporęczna że nieraz dźgnęłam się nią w oko. Wiem, że ilość tuszy jakie wypuszcza marka jest porażająca i są zapewne mocno zróżnicowane, jednak jakoś nie potrafiłam przełamać niechęci i wrażenia, że wszystkie są klonami siebie nawzajem. Gdy zguglowałam dokładnie Lash Sensational i sprawdziłam, jaką ma szczoteczkę, stwierdziłam że ilość zachwytów może jednak o czymś w tym przypadku świadczy, i skuszona promocją kupiłam go za jakieś +- 18zł. 
Już na pierwszy rzut oka podoba mi się wizualnie szata graficzna – opakowanie, choć identyczne kształtem jak pozostałe tusze marki, ma ciekawy, srebrno różowy odcień. Nie jest to zdecydowanie aspekt kluczowy, ale lepiej gdy kosmetyk jest ładny, niż nijaki. A jak w kwestii zawartości? Przede wszystkim: szczoteczka. Alleluja, bo naprawdę jest to szczoteczka udana. Delikatnie wyprofilowana, silikonowa, z gęsto rozmieszczonymi, dość krótkimi włoskami (albo raczej: igiełkami). Po stronie wypukłej są one nieco dłuższe, ale z tej wklęsłej – już naprawdę króciutkie, a co za tym idzie – bardzo precyzyjne.

Należę do tej strony mocy, do której wszystkie fanki silikonowych szczoteczek, bo tylko z ich pomocą udaje mi się wykonać porządny makijaż oka. Nie inaczej jest w tym wypadku. Szczoteczka, ze względu na kształt, przylega do rzęs u samej nasady i pociąga je warstwą tuszu od skóry aż po same końce (hasło niczym z reklamy, ale w tym wypadku zasadne). Jej kształt pozwala zresztą bez problemu dotrzeć też do rzęs w obu kącikach oczu, co przy dużych szczoteczkach wymaga nie lada kombinatoryki. Kształt zakrzywionego banana, a tak możnaby określić główkę szczoteczki, dobrze też działa przy klasycznym malowaniu całej powierzchni rzęs: gdy się przyjrzeć, wyraźnie widać, że jest jak pasujący puzel w stosunku do naturalnego, zaoblonego kształtu linii rzęs.

Sam tusz ma intensywny, czarny kolor (chociaż przyznam, że nie spotkałam się z bardziej lub mniej czarnymi), i co najważniejsze: jego konsystencja pozwala używać go w pełni już od pierwszego odkręcenia. Wiecie na pewno, o czym mówię: wiele tuszy ma tę specyficzną cechę, że musi trochę poleżeć i podeschnąć, nim w pełni nadaje się do użytku: wcześniej lubią trochę chlapać. W przypadku Lash Sensational tusz jest odpowiednio suchy, ale zarazem kremowy, co wpływa też na to, że nie odbija się na powiekach (sprawdzone w sposób ekstremalny: atak kichania 2 minuty po skończeniu malowania rzęs ;). Wrażenia z jego stosowania przypominają mi do złudzenia tusz l’Oreal Volume Million Lashes. Podobne jak kuzyn z l’Oreal, oba mają łudząco podobną szczoteczkę i dają zbliżony efekt maksymalnego rozczesania rzęs. No właśnie, co jeśli chodzi o finalny efekt na rzęsach? W tej kwestii wiem, że tak naprawdę poziom zadowolenia zależy od poziomu oczekiwań i rodzaju efektu, jaki chcecie uzyskać. Znam dziewczyny, które zadowolone są z tuszu dopiero, gdy widać je z odległości kilku metrów, albo przeciwnie: cenią sobie tak naturalny efekt, że w zasadzie wystarczają im lekko wydłużone, rodzielone rzęsy. Na moich, zdecydowanie krótkich i niezbyt wyrazistych, Lash Sensational daje efekt idealnie pośredni. Tak naprawdę jedna warstwa od razu rozczesuje rzęsy, równomiernie pokrywa je tuszem i zapewnia niesamowicie uporządkowany, schludny ich wygląd. Jeśli po jej nałożeniu odczekacie dosłownie pół minuty i pokryjecie je tuszem raz jeszcze (co dzieje się bez problemu, bo rzęsy nie zastygają do poziomu suchych patyków) to wzmocnicie ten efekt, ale możecie być spokojne: nie pojawią się nieestetyczne grudki. Wszystko to sprawia, że makijaż oka z pomocą tego kosmetyku jest naprawdę ekspresowy, nie wymaga długotrwałych poprawek i wyczesywania każdej rzęsy z osobna. Tak naprawdę w codziennym makeupie to kilka sprawnych pociągnięć szczoteczką, bez odbijania na powiekach, rozmazywania i wszystkich tych „atrakcji”, które często funduje nam tusz, przy jednoczesnym świeżym i eleganckim efekcie.
moje rzęsy saute

i pokryte jedną warstwą Lash Sensational:





Tusz idealny? W zasadzie faktycznie nie dostrzegam w nim wad. Niska cena (poza promocjami w drogeriach, warto kupować go online – dostaniecie go wtedy w cenie na poziomie 17-18zł właśnie), dobra dostępność, świetny efekt na oku. Jeśli z moimi, krótkimi z natury rzęsami, nie wspomagany bazą ani odżywką daje radę, to spodziewam się, że na dłuższych rzęsach może zdziałać prawdziwe cuda. Jak narazie wędruje na moje prywatne podium.

Miałyście ten tusz w swoich rękach (i/lub na rzęsach)? Jak Wasze wrażenia?