Każdy ma chyba taki element w swoim stroju czy makijażu, któremu poświęca najwięcej uwagi i ta jedna rzecz zawsze musi być “zrobiona”, inaczej czujemy się dziwnie. Dla jednych będą to starannie pomalowane usta, dla mnie – są to brwi. Mam już sporą kolekcję produktów do ich ujarzmiania, ale gdy usłyszałam o Inglotowej pomadzie, nomen omen porównywanej do słynnych produktów Anastasia Beverly Hills, nie mogła ona nie dołączyć do mojej kolekcji. 

Nowość od Inglot określana jest różnie: jako konturówka, liner czy pomada do brwi. Konsystencją produkt faktycznie przypomina kremowy, masełkowaty eyeliner. Dostępność – salony Inglot, gama kolorystyczna całkiem spora i ciekawa, a cena – 37zł. Faktem jest, że inglotowy produkt jest dość unikatowy na naszym polskim rynku akcesoriów do brwi, bo w drogeriach królują kredki (niektóre całkiem fajne, ale kuleje trwałość lub odcienie) i żele koloryzujące. Po farbki czy innego typu konturówki musimy już sięgać online, a to nie najwygodniejsze rozwiązanie ze względu na brak możliwości sprawdzenia chociażby odcienia. No i ceny – wprawdzie możemy zakupić całkiem trwały i poprawny kolorystycznie Aqua Brow, ale jego koszt przewyższa kilkukrotnie cenę Inglota. W takiej sytuacji, polska marka miała szansę zaoferować produkt, który fajnie trafiłby w ten brakujący, brwiowy środek.

Ja bez większego wahania zdecydowałam się na odcień 12 – czyli chłodny, ale nie zimny, ziemisty brąz z kroplą szarości. Gdy mówię: chłodny, nie mam tu zupełnie na myśli odcienia typowego np. dla Permanent Taupe od Maybelline – Inglot pozbawiony jest zupełnie tej gołębiej szarości, na rzecz neutralnych, jedynie lekko szarawych tonów, które w żaden sposób nie wybijają się na prowadzenie. W zestawieniu z popularnymi produktami do brwi, dwunastka prezentuje się następująco:
Jeśli chodzi o konsystencję, pierwsze słowo jakie przychodzi mi na myśl to: masełkowata. Pomada jest bardzo, bardzo miękka, lekko tłusta, puszysta. Nie polecam dźgać powierzchni pędzelkiem zbyt agresywnie 😉 wystarczy minimalnie dotknąć skośnym pędzlem, a i tak lepiej jeszcze odcisnąć nadmiar na dłoni, spłaszczając pędzel. W kwestii aplikacji, produkt jest przyjemny we współpracy, to znaczy nakłada się w bardzo kontrolowany sposób, łatwo jest go stopniować i dokładać. Ja korzystam z pędzelka Hakuro H85 i w tym przypadku nawet dorysowanie pojedynczych włosków skośną końcówką nie stanowi problemu – liner pozwala zarówno na bardziej roztarty, jak i precyzyjny efekt. Brwi nie są sklejone, nie tworzą się żadne grudki (chociaż jeśli, tak jak ja, brwi lubią się wam targać w różne strony, to nie jest to również produkt który ten efekt ujarzmi – ale od tego mamy żele utrwalające). Kolor po aplikacji nie różni się znacznie od tego w słoiczku, chociaż miałam wrażenie, że jest minimalnie ciemniejszy – ale to także zależy od zaaplikowanej ilości. Ja mimo szczerych chęci i dążenia do perfekcji, wciąż nie potrafię wykonać tego tak subtelnie, jak na przykład Agnieszka z Dressed in mint 😉 chociaż w moim przypadku znaczenie może mieć też fakt, że moje brwi są naturalnie dość ciemne i sztywne – czasem wolałabym, żeby były tak blade i niewidoczne, żebym mogła na nich narysować pożądany kształt, zamiast próbować je w niego wkomponować. Dla mnie istotne jest też, że dzięki połączeniu linera i odpowiedniego pędzla, możemy naprawdę ładnie wymodelować zarówno końcówkę, jak i nasadę brwi, co w przypadku kredki potrafi być trudne, a efekt jest nieco zbyt ciężki.
Jedną z najważniejszych cech przypisywanych pomadzie jest jej trwałość. I faktycznie, w porównaniu do brwi podkreślonych cieniem lub kredką, Inglot na pewno pozwala zapomnieć o poprawkach na dobrych kilka godzin. Pomada wytrzymała nawet ostatnie upały, nie tworząc nigdzie prześwitów ani ubytków. W kwestii produktów brwiowych nie stawiam ich wymagań typu pocieranie dłonią – bo to już ekstremalna sytuacja, ale np. zwilżenie twarzy wodą termalną nie rozpuści Waszych misternie zaznaczonych brwi w tym przypadku.
Dla mnie to obecnie nr 1 wśród produktów do brwi, i chociaż ciągle dążę do ich lepszego, pełniejszego kształtu, to z tym linerem/pomadą jest to z pewnością czysta przyjemność.
Znacie już tę nowość? Rozczarowała was, czy zachwyciła? Dajcie znać, jeśli miałyście już do czynienia z tym linerem, albo jeśli polecacie coś innego właśnie do brwi – zwłaszcza żele, które są w stanie wygładzić powierzchnię brwi, będę dozgonnie wdzięczna ;).