Noworoczne postanowienia nie oszczędzają nikogo. Chyba nie znam osoby, która nie obiecałaby sobie zmienić choć jednej rzeczy wraz z początkiem nowego roku. W czołówce postanowień niezmiennie króluje odchudzanie, i tym razem nie ominęło również mnie… chociaż w odrobinę innym wydaniu. Nie zależy mi na intensywnym zrzuceniu kilku kilogramów i ekspresowym efekcie jojo, chcę się raczej skupić na ogólnej zmianie nawyków. Dwa lata temu dość radykalnie zmieniłam dietę i dzisiejszy wpis jest po części o kolejnej ze zmian – a w każdym razie… o próbie. Oraz o książce Sarah Wilson – Rzucam cukier.

Książka, która jest osią dzisiejszego wpisu wpadła w moje ręce już całkiem dawno – może około rok temu, przy okazji urodzin. Chyba wszyscy moi bliscy wiedzą już, że cukier jest istotną częścią mojego życia ;). Mniej więcej dwa lata temu zrezygnowałam z jedzenia mięsa i generalnie zaczęłam bardziej przyglądać się temu, co jem. Stopniowo wprowadziłam do mojej diety składniki, których kiedyś albo nie znałam, albo jadłam w śladowej ilości: kasze, gotowane warzywa, koktajle owocowe. Dzięki przepisom Jadłonomii, moja dieta stała się znacznie bogatsza w wartościowe produkty – mimo, że do weganizmu wciąż mi daleko, to polecam tę książkę nawet osobom na jak najbardziej tradycyjnej diecie – dla urozmaicenia i poznania nowych smaków. Ale wciąż nie zmieniało się jedno: nie potrafiłam zrezygnować ze słodyczy. Praktycznie każdego dnia musiałam zjeść coś słodkiego, a lista moich ulubieńców nie miała końca – i to naprawdę w hardkorowym wydaniu. Jeśli nie zjadłam Mlecznej Kanapki, kawałka czekolady albo moich ukochanych gum Fritt (to te, które kiedyś kupowało się w aptekach, a teraz niestety są dostępne tez w Lidlu), byłam po prostu rozdrażniona i zła. Trudno mi powiedzieć, czy poza ogólną świadomością co do szkodliwości cukru dolegało (a w sumie dolega, bo wciąż nie jestem całkowicie po jasnej stronie mocy) mi coś szczególnego. Badania mam raczej w normie, nie dokucza mi próchnica. Ale zauważyłam, że męczą mnie częste migreny, mam spadki energii praktycznie codziennie po południu, i generalnie moje samopoczucie sprowadza się do codziennego narzekania. Postanowiłam odgrzebać książkę Sarah i przestudiować ją dość dokładnie. Kiedy, jeśli nie wraz z początkiem roku?


Sarah Wilson jest dziennikarką, blogerką, prezenterką, generalnie osobą, której życiorys niespecjalnie mnie interesował i nie słyszałam o niej wcześniej, ale – skupiłam się na tym, jak w książce opisuje swój proces całkowitej rezygnacji z cukru i swoistego „odwyku”, trwającego kilka dobrych tygodni – konkretnie powinno zająć to dwa miesiące. Stwierdziłam, że skoro sporo już wiem o zbilansowanej diecie i w teorii jestem wszystkiego świadoma, może Sarah pomoże mi uporać się z ostatnim problematycznym bastionem – czyli słodyczowym głodem.
Jak skonstruowana jest książka?
Po pierwsze – na pewno prezentuje się wyjątkowo… słodko, jak na pozycję która ma pomóc w odzwyczajeniu się od glukozy, fruktozy i wszelkich innych form cukru ;). Zerkająca z okładki szczupła i opalona Sarah kusi, by zainspirować się i wyglądać jak ona, chociaż z początku wydaje się wręcz niemożliwe być tak zadowolonym i nie potrzebować do tego czekolady. Tak, jak głosi napis już na wstępie – książka jest poradnikiem, składającym się z części teoretycznej, gdzie opisany jest szczegółowo każdy tydzień jako element procesu, oraz praktycznych przepisów i porad, spisanych w fajny, rzeczowy sposób. Sarah poświęca kilka pierwszych stron na spisanie własnej historii odzwyczajania się od cukru i przede wszystkim opis reakcji organizmu. To chyba ten fragment przekonał mnie najbardziej, chociaż zdaję sobie sprawę że uczucie zmęczenia, wahania nastroju i problemy ze snem mogą być objawami o różnym źródle, ale czemu nie zacząć tym tropem?

W części teoretycznej mamy takie zagadnienia, jak analiza cukru w ogóle, przegląd produktów w których się ukrywa (nie tylko słodkich) i trochę podejścia psychologicznego – dlaczego uzależniamy się od cukru, i jak podejść do procesu odwykowego żeby zrobić to skutecznie. Nie ma tu na szczęście zbytniego owijania w bawełnę i nadmiaru frazesów w rodzaju „Uwierz, że potrafisz a to zrobisz”, w zamian za to mamy konkretną porcję „dobrych” produktów i porad, na co zamienić stare przyzwyczajenia. Co warte uwagi to fakt, że wiele ze składników i dodatków jest normalnie dostępnych w sklepach, stacjonarnych lub online, a częstą bolączką tego typu poradników jest bazowanie na dość egzotycznych produktach, z których trudno skomponować posiłek ze względu na dostępność lub cenę. Oczywiście pojawiają się nasiona chia czy mąka migdałowa i tego typu kwiatki, ale na szczęście ich popularność i dostępność w ostatnich latach znacznie się poprawiły i jest już o nie łatwiej. Sama mam stale w lodówce sól himalajską, syrop z agawy czy quinoę :).
Przepisy są dość zróżnicowane: znajdziecie tu sporo bezcukrowych deserów, ale też zapiekanki, pasty, sałatki. Wszystko okraszone jest pięknymi zdjęciami, które mnie zawsze zachęcają znacznie bardziej niż wartość odżywcza. Duży plus. 
A podsumowując: jak oceniam „Rzucam cukier”? Przede wszystkim, nie chcę być gołosłowna, bo dopiero udało mi się ją przeczytać, i z ośmiotygodniowego programu jestem na etapie pierwszych 7 dni. Nie sądzę, żeby udało mi się wyeliminować cukier tak radykalnie, jak powinnam według zasad z książki, jednak na pewno postaram się skorzystać z porad, zamienników i przepisów służących jego ograniczeniu. Już sama lektura czyjejś historii jest dość motywująca i chociaż wraz z 1. stycznia nie odczułam silnego postanowienia dokonania zmian z dnia na dzień, to takie stopniowe oswajanie się z nowym podejściem wydaje się działać całkiem dobrze. Póki co, piję codziennie szklankę ciepłej wody z cytryną na czczo, zamiast stosu batoników trzymam w szafce gorzką czekoladę „na wszelki wypadek” i trochę bardziej pilnuję się w ogóle robiąc zakupy czy przygotowując coś do jedzenia. Dużym sukcesem byłoby dla mnie zrezygnować ze słodzenia kawy czy herbaty a docelowo odzwyczaić się od używania cukru w dotychczasowej ilości. Być może za kilka tygodni dam znać, jak sprawdza się książka w roli dietetycznego wspomagacza, a jeśli interesuje Was kwestia dyscypliny, odchudzania i pomocy naukowych w tej kwestii, to zaplanuję odrębny wpis na ten temat, bo mam ich jeszcze kilka w zanadrzu ;). 
To co, kto rzuca cukier razem ze mną? 🙂