Jakiś czas temu natknęłam się u Aliny na wzmiankę o maskach algowych i tym, jakie cuda wyprawiają zwłaszcza jeśli chodzi o wygładzanie poprzecznych zmarszczek. Tym bardziej wytężyłam wszelkie zmysły, bo tak się składa, że dwie poprzeczne zmarszczki na czole to przyczyna mojego odwiecznego wahania pomiędzy – chcę grzywkę – nie chcę grzywki – powinnam jednak mieć grzywkę, bo grzywka jest tańsza, niż botoks. Nie czekając długo, następnego dnia pobiegłam do Hebe i kupiłam przeciwzmarszczkową, nawilżającą maseczkę nawilżającą Nacomi w wersji żurawinowej. Używam jej od kilku tygodni więc myślę, że czas na recenzję.

W kwestii informacji praktycznych: maseczkę znalazłam w Hebe, za około 14zł. W opakowaniu mamy 40g produktu i według zaleceń producenta, na jedną sesję powinnyśmy zużyć od razu połowę, mieszając w odpowiedniej proporcji z wodą. Ja używam jej na jeden raz znacznie mniej – na oko dwie łyżeczki, dolewając wodę i mieszając tak, by powstała gęsta, niezbyt lejąca papka przypominająca ciasto na naleśniki.
Sama maseczka ma postać drobno zmielonego, przypominającego mąkę proszku. W wersji żurawinowej pachnie jak rozdrobnione, pudrowe cukierki ;). Zapach znika jednak tuż po aplikacji. Jeśli chodzi o jej rozrabianie i nakładanie, nie jest to może najwygodniejsza formuła (kto nie lubi masek w płatku!), ale nie jest też najgorzej. Tylko uważajcie podczas otwierania, żeby zawartość od razu nie wylądowała na podłodze… :). Co do proporcji, to tak jak napisałam – ja robię to na oko i po swojemu, i patrząc na efekty, zdaje to egzamin. Co jest istotne, to to, żeby przy samej aplikacji nie nałożyć zbyt cienkiej warstwy. W przypadku klasycznych maseczek peel off, większa ilość może spowodować problemy ze zdjęciem maski, ale w tym wypadku zbyt cienka warstwa szybko wyschnie i nieprzyjemnie wczepi się w skórę, a grubsza, solidna, zamieni się w gumowy płat, który powinnyśmy ściągnąć za jednym pociągnięciem po upływie 15 minut.
Maskę aplikuję na całą twarz, omijając jedynie okolice oczu i brwi – to uzasadnione, bo na brzegach lubi podsychać, a wtedy jej usunięcie nie należy do najłatwiejszych. Żeby temu zapobiec, warto brzegi zabezpieczyć np. kremem, lub zmyć czymś delikatnym – nie polecam skrobać.
Po zaschnięciu maseczka przestaje pachnieć, nie ściąga mocno twarzy, nie szczypie i nie swędzi. Jest bardzo łagodna w odczuciu. I co dzieje się po kwadransie?
Poprawnie nałożona maseczka daje się ściągnąć w jednym kawałku i właściwie od razu możemy dostrzec efekty jej działania. Na mojej naczynkowej, przesuszonej skórze z licznymi przebarwieniami, dostrzegam przede wszystkim ukojenie, ujednolicenie koloru i wygładzenie. Skóra jest miękka, a jej struktura z lekko szorstkiej zmienia się w coś, co przypomina cienką warstwę bazy silikonowej – to ten rodzaj gładkości. 
Co ze zmarszczkami na czole?
Po 3-4 aplikacjach nie powiem, żebym zauważyła spektakularne spłycenie zmarszczek, jednak dzięki regularnemu stosowaniu skóra w tej okolicy ładnie się wygładza i napina, co wizualnie zmniejsza ich widoczność. Od niedawna aplikuję też do mieszanki lub pod nią mezoserum Bielendy – być może ono wzmocni ten efekt. Wciąż też poszukuję intensywnego kremu przeciwzmarszczkowego, który po maseczce może okazać się niezbędnym krokiem do pełnego zadowolenia z efektu.

Dla kogo będzie dobra? Czego po niej oczekiwać?
Tak naprawdę maseczka zachowuje się tak łagodnie, że nie widzę przeciwwskazań w jej stosowaniu nawet mając cerę wrażliwą czy podrażnioną. Tuż po użyciu, oraz następnego dnia (stosując wieczorem) twarz jest komfortowo nawilżona, a wszystkie suche skórki znikają. Zdecydowanie warto spróbować masek algowych z gamy Nacomi. Lada moment wykończę tę i zamierzam spróbować innych wersji. Nie jest to z pewnością zamiennik botoksu, ale skuteczny sprzymierzeniec w pielęgnacji – jak najbardziej.

Kto zna? Kto lubi? 🙂 Co jeszcze polecacie na uporczywe, poprzeczne zmarszczki?