Od kilku miesięcy na blogach obserwuję obecność intrygującego produktu do makijażu. Wraz z kolejnymi recenzjami, choć głównie pochlebnymi, zauważyłam, że w komentarzach zazwyczaj reakcje były mocno sceptyczne. Nie mogłam rozgryźć tego produktu, bo efekt u dziewczyn naprawdę mi się podobał, a z drugiej strony- komentarze w rodzaju “to musi być bubel” wprawiały mnie w konsternację. Stwierdziłam, że nie będę wyrabiać sobie bezpodstawnej opinii, więc podczas wizyty w drogerii w której owe cudo jest dostępne, po prostu wrzuciłam dwa egzemplarze do koszyka i rozpoczęłam testy. Mowa oczywiście o cieniach w gąbeczce, czyli Eye Majic. Moje wrażenia z ich stosowania i kilka istotnych kwestii technicznych – czekają we wpisie. Uwaga: dużo zdjęć! Czujecie się zaciekawione? 

Eye Majic przedstawiane są jako innowacyjne cienie do powiek w formie instant – to znaczy gotowe do użycia bez jakichkolwiek dodatkowych narzędzi i akcesoriów. To aż 55 zróżnicowanych kompozycji kolorystycznych o wykończeniu matowym, perłowym lub łączonym, jednak ich wyjątkowość polegać ma głównie na wygodnej formie aplikacji. Wystarczy przyłożyć gąbeczkowy aplikator do powieki, docisnąć i lekko przesunąć, aby otrzymać gotowy makijaż oka. Brzmi dobrze? No jasne, zwłaszcza w moim przypadku, gdzie zmyślne makijaże wykonywane za pomocą najpiękniejszych nawet palet wciąż nie są moją mocną stroną. Zazwyczaj stawiam na jasną, rozświetloną powiekę, delikatny brąz w załamaniu i ewentualnie kreskę – niestety, mimo namiętnego oglądania tutoriali makijażowych, połączenie ze sobą 10 różnych odcieni w malowniczym smoky wciąż pozostaje dla mnie wyzwaniem. Tym bardziej stwierdziłam, że inwestycja rzędu 9,99zł (a tyle kosztuje jedno opakowanie, zawierające dwa zestawy cieni) jest do przełknięcia – nawet, gdyby miały okazać się jedynie ciekawostką.

Zdecydowałam się na dwie wersje kolorystyczne: bezpieczną wersję nude, z delikatnie połyskliwym, szampańskim odcieniem, i nieco odważniejszą: ciemną fuksję z dodatkiem odcienia-kameleona, który lączy w sobie zieleń i ziemisty odcień brązu. Wybór w tej kwestii jest naprawdę spory: zdecydowanie dominują rozmaite kombinacje brązów, beży i nudziaków od jasnych po ciemne, ale moją uwagę przykuły także bardzo ładne fiolety. Tak naprawdę kolory są zupełnie nieograniczone, znajdziecie nawet ciemne granaty, srebro czy zupełnie imprezową wersję z panterką.

Jeśli chodzi o sam gąbeczkowy aplikator, byłam mile zaskoczona jego elastycznością. Obawiałam się przede wszystkim, że będzie zbyt sztywny i przyłożenie go do oka tak, aby efekt nie przypominał tatuażu z paczki czipsów będzie trudne. W praktyce wygląda to tak, że gąbeczka jest miękka i łatwo poddaje się naciskowi, więc jej dopasowanie do kształtu oka jest całkiem proste i przyjemne. Nawet w przypadku głęboko osadzonych oczu kształt nie jest problemem: wystarczy mocniej docisnąć tak, by cień przeniósł się dokładnie w każde pożądane załamanie oka.

No dobrze, skoro już mowa o aplikacji, to przejdźmy do konkretów, bo to jest tak naprawdę punkt sporny całego wynalazku. Gdy przyjrzałam się cieniom z każdej strony, zrobiły na mnie naprawdę pozytywne wrażenie i zaczęłam dziwić się wszystkim tym luźnym hasłom, że to taka porażka. Ostateczną kwestią miała okazać się aplikacja: wóz, albo przewóz.
Proces nie stanowi większej filozofii. Aplikator przymierzamy mniej więcej do powieki, przykładamy, i uwaga: dociskamy dokładnie, w wewnętrznym kąciku mocniej, pośrodku powieki też, a w zewnętrznym – nieco delikatniej, żeby nie przeciągnąć koloru zbyt daleko. Następnie, gdy już docisnęłam cień tam, gdzie trzeba, delikatnie – dosłownie o milimetr przesunęłam aplikator do zewnątrz i gotowe. Naprawdę nie ma tu nic trudnego. Jak wygląda cień świeżo po aplikacji? Po pierwsze: zależy to od koloru wyjściowego. Wersja beżowa wyglądała w zasadzie idealnie, delikatnie palcem przetarłam górną granicę aby nieco rozetrzeć linię krańcową i voila. W przypadku fuksji, która powaliła mnie swoją pigmentacją, użyłam miękkiego pędzelka do blendowania i również roztarłam zewnętrzną krawędź. To wszystko: nie dokładałam korektora, beżowego cienia, nic. Żadne dodatkowe zabiegi okazały się niepotrzebne, a kluczem jest, jak sądzę, odpowiednie wycelowanie aplikatora zgodnie z kształtem naszej powieki. 
Poniżej możecie zobaczyć efekt składający się z cieni, nałożonych na wcześniej pokrytą korektorem powiekę (Catrice płynny kamuflaż), cienkiej kreski (Catrice pisak do brwi w odcieniu Chocolate Brow’nie) oraz jednej warstwy tuszu do rzęs (Maybelline Lash Sensational). W tym wypadku efekt jest bardzo subtelny, powieka jest delikatnie rozświetlona a ciemniejszy pasek koloru tuż przy linii rzęs fajnie dodaje głębi spojrzeniu – nawet, jeśli rezygnujecie z kreski, co w naszym z założenia szybkim makijażu jest w sumie logiczne.


Drugi odcień Eye Majic kusił mnie jednak jeszcze bardziej, i nie czekając długo, postanowiłam spróbować i jego. W przypadku wersji nude wybrałam chyba odrobinę za jasną kompozycję – mam naturalnie ciemną, oliwkową karnację i kolor wyszedł trochę zbyt subtelnie. Czas na róż i … tutaj naprawdę wyszło zjawiskowo. Zobaczcie same:

Ta kompozycja okazała się być strzałem w dziesiątkę. Na oku wyszedł mi połyskliwy, lekko miedziany róż, który do brązowej tęczowki wygląda naprawdę dobrze. Na aplikatorze kolory wyglądały na ciemniejsze, jednak na powiece wszystko pięknie się ze sobą połączyło i efekt, który uzyskałam jest bardzo ciekawy, niejednolity i faktycznie wygląda, jakby był efektem zblendowania kilku ciekawych odcieni.

Jak oceniam cienie po podwójnej aplikacji?

1. Jeśli tylko odpowiednio przyłożymy aplikator, sprawa jest naprawdę wygodna i szybka: skoro udało mi się z moimi małymi oczami – wyobrażam sobie, że efekt może być tylko lepszy.
2. Cienie bardzo mocno osadzają się na powiece: wprawdzie użycie pędzelka (lub palca) do delikatnego rozmycia granicy cienia i skóry może okazać się konieczne, jednak trzeba się tu trochę namachać: pigment mocno chwyta, co ma związek z trwałością. Cienie trzymają się cały dzień i nie rolują, nie zauważyłam też osypywania – co ma akurat związek z ich formułą, w przypadku cieni “paletkowych” często w drodze z pędzla na powiekę niepożądany pyłek ląduje w okolicy dolnej powieki.
3. Kompozycje kolorystyczne są naprawdę udane: początkowo oglądałam je na stronie sklepu, jednak nie byłam do nich przekonana. Warto zobaczyć je na żywo, choć efekt finalny, jak widać na przykładzie różu – i tak bywa zaskakujący. Stwierdzam jednak, że jak na tak tani produkt, to kolory wyglądają naprawdę ciekawie i nie są oczywiste, a wykończenie perłowe w tym przypadku nie ma nic wspólnego z nachalnym połyskiem (wyobrażacie sobie ten efekt disco Dody?:)

Skład cieni: co ważne, nie zawierają parabenów. Mnie w żaden sposób nie podrażniły, nie uczuliły, nie wywołały żadnych niepokojących objawów.

Podsumowując…

Sądzę, że wyczerpująco rozprawiłam się z mitem na temat Eye Majic. Nie jestem zwolenniczką kosmetycznych eksperymentów, ale zdarzyło mi się mieć w rękach niestandardowy tusz do rzęs (pamiętacie taki dziwny, ruchomy z Avonu?) lub rajstopy w sprayu, i często te produkty okazywały się całkiem obiecujące. Podobnie jest z Eye Majic. Biorąc pod uwagę rozmaite opinie na ich temat, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że to udany gadżet kosmetyczny. Chociaż właściwie, czy gadżet to dobre określenie? Dla zwolenniczek klasycznych makijaży lub tych z Was, którym serce mocniej bije z każdą paletkową premierą, na pewno tak. Jeśli jednak samodzielne kompozycje, blendowanie i łączenie poszczególnych cieni sprawia Wam kłopot lub nie przepadacie za tym – to może być naprawdę dobre i skuteczne rozwiązanie. Cena rzędu 8-10zł za opakowanie z 4 gąbeczkami, których możecie użyć więcej niż raz w zależności od pigmentacji to godna opcja. Ja przy okazji wizyty w drogerii chętnie zgarnę jeszcze jakąś wersję i skorzystam, gdy będę miała ochotę na bardziej efektowny makijaż oka. Ja cienie kupiłam stacjonarnie w drogerii Kosmyk w Krakowie za 8,99zł, znajdziecie je jednak też online i chyba w wybranych drogeriach.

Jak Wasze odczucia w kwestii Eye Majic? Czy makijaż z ich udziałem w moim wykonaniu chociaż trochę Was przekonał? 🙂