Filozofia herbaty, czyli odchudzanie w... tłusty czwartek

czwartek, 4 lutego 2016 | 16 komentarzy:
Nie było moim celowym zamiarem wstrzelić się z tym wpisem w Tłusty Czwartek, ale właściwie - jest to więcej niż słuszne :). Nie wiem jak Wy, ale ja dziś zjadłam dosłownie pół pączka i wymiękłam. Wygląda na to, że moje perypetie związane ze stopniowym odstawianiem, a przynajmniej - znacznym ograniczeniem - cukru w diecie przynoszą spodziewane efekty, które zaskakują mnie samą w różnych sytuacjach. O miesiącu bez cukru i cichych sprzymierzeńcach eksperymentu - właśnie dzisiaj. Rzućcie okiem dalej, a na końcu czeka na Was prezent. I nie, nie jest to pączek!
Przede wszystkim, warto zaznaczyć że daleko mi do eksperta do spraw żywienia czy diety, na sumieniu mam mnóstwo grzechów i nadal nie jestem modelowym wzorem do naśladowania w kategorii eat clean. Jeśli już o autorytetach w tej kwestii mowa, to bardzo podziwiam Nissiax, którą znacie zapewne z kanału na YouTube, a jej foodbooki zawsze wzbudzają we mnie jednocześnie podziw dla niej - za zróżnicowaną, a zarazem konsekwentną dietę zupełnie pozbawioną śmieci, i politowanie - dla moich sinusoidalnych zapędów i wahań pomiędzy bardzo uczciwym, prozdrowotnym jedzeniem a wsuwaniem paczki czipsów w ramach obiadokolacji. 

Gdy jednak w tym wpisie podzieliłam się z Wami książką dotyczącą ograniczenia, a docelowo całkowitej eliminacji cukru z diety, dostałam sporo wiadomości na temat mojej diety w ogóle.

 Odpowiadając pokrótce: moja dieta nie opiera się na żadnych szczególnych założeniach, nie jem mięsa, ograniczam nabiał i staram się jeść w sposób zrównoważony. Mimo to, moją zmorą od zawsze były słodycze, a gdy wyeliminowałam z jadłospisu wiele popularnych potraw, to oprócz wdrożenia wielu ciekawych, nowych smaków (dziękuję, Jadłonomia!) to rolę zapychaczy przejęły zdecydowanie właśnie one. Mleczne kanapki, batoniki, czy wreszcie - po prostu czekolada, zaczęły mi towarzyszyć dosłownie codziennie. To nie było tak, że zamawiam sobie gorącą czekoladę z lawą bitej śmietany raz w miesiącu - ja ustawicznie jadłam słodycze i zawsze musiałam mieć w domowym schowku coś na napady głodu, inaczej byłam rozdrażniona i zła. Zgaduję, że to symptomy typowego uzależnienia, a że innych używek nie mam, to nawet się częściowo usprawiedliwiałam. Problem zaczął się w momencie, gdy zaczęłam ważyć więcej niż bym sobie tego życzyła ja i rozmiarówka w sieciówkach, i powiedziałam dość. Skoro byłam w stanie zwrócić się w kierunku diety wegańskiej, wybieram tylko dobrej jakości warzywa, owoce, jem orzechy i korzystam w kuchni z oleju kokosowego, to muszę spróbować zawalczyć ze słodyczowym potworem. Tak też w moje ręce wpadła książka z cukrowego wpisu. 

Jak oceniam zmiany po około miesiącu? Zdecydowanie coś się zmieniło, choć trudno mi jednoznacznie wskazać na przyczynę. Trochę z braku czasu, dużej ilości stresu, ale na pewno w dużej mierze także dzięki podświadomej ilości wiedzy z książki, stopniowo po prostu ograniczyłam słodycze. Nie stało się to drastycznie, z dnia na dzień, ale stało się. Z poziomu cukroholika, po miesiącu jestem w miejscu gdzie jestem w stanie nie sięgać po nic słodkiego przez kilka dni, a mając w zasięgu wzroku czekoladę, zjeść tylko 2-3 kostki. Nie poszłam póki co ortodoksyjną drogą, jaką sugeruje autorka książki, która tropi cukier także w tradycyjnych produktach spożywczych: mące, pieczywie, owocach. Uznałam, że skoro moje uzależnienie jest tak zaawansowane, to limit na słodycze już będzie dużym sukcesem. Nie wdrożyłam w moje życie żadnych przełomowych zmian. Najwięcej zrobiła chyba świadomość, która przyszła po lekturze i kilka drobnych nawyków. Jakich?
  1. Picie na czczo ciepłej wody z cytryną (zapycha mnie i zajmuje mi czymś umysł, gdy rano zwykle z rozbiegu sięgałam np. po Monte)
  2. Dbanie o to, by zawsze mieć pod ręką coś, czym mogę się zająć: oglądając film, pracując przy komputerze - wafle kukurydziane, bezcukrowe gumy do żucia, lub coś co można po prostu przekładać w palcach żeby akurat nie wkładać nimi jedzenia do ust ;)
  3. Ban na kupowanie słodyczy - jakichkolwiek poza gorzką czekoladą: niby oczywiste, ale.. zawsze kupowałam ciastka czy czekoladki pod pretekstem "no a co jeśli ktoś mnie odwiedzi?" - mhm... ;)
  4. Zasada: poczekaj 20 minut i pomyśl, czy dalej tego chcesz - o dziwo, to działa. Jeśli nie dostałam kawałka czekolady od razu, gdy naszła mnie ochota, po 20 minutach ten wilczy głód jakby słabł ;) 
  5. No i w końcu: herbata!

I to właśnie herbacie chciałabym poświęcić kilka słów, bo po pierwsze to świetny rozpraszacz i dzięki całemu procesowi nie dość, że zajmuje dobrą chwilę czasu potrzebną akurat na to, by zapomnieć o ochocie na coś słodkiego, a po drugie - trafiłam na naprawdę ciekawe herbaty funkcjonalne, robiące dla nas sporo dobrego. 

Moi dwaj sprawdzeni pomocnicy to herbaty YogiTea Detox, czyli organiczna herbata z dmuchawcem, lukrecją i skórką cytrynową, oraz Pukka Cleanse - z pokrzywą, koprem włoskim i miętą. Obie herbaty kupiłam TUTAJ i właśnie z tego źródła je polecam.


Jeśli chodzi o smak i właściwości organoleptyczne, zdecydowanie wygrywa Yogi. Nie jestem koneserką herbat i trudno mi czasem przełamać się jeśli chodzi o finezyjne, ale niezbyt tradycyjne kompozycje, dlatego delikatna herbata z cytrynowym aromatem trafiła u mnie idealnie. Pięknie pachnie, świetnie smakuje i naprawdę nie mam żadnego problemu z wypiciem 2-3 filiżanek dziennie, a to jak na mnie - duży sukces. W kwestii składu jest on zresztą znacznie bogatszy niż mówią o nim główne składniki - w jednej torebce znajduje się jeszcze imbir, owoc jałowca kolendra czy kardamon. Każdy z powyższych pochodzi z ekologicznych upraw i robi dla organizmu sporo dobrego - przyspiesza przemianę materii i poprawia trawienie. 

Każda torebka Yogi opatrzona jest osobną sentencją - niby nic, a kolejny powód, żeby sięgnąć po nową sztukę. Trochę jak ciastko z wróżbą. Tyle że to nie ciastko. Chlip. Ale jakie trafne te hasła!

Pukka to już wyczuwalnie bardziej ziołowa herbata, którą osobiście muszę doprawiać sobie odrobiną cytryny, bo jest dla mnie trochę zbyt mdła w smaku. Przyznam jednak, że skusił mnie głównie... dizajn tych herbat: są po prostu tak piękne i estetyczne, że nie zdążywszy wykończyć jednego opakowania, mam ochotę sięgać po kolejne. Pomijając jednak mało uwodzicielski smak, w porównaniu z Yogi, to Pukka zachęca także przebogatym składem. Mamy tu pokrzywę (którą zaleca się przecież pić nawet solo), miętę, lukrecję - która łagodzi stany alergiczne i działa wspierająco na układ odpornościowy, a także koper i aloes, pomagające pozbyć się nadmiaru wody w organizmie i ogólnie nadają herbacie silnego działania oczyszczającego.

Wybrałam te herbaty, żeby w ramach cukrowego detoxu dodatkowo wesprzeć naturalne mechanizmy organizmu i zrobić dla niego coś na plus, zamiast ciągle katować skokami i spadkami poziomu insuliny ;). Wydaje mi się, choć nie jestem w stanie porównać swoich wyników badań sprzed miesiąca i teraz, że miewam zdecydowanie mniejsze skoki energii - kiedyś potrafiłam stać się senna dosłownie w 5 minut w ciągu dnia, i miotałam się między kawą a czekoladą, dziś w miarę stabilnie jestem w stanie przetrwać cały dzień bez takich wahań. Nauczyłam się też po prostu pić herbatę, zrobić z tego nawyk, rytuał i sposób na te problematyczne 15 minut każdego dnia, kiedy kusiło mnie coś niezdrowego. Nie przyszło to łatwo, bo w ogóle z natury mało piję (wiadomo, chętniej coś jem) - ale jak się okazuje - jest do zrobienia.

Podsumowując, raz jeszcze polecam Wam książkę Sarah Wilson, jako namacalny dowód podjęcia wyzwania i przewodnik w chwilach słabości. Przypominam, że znajdziecie tam również masę przepisów, które pozwolą Wam na nowo "odkryć" pewne smaki, w zdecydowanie lżejszych formach. W kwestii przepisów i zmiany nawyków żywieniowych mam Wam do polecenia kilka innych książek - ale zrobię o nich odrębny wpis, bo aż żal byłoby o nich wspominać tylko zdawkowo. Jako pakiet startowy proponuję właśnie książkę, stosowny zapas wody, cytryny i herbaty - i dużo silnej woli, bez nadmiernej presji. Coś na pewno się poprawi, coś pozytywnego nam pewno uda się wdrożyć - najważniejsze, to nie narzucać sobie milowych kroków na raz.

A w ramach obiecanego prezentu, mam dla Was konkurs.
Tłusty Czwartek już, na szczęście, prawie za nami, ale zbliżają się Walentynki.
W ramach moich gorących uczuć w Waszym kierunku, mam do rozdania taki zgrabny zestaw czterech wspaniałych herbatek o nietypowych kompozycjach smakowych. Jeśli zaintrygowały Was moje typy, to te na pewno skradną Wasze serce. No bo hej, tu są różowe herbaty z lawendą i wanilią, a nawet jedna z czekoladą. Tego jeszcze nie grali :)

Boxy Walentynkowe znajdziecie o TUTAJ.

---

Co zrobić, żeby je zdobyć?

1. Trzeba lubić mnie na FACEBOOKU (no w końcu chodzi o uczucia!)
2. Trzeba też lubić MY DETOX TEA
2. W komentarzu do tego wpisu napisać pokrótce, jaki byłby Wasz wymarzony, bezcukrowy deser, gdyby dało się go wyprodukować całkowicie bezkarnie i bez kalorii - i dlaczego właśnie ten przysmak. Ukochany tort, a może czekolada Galaxy? (Nic nie sugeruję!)

EDIT: Proszę o komentarze opatrzone NICKIEM, Imieniem lub nazwiskiem - czymkolwiek, co pozwoli mi zidentyfikować zwycięzcę i do niego się zwrócić :) a najlepiej - wraz z mailem!

3. Poczekać do 14 lutego, kiedy ogłoszę szczęśliwego Zwycięzcę/Zwyciężczynię :) - wyniki pojawią się na moim FB.

POWODZENIA!
Zapraszam do dyskusji:
  1. Hey nie słodze już kilka lat herbaty kawy.Ograniczam cukier również w ciastach i innych łakociach gdy je robię powodem była wykryta niedoczynnosc tarczycy gdzie tyłam puchłam z tzw powietrza przeszłam na zdrowszy tryb życia odrazu cera się poprawiła same zalety�� Moim najukochańszym deserem jest karpatka napoleonki bez nich życie było by dla mnie ciężkie nawet teraz w ciąży gdy mam ogromną ochotę na coś słodkiego pierwsza myślą jest cudowna karpatka. Gdyby bez cukru smakowała tak samo jak z cukrem było by rewelacyjnie cudowny krem rozplywajacy się w ustach kruche ciasto mmm aż ślinka leci �� pozdrawiam i życzę wytrwałości ❤ beata88g@wp.pl Facebook Beata Beata

    OdpowiedzUsuń
  2. Są smaki, które za nic nie dadzą się zapomnieć. I kuszą, deprawują, pomimo że człowiek na diecie. Bezkonkurencyjny w tej kwestii jest tort czekoladowy mojej cioci. Istna rozpusta. Ciemny biszkopt przekładany czekoladową masą poprzetykaną wiśniami w spirytusie (własnej roboty). A jakby tego było mało ozdobiony toną bitej śmietany i czekoladowymi wiórkami. Wytrawna słodycz najwyższej cukierniczej klasy. No nie da się przejść koło tego cudu obojętnie. A jakby tak owy cud nie miał kalorii...a wpis do Księgi Superfoods dla odmiany...to pielgrzymowała bym do niego z przyjemnością i codziennie :) Na FB jestem Barbara P.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kinder Bueno. Jest to smakołyk, który bezkonkurencyjnie kocham! Najgorsze jest to, że w każdym sklepie leży przy kasie i choćbym unikała dział ze słodyczami i odwracała się do niego plecami, to płacąc za te wszystkie jarmuże, płatki owsiane, nasiona chia i inne zielone bio rzeczy,którymi próbuję zastąpić niezdrowe produkty, to moim oczom ukazuje się ów baton. I jak go nie kupić? Opieram się pokusie raz, drugi, ale w końcu się skuszę. W psychologii nazywa się to zachowanie upustowe :)

    OdpowiedzUsuń
  4. O zmoro czekolado, ty moja zgubo:-D
    Czytam i nie wierze, zupełnie jakby o mnie pisane. Od dwóch tygodni zaparłam się i zaczęłam czekoladowy detox (achhhh jak smacznie to brzmi)i tak omijam tą pyszną czekoladę szerokim łukiem. Potrafię teraz już każdemu odziwo odmówić tej pyszności (jaka ja duma z siebie). I faktycznie zauważyłam sama po sobie, że po dwóch tygodniach zjadając jedną kostkę jest mi bardziej słodko, niż kiedy zjadłam całą czekoladę :-)
    A co do konkursu to taką nie kaloryczną pychotą mogły by być wszelakiego rodzaju kawy z pysznymi syropami i cudowną bitą śmietaną ( moja druga zguba, z którą już też sobię radzę)
    Pozdrawiam Katarzyna K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Edit Katarzynaklis@vp.pl

      Usuń
  5. Najbardziej ucieszyłoby mnie wynalezienie jabłecznika bez kalorii. Każda inna słodycz może dla mnie nie istnieć, ale domowy jabłecznik to coś, czemu nie mogę się oprzeć. A ( o zgrozo!) nie wiem, czy bardziej lubię go jeść czy piec. Dlatego też w każdy weekend ląduje na stole i nie tylko tam.... Dlaczego akurat on? Bo to smak i zapach, który kojarzy mi się z domem, dlatego tam go uwielbiam. Liczę, że kiedyś będzie kojarzyć się tylko z pustymi kaloriami, więc trzymajcie kciuki :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja kilka razy kupiłam ulepszone herbatki i niestety smakowały tragicznie :) Tych nie znam, ale chętnie spróbuję :)

    OdpowiedzUsuń
  7. mój wymarzony, bez cukrowy deser? Pytanie trafione, bo akurat dzisiaj postanowiłam zmniejszyć ilość cukru w mojej diecie :D Jednak gdyby dało się wyprodukować zupełnie bez kalorii jeden deser to wybrałabym zestaw przepysznej latte z bitą śmietaną i sernik z polewą truskawkową :)

    mój e-mail: emisemis@o2.pl
    lubię na FB jako: Emilia R***a

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja od dwóch tygodni "staram się być na diecie" haha, ale z poziomu eksperta ds cukru (tak, było aż tak źle) nie udało mi się zejść do poziomu normalnego funkcjonowania bez chociażby jednej słodkości raz na dwa dni... Czekolada to chyba największe, ale i najpyszniejsze zło jakie można było wynaleźć, więc dla mnie bezapelacyjnie - bezcukrowa łaciata Milka. Chyba bym oszalała ze szczęścia, gdyby faktycznie taką produkowali. A dlaczego akurat ta czekolada? Bo Oreo mi się przejadło... a zwykła mleczna jest po prostu... zbyt zwykła! Połączenie białej i czarnej czekolady zawsze wygra :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo trudny wybór, ale chyba wybiorę tort bezowy... wielkie marzenie żeby był bez cukru... Jest fantastyczny chociaż dużo na raz zjeść się nie da jednak to mój grzech, którego dopuszczam się max. dwa razy do roku... pomyśleć że mógłby być bez cukru i kalorii i jadłabym go min. raz w tygodniu... marzenia dobra rzecz :) :) :)
    mail: olesia2511@yahoo.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Trudny wybór... jedna rzecz... No cóż... Padło na tort bezowy... Mój wielki grzech popełniany max.dwa razy do roku... Ten smak... :) Pomyśleć że mógłby być bez cukru i kalorii i jadłabym go min. raz w tygodniu.... Marzenia dobra rzecz :) :) :)
    mail: olesia2511@yahoo.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Jako mianiaczka herbat muszę którąś spróbować:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Doskonały bezcukrowy deser? Zdecydowanie tort bezowy od Sowy! Jeśli jeszcze go nie jadłyście, polecam spróbować ;) niesamowity smak bezy, krem wprost rozpływający się w ustach, przepyszny delikatny daktylowy posmak... jest to deser zarówno na smutki jak i uciechy, jednym słowem deser idealny! ♡
    A.
    aga.chilkiewicz@onet.eu

    OdpowiedzUsuń
  13. Długo się zastanawiałam nad deserem ponieważ już dość dawno ograniczyłam słodycze i w sumie dwie tafelki gorzkiej czekolady potrafią mnie zapchać. (ale herbatę słodzę i będę słodzić, bo herbatka to mój napój nr 1, zresztą kawy nie pijam więc myślę, że mogę sobie pozwolić na taki grzeszek. :) ) Doszłam nawet do takiego momentu, że ogólnie bardzo mnie zamula po słodkim, na pusty żołądek. Więc detoks jest możliwy ;) Ale wracając do tematu,po dłuższym namyśle przypomniał mi się deser - bomba kaloryczna - o nazwie "Lodowiec". W sumie to jest ciasto, ale bez pieczenia. To cudo zawiera galaretkę, a wszystko co z galaretką jest lepsze.:) Do rzeczy, są to biszkopty maczane w galaretce przekładane dwoma kremami, jasnym ala waniliowym i kakaowym. Kremy robię samodzielnie, coś na bazie domowego budyniu do którego dodaje masło, a potem do jednej części kakao. Krem wychodzi lekki jak chmurka i rozpływa się w ustach. Na wierzch idzie galaretka, smak wedle uznania. Jeśli są sezonowe owoce, to pod galaretką układam truskawki albo jagody. Lodowiec jak sama nazwa mówi ląduje w lodówce, aby ładnie stężał. Najlepiej smakuje latem. Opisując go tutaj i wspominając jego bajeczny smak i rozpływający się w ustach krem, nabrałam ochoty! W sumie już dawno nie gościł w moim menu. To także smak moich beztroskich lat szkolnych. Fajnie byłoby wrócić do tego czasu, dobrze że chociaż w smakach możemy zakląć dobre chwile. Jakby dało się go wyprodukować bezkarnie bez cukru i kalorii zachowując smak... oj marzenie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałam podać e-mail malgorzata.dziadowicz90@gmail.com

      Usuń
  14. W gruncie rzeczy, cokolwiek by to nie było, na pewno by mnie uszczęśliwiło! Że też jeszcze częstochowskie rymy się tutaj wkradają. Ważne, by uchronić się od comiesięcznego wylewania morza łez, bo gdy przychodzą TE ciężkie, kobiece dni i hormonalna żądza posiadania słodkości sugeruje, że musisz TERAZ, ZARAZ wyjść z domu i kupić tę słodkość z obejrzanej przed chwilą reklamy... To nie jest dobre! Ani trochę!
    Dajmy się jednak ponieść fantazji. Zamykam oczy i widzę niewyraźny, prostokątny kształt. ONA jest taka niepozorna. Taka skromna. POŻĄDANA i KOCHANA. Rozpływa się w ustach, nie daje o sobie zapomnieć. Czekolada z Oreo to wynalazek, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego. Łamie moje serce na jeszcze mniejsze kawałeczki, niż zawarte w niej drobinki ciastek. Tylko ona sprawia, że raz w miesiącu pozwalam sobie na grzeszki z jej udziałem. Gdy nikt nie patrzy, w towarzystwie dobrej książki i kota, który najchętniej rzuciłby się na mnie z chęcią odebrania słodkości.

    A gdyby tak... Gdybym tak nie musiała już grzeszyć i przestać liczyć kalorie?

    Hoho, no nic. Ta grzesznica to Klaudyna. Polubione ma oba profile, powzdychała do czekoladowej herbatki i zostawia e-mail - klaudynazwiazek@gmail.com :)

    OdpowiedzUsuń