Chyba całe moje makijażowe życie poszukuję podkładu idealnego. Z lepszym lub gorszym skutkiem, stale daję się namówić na podkładowe nowości, w nadziei, że to właśnie będzie on – mój rycerz na białym koniu… albo Ten Jedyny Żółtek ;). W ostatnim czasie szturmem w kosmetyczki wdarł się duet podkładowo – bazowy od Rimmel, z serii Lasting Finish. Zachęcona pozytywnymi opiniami, postanowiłam dać mu szansę. Jak wyszło? Jeśli chcecie zobaczyć, jak na mojej naznaczonej naczynkami cerze wygląda ten kandydat, a także jak wypada w porównaniu z innymi – zapraszam dalej.

Nie jestem przekonana co do “nowości” tego podkładu, bo kojarzę go już z wcześniejszych wcieleń pod nieco inną postacią opakowania. W każdym razie, według producenta, jest to długotrwały podkład, który zapewnia naturalny wygląd skóry nie obciążając jej. Podkład posiada lekką formułę, dzięki której cera wygląda świeżo i nieskazitelnie. Podkład bardzo dobrze dopasowuje się do cery, przez co łatwo się go rozprowadza. Innowacyjny efekt „elastycznej warstwy”, która pozostaje nienaruszona przez 25 godzin. Delikatna struktura fluidu z nawilżającym serum sprawia, że podkład jest prawie nieodczuwalny na twarzy.

A co z tego jest prawdą?
Przede wszystkim, podkład na pewno trafia w fajny przedział cenowy, bo przy sprzyjającej promocji jesteśmy w stanie kupić go za około 15 złotych, podobnie wygląda kwestia bazy. Nie przeszkadza mi w ogóle proste, tubkowe opakowanie, bo akurat zabierałam ten duet na weekend i to na pewno wygodne rozwiązanie. Jedyny minus jest taki, że po odkręceniu wieczka zawartość, ponieważ jest dość rzadka, trochę się wylewa. Tutaj można było przemyśleć węższy aplikator lub dozownik. Poza tym ok. Dodatkowo, podkład ma przyjemny, owocowo kwiatowy zapach.
Sam podkład ma fajną, raczej płynną konsystencję, a w styczności ze skórą, gdy wmasowujemy go w twarz, daje wrażenie kremowej, śliskiej struktury. Niewielka ilość wystarcza do niezłego krycia, bo podkład nie zastyga w miejscu, tylko ładnie rozprowadza się po danej powierzchni. I właśnie – krycie: byłam mile zaskoczona, bo już dawno zrezygnowałam z drogeryjnych podkładów właśnie ze względu na niewystarczające krycie. które w przypadku mojej naczynkowej cery jest bardzo ważne. Niestety, mam tak gęstą i widoczną sieć czerwonych nitek, że punktowe korektory odpadają, a dodatkowo mój podkład musi mieć żółty odcień, żeby porządnie neutralizować ten problem. Zazwyczaj w tej kwestii sprawdza się u mnie MAC Studio Fix, choć jest trochę bardziej pomarańczowy niż żółty, lub Estee Lauder Double Wear – ale tutaj już wykończenie jest nieco zbyt suche, tępe i płaskie. Pod tym względem, Rimmel jest bardzo przyjemny: kryje nieźle, na tyle że cała twarz jest ładnie ujednolicona, a przy tym daje przyjemne, nawilżające uczucie z lekkim, naturalnym efektem pozbawionym płaskiego matu. Jeśli chodzi o kolor – mogło by być lepiej, jest dość neutralnie. Faktem jest, że posiadam dość ciemny kolor – nr 200 – a w całej gamie tonacja jest mocno zróżnicowana, i zdarzają się kolory bardziej i mniej różowe. Nie jest to odcień idealny dla mnie, bo mimo wszystko tonacja trochę się na linii szyi odcina. Tak się złożyło, że ostatnio wrzuciłam do koszyka też słynny puder Rimmel Stay Matte, i ten duet pod względem matu bardzo do siebie pasuje.

Jeśli chodzi o trwałość: tu na pewno producent trochę “popłynął” 😉 nie aż tak, jak spływa z twarzy Rimmel – bo w zależności od okoliczności, podkład wytrwa na twarzy 4-6h, ale trzeba się liczyć z tym, że wraz z upływem czasu będzie on się lekko ścierał – na pewno odbija się na ekranie telefonu, a w przypadku podpierania twarzy dłonią w danym miejscu znika. Jeśli jednak nie mamy tendencji do dotykania swojej twarzy lub mamy możliwość poprawek w ciągu dnia, to uczucie podczas noszenia jest bardzo na plus.
A co z bazą?
Zalecana do podkładu baza, powinna czynić, co następuje: baza przedłużająca trwałość makijażu nawet do 8 godzin. Lekka formuła nie obciąża skóry, a dzięki zawartości witaminy E pielęgnuje ją, nadając uczucie komfortu. Zmniejsza widoczność porów i wyrównuje koloryt cery.
No dobrze, a w kwestii faktów – testowałam Rimmel w konfiguracjach z różnymi kremami i tą właśnie bazą. Szczerze mówiąc, nie zauważyłam znacznej różnicy czy to w trwałości, czy w komforcie noszenia samego podkładu. Wydaje mi się wręcz, że baza daje na skórze dość tępe uczucie, a podkład solo sunie po niej znacznie bardziej gładko. Może to jednak w jakimś stopniu poprawia jego “przyczepność”, nie na tyle jednak, żeby stosowanie duetu dawało wymierne efekty. Myślę, że raczej solidny, matujący krem może sprawdzić się w tym przypadku lepiej. Baza przypomina raczej niezbyt nawilżający krem, pozbawiona jest typowej, silikonowej konsystencji. Efekt może też różnić się w zależności od typu cery – moja mieszana w kierunku suchej średnio się z nią polubiła.
W zestawieniu z moimi codziennymi sprzymierzeńcami z (nieco) wyższej półki:
… i w formie swatchy na twarzy – zwróćcie uwagę, jak bardzo różowa jest moja cera w porównaniu np. z oliwkowym kolorem szyi. Tym bardziej celowanie w żółty kolor jest u mnie obowiązkowe.
Podsumowując, podkład jak najbardziej warty jest próby – o ile nie macie poważnych niedoskonałości do ukrycia, a neutralny, beżowy odcień Wam odpowiada – powinnyście dać mu szansę. Czy nadaje się do idealnego selfie? Myślę, że wypada całkiem dobrze, cera na zdjęciach wygląda zdrowo i rześko 😉 Zresztą – spróbujcie same!