Zajęło mi kilka dobrych lat, żeby zrozumieć prostą rzecz. Zwykle gromadziłam w szafie luźne świadectwo chwilowych trendów, osobistych wahań nastroju i upodobań, w efekcie otrzymując totalny miszmasz i nie mogąc niczego ze sobą logicznie połączyć. Regularnie wymieniałam ubrania, robiąc co pół roku, rok, wielkie porządki i teoretycznie oczyszczając przestrzeń. Niestety, później szybko ulegałam chwilowym trendom i znów wokół mnie zaczynał panować chaos, a ja traciłam nadzieję. Jednocześnie stale słyszałam, ze sprzecznych źródeł (babcia/koleżanki/blogerki modowe), że idealnie mi w pąsowych różach, albo przeciwnie – tylko w lodowato chłodnej mięcie. I wiecie co? Odkąd zaczęłam hołdować zasadzie 4 kolorów, moje życie stało się prostsze. Banalne? Może. Działa? Owszem. 

Właściwie wszystko już wyjaśniłam, ale precyzując: w moim życiu zawsze ciągnęło mnie w kierunku określonych kolorów, i chociaż zdjęcia z przedziału 1995-2005 temu przeczą(co nasi rodzice myśleli, ubierając nas tak a nie inaczej?), warto odnaleźć w sobie tę strefę komfortu i po prostu za nią podążać. Najważniejsze, to określić barwy, które dają nam poczucie wygody, pewności siebie i jeszcze wyglądają razem w porządku, a dalej pójdzie już z górki. Nigdy nie byłam zwolenniczką krzykliwych kolorów, i wcale nie musiały to być neonowa zieleń czy intensywny pomarańcz. Po prostu zawsze wybierałam beż, khaki, zgaszony błękit. Po latach okazało się, że słynna już kombinacja: czerń, biel, kolor cielisty i szary, to zestawienie dosłownie Oscarowe. 

Przyznam, że odkąd otaczam się ubraniami i dodatkami należącymi do tej rodziny kolorów – moje życie naprawdę jest prostsze.
Nie chcę nikogo odwodzić od używania wszelkich kolorów tęczy – jeśli tylko dobrze czujecie się we wszelkich zestawieniach i stając co rano przed szafą, nie macie tego problemu – świetnie. Jeśli jednak, podobnie jak ja, nawet krótko po zakupach patrzycie na rzeczy smętnie zwisające z wieszaka z myślą „Co myślałam, kupując ten kanarkowy sweter?” to być może jest to wskazówka dla Was.
Na co stawiam w mojej oświeconej garderobie?
czarny: bezdyskusyjnie torebki, porządna para rurek, baleriny i botki motocyklowe, klasyczne Ray Bany
szary: swetry: te miękkie, puchate oversize, kardigany, luźne golfy
biały: elegancka koszula, podstawowe t-shirty
– nude: uniwersalny trencz, letnia torebka, cieliste baleriny, dodatki: od jasnego beżu po naturalny brąz

Gwoli wyjaśnienia z czarnymi torebkami… 🙂 a to tylko kilka, które wytrzymuje klamka (nigdy nie ogarnę przechowywania torebek. Nigdy.)

Ulubiony szary sweter z Selfieroom i perfumy w odcieniu… blady róż – prawie nude 🙂
W kwestii dodatków jestem trudną osobą. Nie znoszę codziennie zmieniać i dobierać miliona detali do danej stylizacji (o ile można tak określić to, co na siebie wrzucam), jednak tutaj też sprawę ułatwiło mi schematyczne planowanie ubioru. Dlaczego? Delikatny złoty łańcuszek na szyi, prosta bransoletka i zegarek – to te elementy, które zawsze pasują i zawsze mam je pod ręką. Lubię zegarki bardziej męskie, surowe, mam dwa ulubione modele – jeden na metalowej, szerokiej bransolecie pochodzący z Parfois, i od niedawna – klasyczny, na skórzanym pasku, Daniel Wellington. Od dawna zerkałam w kierunku tych zegarków, a teraz mogę z ręką na sercu przyznać, że są warte grzechu. Wykonane niezwykle precyzyjnie, delikatne a zarazem eleganckie. Argument pt. „noszą je prawie wszyscy” do mnie nie przemawia, bo znów: skoro są totalnie klasyczne, mam pewność że nie wyjdą z mody ani nie znudzą mi się – to w czym problem? 🙂 Jeśli się Wam podobają, to zachęcam do skorzystania ze zniżki przy zakupie: dokonując zakupu TUTAJ wystarczy użyć hasła miskejt, aby uzyskać 15% rabatu. Kod obowiązuje do końca lutego.  Mój model to Classic St Mawes z wykończeniem w odcieniu różowego złota. No bo hej – różowe złoto jest kolorem ponad wszystkie przyjęte przeze mnie, prawda? <3
Nie jest tak, że jestem kolorystycznym konserwatystą, i nie zdarza mi się sięgać po inne barwy niż wymienione. Ostatnio ciągnie mnie w kierunku butelkowej zieleni lub khaki, która zresztą genialnie łączy się z pozostałą paletą. Grunt to jednak zrozumieć i tak skompletować przynajmniej podstawowy wymiar swojej garderoby, aby nawet w najbardziej ponury i mało kreatywny dzień, móc nie frustrować się przynajmniej z tego powodu. I tego Wam życzę 🙂
Macie swoją kolorystyczną filozofię? Jakie są Wasze ulubione barwy?