Chociaż pierwsza zawsze powtarzam, że to, co dla jednej osoby jest porażką – dla innej może być hitem, to w ostatnim czasie i mnie ogarnęła refleksja, spoglądając w czeluści szuflady z kosmetykami. Stwierdziłam, że skoro zalegają w niej rzeczy, po które nie sięgnęłam od tygodni, to warto jest mimo wszystko o nich wspomnieć – być może macie na ich temat podobne zdanie?

Rimmel Lirene Perfect Tone Essence

Słowem wstępu – określenie kosmetyku mianem bubla nie przychodzi mi łatwo i szybko. Mam chyba sporo wyrozumiałości i czasem zamiast na nieadekwatne działanie produktu, winę za nieciekawy efekt zrzucam na… siebie – a to myślę, że moja cera wygląda kiepsko sama z siebie, a nie podkład, lub że tusz nie do końca dobrze leży na rzęsach, bo jakoś koślawo je maluję. Czasem jednak moje wrażenia są po prostu jednoznaczne – tak było w tym przypadku.


1. Podkład Lirene Perfect Tone

Na pierwszy rzut oka, podkład robi bardzo dobre wrażenie – solidna, szklana butelka z pompką, spora gama kolorystyczna – wydawało się, że może być bardzo dobrze. Obietnica idealnego dopasowania do skóry za sprawą pigmentów soft focus (czymkolwiek one są) budzi spore nadzieje – i jak to zwykle bywa, im one większe, tym większe rozczarowanie. Niestety, podkład Lirene dyskwalifikuje u mnie jego tonacja – nie jest to nawet neutralny beż, to lekko marchewkowy kolor, które zdjęcie tylko idealizuje. Fakt, nie odcina się on grubą kreską na linii żuchwy, ale też nie jest niewidoczny – zresztą akurat w przypadku podkładu, liczy się krycie i dopasowanie – a nie jako taki dobór koloru. W kwestii ładnego odcienia, wypada po prostu blado – w odróżnieniu na przykład od MAX FACTOR FACEFINITY klik. Co więcej, podkład kryje bardzo średnio, dokładanie kolejnych warstw nie ma na niego dobrego wpływu – budujemy tylko coraz wyraźniejszą powłokę niepożądanego odcienia i w efekcie – nie uzyskujemy ani odpowiedniego kamuflażu, ani zdrowo wyglądającego wykończenia. Niestety, Lirene to w moim przypadku kolejny podkład spoza Rossmannowej szafy, który się po prostu nie sprawdził.

2. Essence Cushion Powder Glow, róż z gąbką z limitowanej edycji Winter Glow

Przyznam, że gdy róż trafił w moje ręce, z miejsca pochwaliłam ciekawą konstrukcję: róż jest niewielki, sprytnie schowany w tubce z lusterkiem, której wieczko kryje gąbkę – aplikator. Założenie ciekawe, gorzej z efektem końcowym. Gąbka jest sztywna, z trudem dosięga wgłąb opakowania. Róż, choć ma świetny, koralowy odcień – podobno niezwykle do TEGO RÓŻU WIBO jest niestety bardzo słabo napigmentowany – gdy porzuciłam wbudowaną gąbkę i próbowałam wygrzebać go pędzlem, skończyło się to fiaskiem – jest niemal niewidoczny na skórze. Lubię limitki Essence, w tej samej linii znalazła się np. gąbeczkowa pomadka w pudrze, która świetnie się sprawdza, ale tutaj – formuła zdecydowanie wymaga dopracowania.

Róż Essence Winter Glow Cushion Powder Blush

3. Tusz do rzęs Rimmel Wonder’full Mascara

Gdy sięgnęłam po ten tusz, przyznaję – skusiło mnie głównie piękne, miedziane opakowanie, dodatkowo uznałam zawartość olejku arganowego za pewien ukłon w stronę zazwyczaj zmaltretowanych rzęs. Niestety, potem zaczęły się schody. Tusz, aby w ogóle zaczął być widoczny na rzęsach, wymaga kilku warstw – a to automatycznie wydłuża czas całego makijażu. Nie podkręca ani nie pogrubia rzęs, jest bardzo mokry i właściwie nie wiadomo, na co poza odbijaniem możemy w jego przypadku liczyć. Fakt, nie skleja, nieźle rozczesuje, ale jest jednocześnie tak wodnisty/tłusty? że nie jest też w stanie nadać rzęsom ani kształtu, ani pożądanej grubości. Zdecydowanie radzę sięgnąć raczej po MAYBELLINE LASH SENSATIONAL klik.

Rimmel Wonder'full

4. Essence Stay All Day16h Longlasting Concealer

Cóż dodać, cóż ująć – od korektora oczekuję, aby spełniał przynajmniej jedno z kilku kryteriów: krycie, trwałość, kolorystyka. Niestety mam wrażenie, że w większości drogeryjnych szaf kryją się tak zwane nierobisie, czyli te korektory, które właściwie możemy sobie ciapnąć pod okiem lub na jakieś przebarwienia, ale one i tak nic z tym nie zrobią. Ot tak, dla komfortu psychicznego. Korektor Essence po wklepaniu pod oczy właściwie znika, ukazując moje nie aż tak drastyczne cienie i zasinienia, wyciera się z łatwością. Jedyne, co trzeba mu oddać – ładnie łączy się z podkładem, no ale to nie takie znów dziwne, skoro właściwie jest tak transparentny, że nie ma jak się pogryźć z drugim kosmetykiem. Przy okazji, będę wdzięczna za polecenie porządnego, ładnie kryjącego korektora nadającego się pod oczy – takiego, który rozjaśniłby tę okolicę 🙂

Lirene Perfect Tone podkład

Dziewczyny, to by było na tyle jeśli chodzi o negatywne doświadczenia ostatnich tygodni – na szczęście, dla równowagi, w zanadrzu mam też kilka niespodziewanych perełek, które niebawem pojawią się na blogu – będzie coś dla przesuszonych cer i poszukiwaczek tanich, świetnych cieni.

Stay tuned i dajcie mi znać, co was ostatnio rozczarowało!