Yankee Candle kontra Heart&Home: zimowe świece

wtorek, 8 grudnia 2015 | 3 komentarze:
Nie ma lepszego okresu na otaczanie się zapachem niż jesień i zima. Okej, może to uogólnienie, ale w moim wypadku świece, woski i wszelakie aromaty lubię właśnie w tym okresie - latem wystarcza mi świeże powietrze i wieczorny przeciąg. Gdy jednak temperatura spada poniżej kilku stopni, zawsze gromadzi się u mnie sporo aromatycznych dodatków: od kosmetyków, zwłaszcza do kąpieli, przez bardziej korzenne przyprawy, np. do kawy, po - no właśnie, świece. W ostatnim czasie za sprawą promocji i zniżek w moje ręce wpadły świece dwóch popularnych marek, a jedną z nich z pewnością doskonale znacie, w związku z czym chcę je dla Was porównać i jeśli zastanawiacie się nad którąś z nich - być może podpowiem, którą wybrać? Jak widzicie - nawet puchate stworzenia są zaintrygowane zapachami ;).

W moim zestawieniu chodzi oczywiście o świecę Yankee Candle, zaś po drugiej stronie ringu stają świece Heart&Home. YC to marka, która od 2-3 lat skutecznie opanowała internet, a ich woski i świece stały się już wręcz kultowe. Sama nie mogę oprzeć się pokusie, żeby regularnie wrzucić do koszyka jakiś wosk, a jeszcze częściej - zapachowy kartonik do samochodu. Świece kosztują jednak, ile kosztują, i to już zdecydowanie droższa zabawa. O ile wosk dostaniemy w przedziale 6-8zł, to za dużą świecę (jak na zdjęciu) musimy już zapłacić w granicach 90-100zł. Dlatego też zapewne jest to moja pierwsza duża świeca. Pokusiłam się o nią jednak po pierwsze ze względu na wygląd - te słoiki mają w sobie coś dekoracyjnego i pomijając zapach, po prostu dobrze wyglądają nawet gdy świeca się nie pali. Osobiście najbardziej lubię kompozycje świeże, nieco mydlane, których w Yankee jest trochę, zwłaszcza Aloes, Świeża bawełna czy wszelkie rodzaje morskiej bryzy i im podobne - najczęściej kolekcje wiosenne i letnie obfitują w takie klimaty. Tym razem padło jednak na Angel's Wings - fakt, świeca wpisuje się wyjątkowo trafnie w obecny, przedświąteczny okres, ale i pomijając to - jest po prostu uniwersalnie... ładna. 


Owszem, kusiły mnie wszelakie soczyste, czerwone zapachy w rodzaju Christmas Garland, ale chcąc zachować chociaż odrobinę rozsądku (i wytłumaczyć się sama przed sobą) zdecydowałam się jednak na anielskie skrzydła. A jak z zapachem? Przyznam, że obawiałam się trochę, że będzie zbyt waniliowy i mdły - wszystkie kremowe i puchate zapachy Yankee są w moim odczuciu lekko przesłodzone. Zresztą nawet w oficjalnym spisie nut zapachowych padają takie składniki, jak wata cukrowa, płatki kwiatów oraz kremowa wanilia. Na szczęście nic takiego się nie dzieje. Zapach nie jest zbyt słodki, raczej słodko-wytrawny; jest w nim pewna nuta świeżości, lekkiego chłodu, co dobrze równoważy wanilię i ten cukier, o którym mowa. Faktycznie, może to coś na kształt płatków jakichś białych, delikatnych kwiatów. W efekcie zapach, który czuć po rozpaleniu, jest słodki, ale delikatny i zdecydowanie nie wpłynie na osoby podatne na migrenę (ręka do góry). Możecie bez obaw odpalić go nawet w niewielkim pomieszczeniu. Świetnie wycisza, tworzy subtelne tło, ale nie przytłacza.

Słoik jest naprawdę duży, świeca jest w śnieżnobiałym kolorze, a i etykieta w tym wypadku jest elegancka i minimalistyczna. To gadżet, który po prostu ładnie wygląda, a przy tym spełnia swoją funkcję, bo autentycznie pachnie (niestety, wiele ładnych świec, nawet te z Ikei, po odpaleniu zupełnie nie pachną). 

Coś jednak czai się w tle - i jest to świeca, która w sumie ciekawiła mnie znacznie bardziej, bo dopiero niedawno miałam z nią styczność. Chodzi o markę Heart&Home, którą znalazłam w tym samym sklepie, gdzie zwykle kupuję produkty Yankee, czyli Zapach Domu. Różnice między nimi są znaczne, a podstawowa jest taka, że H&H to świece sojowe. O czym to świadczy - teoretycznie jest to bardziej przyjazny materiał, zdecydowanie wolniej się spala i ogólnie jest bardziej eko. Nie chcę czarować, bo nie do końca wiem o co chodzi ;). Wizualnie nie ma różnicy.

Różnica jest za to znaczna, jeśli chodzi o ceny. Duży słoik Heart&Home dostaniecie za 49zł, ja z kolei dorwałam moje w promocji -50%, więc 49zł zapłaciłam za dwa. Są nieco mniejsze niż duże słoje z Yankee, ale i tak spore. 

Moje zapachy H&H to Witaj w domu oraz Mgła o świcie. Tak, kolejna różnica to polskie nazewnictwo. Trochę mniej fancy, a może trochę bardziej - jak kto lubi. 
Poza tym jest to w dalszym ciągu szklany słoik, z elegancką etykietą o pozłacanych napisach i wieczkiem dodatkowo zadrukowanym w motyw odpowiedni dla danego zapachu. Dostrzegam w kwestii wieczka pewien plus dla H&H, bo ścianki słoja są u góry znacznie grubsze niż w YC, a co za tym idzie- nie tak kruche. Wieczko pod spodem obłożone jest gumą i szczelnie zamyka całą świecę. Czas palenia w przypadku H&H to według informacji z etykiety około 70 godzin. 

Wybrałam dwa skrajne zapachy, chyba żeby ucieszyć moją chorobę decyzyjną. 

Mgła o świcie to był mój trop w poszukiwaniu świeżości i czegoś mega orzeźwiającego. I co? Traf w dziesiątkę. Ciężko ten zapach opisać, ale przypomina mi odrobinę jakieś perfumy - coś pomiędzy CK One a Acqua di Gioia, albo Dolce Gabbana Light Blue. W przeciwieństwie do świeżaków Yankee, nie jest to zapach płaski i jednolity - mieszankę aromatu trudno konkretnie opisać. Nie jest też w żaden sposób... łazienkowy, co jest częsta przypadłością tego typu zapachów YC. Jest trochę aloesowy, miętowy, delikatnie męski- jak orzeźwiająca, letnia woda kolońska. Podbity jest czymś słodkim, ale ledwie wyczuwalnym. Naprawdę jestem w stanie wyobrazić sobie letni poranek, kiedy słońce wstaje już o 4 rano i odbija się w promieniach chłodnej rosy. Coś pięknego, nie przesadzam ;).

Witaj w domu to zupełnie inna bajka. Zależało mi na czymś jesiennym, otulającym i ciepłym, ale mimo powąchania chyba całej oferty YC wszystko było albo zbyt przyprawowe, albo owocowe. Nic pośrodku, nic, co dawałoby wspólnie jakiś harmonijny efekt. Witaj w domu to właśnie taki koktajl: czuć w nim oczywiście goździki, delikatnie, ledwo co - cynamon, ale całość rozwija się na bazie jakby owocowego kompotu, gdzieś w tle pobrzmiewają nuty rozgrzanego drewna (albo sobie to dopowiadam, przez nazwę i wyobrażenia kominka i ciepłych skarpet ;). W każdym razie, to zapach, który faktycznie pozwala poczuć się jak w domu. Jest ciepły, korzenny, a intensywnie czerwony, prawie bordowy kolor dopełnia go idealnie. Nie jest duszący ani przytłaczający - idealnie "robi" jesienno zimowe tło i pozwala poczuć, jakby w pomieszczeniu było o kilka stopni więcej niż w rzeczywistości.

Podsumowując moje świeczkowe zapasy: jeśli jesteście fankami Yankee Candle, to na pewno warto zwrócić uwagę na Angel's Wings, bo to wyjątkowo elegancka i udana propozycja nie tylko na zimę. Jeśli jednak nie chcecie inwestować zbyt dużo, a macie ochotę wypróbować jakieś świece - zdecydowanie polecam Heart&Home. Nie pachną według mnie słabiej, są sporo tańsze (dodatkowo warto polować na promocje) i... mają ciekawsze kompozycje zapachowe. Mimo przebogatego wyboru wśród oferty YC, to właśnie w H&H udało mi się ustrzelić idealny, zimowy zapach. Zresztą wybór też jest tutaj całkiem duży, a kompozycje są zupełnie inne niż te z Yankee - sporo tu subtelnych, lekkich zapachów rodem ze SPA, więc jeśli nie lubicie przytłaczających aromatów, rzućcie na nie okiem - na przykład TUTAJ. 

Jak Wam się podobają moje mini zbiory? Jestem ciekawa, czy po moich opisach zapachów stwierdzicie podobieństwo, gdy je powąchacie - albo jeśli już je macie :)

Zapraszam do dyskusji:
  1. nie słyszałam wcześniej o tych świecach H&H, ale zaciekawiły mnie :) ale muszę przyznać, że świecę YC też bym sobie z wielką chęcią sprawiła

    OdpowiedzUsuń
  2. Piesiu śliczny

    OdpowiedzUsuń
  3. ja wolę YC niż heart&home, teraz świeca pachnie mocno, tak gdzieś od połowy wypalonej świecy, a wcześniej NIC nie było czuć, byłam załamana, że tak słabo pachną te świece, ale już jest dobrze, już pachną mocno, ale ile nerwów straciłam to wiem tylko ja i dlatego wolę YC :P

    OdpowiedzUsuń