Dzisiejszy wpis należy zdecydowanie do tych z kategorii spontanicznych – materiał do niego powstał szybko i pod wpływem impulsu, który wczoraj zaprowadził mnie do salonu INGLOT, z którego wyszłam wyposażona w dwa wyjątkowe cienie, a które urzekły mnie na tyle, że chciałam szybko podzielić się z Wami moją zdobyczą. Chodzi o numery 397 raz 402 z serii Freedom System, które od razu podbiły moje serce. Zresztą zobaczcie same.

Zaczynając, jak wskazuje logika, od początku, wyjaśnię pokrótce skąd u mnie te dwa maleństwa i jaka jest cała geneza tej ekscytacji. Nie posiadam w swojej kolekcji nawet paletki magnetycznej, pojedyncze cienie to u mnie dzieło przypadku, a palet które mam i tak pewnie nie zużyję aż całkowicie się pomarszczę i nie będzie sensu ich stosować 😉 jednak cienie Inglot urzekły mnie na blogu A piece of Ally i trafiła mnie strzała amora. Wcześniej zresztą, oglądając któryś z filmów Nissiax, bardzo spodobał mi się jej makijaż – bardzo świeży, rozświetlony, promienny, a w spisie użytych kosmetyków znalazłam właśnie Naked Lunch i Satin Taupe. Przypadek? Nie sądzę.
Uboższa zatem o 30zł (koszt 1 cienia to 15zł), ale bogatsza o dwóch nowych przyjaciół, ochoczo zabrałam się dziś do testów. Cienie, jak widać, pozbawione są jakichkolwiek ubranek i powinny wylądować w palecie magnetycznej – inaczej ich przechowywanie jest dość niehigieniczne i niepraktyczne. Ale przechodząc do konkretów…
Obydwa cienie to perłowe, niejednoznaczne kolory. W przypadku 397 pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasuwa, to odcień różowego szampana z kroplą miedzi. Jest intensywny, połyskliwy, mocno napigmentowany i pięknie rozświetla środek powieki. Osobiście bardzo lubię cienie skręcające w kierunku różu, bo ten kolor wyjątkowo dobrze współgra z moim kolorem oczu i nawzajem dobrze się uzupełniają. Jest tak piękny, że w zupełności wystarczyły nałożony solo na powiekę z odrobiną tuszu do rzęs, by zapewnić nam efekt świeżego, ogarniętego spojrzenia bez większego wysiłku. Co istotne, choć zaaplikowana pod spód baza w oczywisty sposób wspomaga jego obecność na oku, to nie wpływa znacząco na finalny efekt- ten cień po prostu jest już tak porządny, że nie wymaga podkręcania bazą jeśli chodzi o nasycenie koloru czy intensywność blasku. Kojarzy mi się trochę z Mary Lou-Manizer, gdyby theBalm postanowił nadać jej różowy kolor. Można pod niego zaaplikować jakiś jasny cień (ja próbowałam np. Matt Malloy z paletki Meet Matt Nude, ale nie wpływa to znacząco na wyrazistość końcowego efektu. Po prostu daje radę samodzielnie :).
Jeśli chodzi o 402, to trochę odcień-kameleon. W tym zestawieniu „udaje” kultowy MAC Satin Taupe, którego kolor to połączenie połyskliwej szarości i brązu z kroplą grafitu? Nie szukałam w nim idealnego bliźniaka – uważam, że wraz z 397 i tak idealnie się uzupełniają. 402 to taki ozłocony, lekko ocieplony odcień taupe, czyli coś pomiędzy brązem a szarością. Jest równie świetnie napigmentowany, a jego intensywność z łatwością możemy stopniować- w zależności, czy chcemy delikatnie pokryć nim całą powiekę, użyć do smoky lub nadać głębi w zewnętrznym kąciku.
Oba cienie łączy satynowa, miękka konsystencja, dzięki czemu momentalnie przyczepiają się do pędzla i nie osypują podczas aplikacji. Łączą się ze sobą bardzo przyjemnie i bez smug. Niedawno miałam okazję testować matowy cień Inglot, dołączony do któregoś numeru Elle i byłam nim mocno rozczarowana, jednak w tym wypadku – pełen zachwyt.
cienie w świetle lampy
roztarte na dłoni bez bazy
 Osobiście zastosowałam oba odcienie w bezpieczny sposób: na całą powiekę nałożyłam 397, w kąciku delikatnie roztarty 402. Efekt na żywo był naprawdę fajnie widoczny i zauważalny, miałam wrażenie że cała twarz zyskała efekt wypoczętej i bardziej promiennej – a trudno być promienną gdy od rana do wieczora ciemno, a w Krakowie- nawet mglisto z uwagi na smog ;).
PS. Czy Wam też poza po prawej kojarzy się z tą rzeźbą?
Podsumowując: niezależnie, czy miałyście do czynienia z cieniami MAC, to te konkretne marki Inglot mogę serdecznie polecić. Kolory mnie urzekły, uważam że są bardzo korzystne dla większości typów urody, a ich pigmentacja i trwałość nie budzą zastrzeżeń. Cena rzędu 15zł również jest w porządku. Dla mnie – perełki!
Lubicie cienie Inglot? Są tam jeszcze jakieś cukierki godne uwagi? Dajcie znać!