Nadszedł listopad, na blogach królują ulubieńcy, a u mnie dla odmiany – krótkie podsumowanie nowości, które jednak muszę przetestować nieco dłużej, by móc stwierdzić czy pasują do tej kategorii. W październiku wpadło w moje ręce kilka fajnych kosmetyków, które rokują całkiem dobrze i pewnie wkrótce pojawią się poszerzone wrażenia z ich stosowania – póki co zapraszam na krótki przegląd nowości. Jest coś kolorowego, coś pielęgnacyjnego – i kilka słów o cacku poniżej :).

Na pierwszy ogień idzie poczwórna paletka cieni Coral Brown od Skin79. Gdy pokazałam ją na Instagramie, padło sporo pytań, co to za produkt, bo wyjątkowo spodobały się Wam jej kolory. Zupełnie się zgadzam: odcienie są bardzo “moje”. Łososiowy róż, delikatna miedź, połyskliwy brąz i wanilia – zestawienie, które pasuje niemal do każdego koloru tęczówki i chociaż ciśnie mi się skojarzenie, że to odcienie jesienne, to wyobrażam sobie je równie dobrze w wydaniu wiosennym. Plus zatem za uniwersalność, a oprócz tego – za duże, poręczne lusterko w opakowaniu. Aplikatory dołączone do zestawu przemilczę, bo nikt chyba nie traktuje ich jako użyteczny dodatek ;). Nie zdążyłam użyć palety zbyt wiele razy- ostatnio żyję w takim pośpiechu, że ledwo udaje mi się ciapnąć na rzęsy trochę tuszu – jednak poniżej możecie zobaczyć swatche trzech kolorów – wanilia jest tak jasna i lekko napigmentowana, że trudno było ją uchwycić. Wszystkie cienie mają satynowe, lekko błyszczące, metaliczne wykończenie bez drobinek, raczej jakby każdy z odcieni zawierał domieszkę rozświetlacza. Cena to 59zł, znajdziecie na przykład tutaj.

Kolejna z nowości, którą z kolei pochwaliłam się na Facebooku, to olejek Evree. Kupiłam go, chociaż pierwotnie wybrałam się do Rossmanna po mezo serum Bielendy, też w formie olejkowej, jednak z braku laku (a raczej z braku serum w drogerii) wróciłam z Evree. Jak narazie wydaje się, że była to dobra decyzja – po kilku aplikacjach zauważyłam znaczną poprawę nawilżenia i elastyczności, z powodzeniem używam go na noc i czasem na dzień, w parze z silniej matującym podkładem (np. Double Wear), co sprawia, że moje dwie poprzeczne zmarszczki na czole pozostają niewidoczne i nic w nie nie włazi, a i pozostałe obszary twarzy wyglądają zdecydowanie bardziej zdrowo. Za olejek zapłaciłam 30zł w regularnej cenie.
Choć w ostatnim czasie podoba mi się poprawa nawilżenia i elastyczności, nie rezygnuję z matowienia skóry podczas makijażu i puder to wciąż u mnie kosmetyk obowiązkowy. Dobrnęłam do dna ze Stay Matte od Rimmel, i postanowiłam sięgnąć po transaprentny, wodoodporny puder od Catrice z serii Prime&Fine. Wprawdzie leżał w szufladzie już od sierpnia, i sporadycznie go wtedy użyłam, jednak dopiero teraz stosuję go praktycznie codziennie. Lubię w nim aksamitną konsystencję i podoba mi się, że mimo obietnicy wodoodporności, nie tworzy jakiejś specjalnie cementowej, matowej powłoki jakiej się spodziewałam. Po prostu jest nieco bardziej trwały i dłużej utrzymuje cały makijaż w ryzach. Dodatkowo, po Stay Matte, doceniam porządne, dobrze spasowane opakowanie, która solidnie się zamyka i wyposażone jest w lusterko. Dzięki temu bez problemu wrzucam puder do torebki, bez obawy że coś pęknie i doprowadzi do katastrofy. Cena to coś w granicach 20zł.
Pielęgnacyjnie, poza olejkiem z Evree, nowością jest u mnie płyn micelarny, tonik 2w1 z Tołpy. Geneza jego zakupu jest prosta i zwięzła – będąc w Biedronce olśniło mnie, że wykończyłam micel z Eveline, o którym wspominałam tutaj, i naprędce potrzebowałam czegoś do demakijażu. Chociaż miałam kiedyś krem z tej serii Tołpy i strasznie go nie lubiłam ze względu na odpychający zapach i nikłe działanie, wrzuciłam płyn do koszyka. Generalnie marka kojarzy mi się pozytywnie i w sumie żałuję, że jeszcze nie trafiłam w gamie produktów na coś, co mogłabym uznać za osobisty hit. Ten produkt spisuje się nieźle – dobrze rozpuszcza makijaż, także oczu, chociaż po przemyciu nim twarzy pozostaje wrażenie lepkiej warstwy, więc nie wyobrażam sobie stosować go jako tonik i w takiej formie pozostawić na skórze. U mnie występuje raczej w tej kolejności: żel do mycia twarzy z Isany, tonik/micel, znowu żel. Dobrnęłam narazie ze zużyciem do 2/3 opakowania, na plus warto zaznaczyć, że nie odnotowałam przesuszenia ani podrażnienia skóry. Kosztował około 8zł w Biedronce.
Ostatnia z nowości, o której warto wspomnieć to błyszczyk/pomadka z matowej serii XXL longlasting z Essence. Chociaż nie przepadam za czerwienią na ustach, to warto zwrócić uwagę na ten błyszczyk (chociaż to określenie w przypadku produktu matowego to lekki mezalians ;). Dlaczego? W porównaniu chociażby z pomadką z Lovely, o której pisałam tutaj, już przy pierwszym użyciu zaskoczyła mnie kremowość i aksamitność formuły tej z Essence. Duży, wygodny, gąbeczkowy aplikator ekspresowo nanosi na usta kolor, który swoją drogą jest naprawdę pięknie napigmentowany i wygląda bardzo zdrowo, nie zasycha dając wrażenie szpachli, czego w silnie matowych produktach do ust nie znoszę. To raczej matowo-satynowe wykończenie. Koniecznie muszę zaopatrzyć się w delikatniejszy kolor, bardziej zbliżony do brudnego różu. Trwałość nie powala, jednak łatwość aplikacji i przyjemne odczucie na ustach to wystarczające dla mnie powody, by polubić się z tym produktem. Koszt to około 10zł.
Tak prezentują się nowości październikowo/listopadowe, choć nie wszystkie – w ostatnich dniach wpadły w moje ręce dwie prawdziwe perełki, które z automatu mnie w sobie zakochały, a więc o nich pojawią się dwa odrębne wpisy, bo naprawdę warto. Zdradzę, że chodzi o podkład i tusz do rzęs, więc jeśli szukacie czegoś w tej kategorii- stay tuned!

Znacie którąś z moich nowości? 🙂