Odkąd pamiętam, walczę z zaczerwienieniami. O ile moja cera nie należy do super wrażliwych i trudno ją podrażnić, tak rozległe plamy naczynkowe skutecznie utrudniają mi życie, uniemożliwiając dobór podkładu i przebijając bezlitośnie spod wszelkich kosmetyków. Dziś naturalnie jest już lepiej – ze względu na większą świadomość potrzeb skóry i dostępność produktów – ale zaufajcie mi – czasy gimnazjum/liceum, okres słabo kryjących, pełnych różowych tonów podkładów to zdecydowanie najgorszy rozdział z  kroniki mojej cery. Mimo to, lata rozmaitych doświadczeń nauczyły mnie sporo, a poza kilkoma uniwersalnymi zasadami, ufam też kilku sprawdzonym kosmetykom, lub ich typom, więc jeśli borykacie się z problemem cery naczynkowej, zaróżowionej punktowo lub całościowo – być może znajdziecie tu coś dla siebie.

Jak wspomniałam we wstępie, moja cera nie jest typową, problematyczną naczynkową, z jaką klasycznie kojarzy się w przypadku zaczerwienień. Mam naturalnie oliwkowy, lekko żółty ton skóry, którą trudno podrażnić kremem czy kosmetykiem do mycia. Powoli się opala, jest bardzo odporna na poparzenia i urazy. Słowem – wydawałoby się, że daleko jej do skóry atopowej, delikatnej, czyli właśnie takiej, na której obszary zaróżowienia to znacznie więcej niż policzki. A jednak – być może najrozsądniej byłoby umieścić tutaj zdjęcie przed/po w makijażu, abyście zrozumiały w pełni o czym mówię – jeśli uda mi się takie cyknąć, uzupełnię wpis właśnie o to, abyście mogły zobaczyć, jak dużą różnicę dają odpowiednie kosmetyki. Celowo nie poruszam tematu pielęgnacji, bo źródła zaczerwienień są różne: mogą to być rozszerzone naczynka, lub zmiany trądzikowe, hormonalne czy podrażnienia alergiczne. Chodzi jednak o efekt: czyli zatuszowanie niechcianego zabarwienia, które jak przez lata zdążyłam się przekonać, potrafią przyćmić każdy element makijażu i zawsze w efekcie sprawiają, że twarz nie wygląda zdrowo. No to do konkretów!
1. Baza
Nie odkryję tym Ameryki, ale to fakt: baza neutralizująca zaczerwienienia jest istotnym wstępem do tematu. Sprawa zaczyna się nawet wcześniej – już na etapie kremu pod makijaż, warto wybrać ten z dodatkiem zielonego pigmentu. Moja Mama stosuje na przykład Red Blocker – chociaż szczególnie go Wam nie polecam, bo w moim odczuciu poza zabarwieniem, jest dość suchy i średnio nawilżający. Baz z zielonym barwnikiem na rynku mamy mnóstwo – u mnie tym razem występuje akurat Catrice z serii Prime and fine. Nie jest to najlepsza baza na świecie, krycie mogłoby być nieco lepsze, jednak ma intensywny, pistacjowy odcień który „gasi” ogniska koloru i pokrywa twarz lekko siną warstwą, dzięki czemu aplikowany później podkład ma zdecydowanie bardziej neutralne tło. W konsystencji jest przyjemna, bardzo lekka – nie jest to baza silikonowa, przypomina raczej wodnisty krem, więc nie jest wyczuwalna na twarzy i nie zmienia właściwości kremu ani podkładu. Kosztuje też niewiele – około 18zł. 
2. Podkład
Idealnym i niezbędnym do tanga oprócz bazy, jest podkład. To u mnie temat rzeka, a wpisy na ich temat pojawiają się regularnie, zawsze jednak łączy je jedno: szukam zawsze podkładów o neutralnej, beżowej, lub lekko żółtej barwie. Jakiekolwiek podkłady z pigmentem różowym, natychmiast wybijają kolor mojej cery na bardziej zaczerwieniony, niezdrowy i odstający od reszty. Na blogu znajdziecie wciąż aktualne zestawienie żółtych podkładów, wpis poświęcony aktualnemu ulubieńcowi, czyli Max Factor Facefinity oraz, dla zwolenniczek produktów mineralnych – świetne kolorystycznie propozycje od Annabelle Minerals – tam też do podejrzenia fotki moich licznych śladów i blizn – które dziś na szczęście mocno już zbielały, a to za sprawą mezo serum Bielendy <3.
Patrząc na temat na podstawie dotychczasowych doświadczeń, coraz łatwiej jest o neutralne i żółtawe podkłady, nawet na półkach drogerii – większość produktów Bourjois ma ładną tonację, Bell z serii hipoalergicznej wygląda nieźle. Wciąż jednak najładniejsze i najbardziej zróżnicowane odcienie znajdziemy w nieco wyższym przedziale cenowym, i tutaj króluje MAC (odcienie pomiędzy NC15 a NC30), Estee Lauder, Clinique czy Kat von D. Wspomniany przeze mnie Bourjois, to dla mnie w ostatnim czasie Air Mat – o którym również pisałam tutaj
3. Kamuflaż / korektor
W przypadku wyjątkowo uporczywych, lub miejscowych zmian i przebarwień, niezastąpiony będzie silnie napigmentowany korektor. Przerabiałam ich już trochę i na ideał wciąż nie trafiłam, jednak niedawno recenzowane kółko kamuflaży Kobo zawiera piękny, żółty, kremowy kamuflaż łudząco podobny do tych, jakie znajdziecie w kamuflażach Kryolan, i może okazać się bardzo trafiony. Jest to odcień jasny i mocno napigmentowany, nada się więc do wielu zadań: od konturowania, po kamuflowanie. Warto wypróbować go również na okolicę oczu, jako przeciwwagę dla zasinień.
4. Puder 
Tutaj pole do popisu mamy spore, ale i do wtopy – także. Teoretycznie, jeśli uda nam się dobrać optymalny odcień podkładu, wystarczy sięgać po puder transparentny lub biały – jednak jeśli można wzmocnić efekt neutralizujący, to dlaczego nie? Gama żółtych, korygujących pudrów stale rośnie. W swojej ofercie świetne pudry ma Clinique (idealny, jasny żółtek, w wersji prasowanej) czy słynny Ben Nye w odcieniu Banana, który poleca nawet Katosu. To właśnie odpowiednikiem tego ostatniego jest puder sypki W7 o wdzięcznej nazwie Banana Dreams. Nie mam niestety porównania z oryginałem, jednak tańszy banan sprawdza się u mnie bardzo fajnie. Jest drobno zmielony, aksamitny, ma ładny kolor o przyjemnej pigmentacji, choć nie utrzymuje matu zbyt długo. Kosztował coś około 17zł, więc warto go wypróbować – chociaż następnym razem, gdy go wykończę, ze względów praktycznych wybiorę chyba coś prasowanego.
5. Baza pod cienie – korektor
Sytuacja w kategorii oczy jest niejednoznaczna, bo opcji mamy kilka. To też właściwie szersza kwestia ujednolicenia koloru powiek, bo najczęściej dokuczają nam niebieskie żyłki w tym obszarze, które koniecznie powinnyśmy kamuflować, aby stworzyć dla cieni idealnie neutralne płótno. W tym względzie odpowiednie będą albo dedykowane bazy pod cienie z beżowym pigmentem, albo korektor pod oczy. Ja jednak wybieram bazę, bo korektor zwykle mimo moich starań po prostu się roluje. Tutaj – baza Essence I love stage, której używam już drugi miesiąc i jestem z niej bardzo zadowolona. Jest kremowa, klei się odrobinę na tyle, żeby ładnie utrzymać cienie, a ma na tyle mocną pigmentację, że bardzo ładnie i naturalnie wyrównuje kolor na powiece.
——-
Tak wygląda przegląd mojej kosmetyczki, jeśli chodzi o wizualną korekcję zaczerwienień. Stale testuję nowe produkty i szukam tych, które jak najlepiej radzą sobie z tym problemem. Zawsze należy brać pod uwagę potencjalne źródło problemów, i od niego zaczynać opracowanie własnej, skutecznej taktyki makijażowej, jednak za wymienione produkty mogę z całym sumieniem ręczyć, że okażą się pomocne. Jako wsparcie, dobrze działa na mnie też woda termalna łagodząca widoczność naczynek, maseczki i sera z witaminą C oraz maseczki algowe. Być może, gdy zgromadzę szerszy „materiał dowodowy”, pojawi się kontynuacja wpisu – właśnie od strony pielęgnacji.
Kto boryka się z problemem zaczerwienień? A może po prostu – kolor Waszej cery odbiega od odcienia szyi i ciała, i potrzebujecie korygować go poprzez makijaż?
Mam nadzieję, że powyższa lista i wskazówki okażą się przydatne!