Nie ma lepszego okresu na otaczanie się zapachem niż jesień i zima. Okej, może to uogólnienie, ale w moim wypadku świece, woski i wszelakie aromaty lubię właśnie w tym okresie – latem wystarcza mi świeże powietrze i wieczorny przeciąg. Gdy jednak temperatura spada poniżej kilku stopni, zawsze gromadzi się u mnie sporo aromatycznych dodatków: od kosmetyków, zwłaszcza do kąpieli, przez bardziej korzenne przyprawy, np. do kawy, po – no właśnie, świece. W ostatnim czasie za sprawą promocji i zniżek w moje ręce wpadły świece dwóch popularnych marek, a jedną z nich z pewnością doskonale znacie, w związku z czym chcę je dla Was porównać i jeśli zastanawiacie się nad którąś z nich – być może podpowiem, którą wybrać? Jak widzicie – nawet puchate stworzenia są zaintrygowane zapachami ;).

W moim zestawieniu chodzi oczywiście o świecę Yankee Candle, zaś po drugiej stronie ringu stają świece Heart&Home. YC to marka, która od 2-3 lat skutecznie opanowała internet, a ich woski i świece stały się już wręcz kultowe. Sama nie mogę oprzeć się pokusie, żeby regularnie wrzucić do koszyka jakiś wosk, a jeszcze częściej – zapachowy kartonik do samochodu. Świece kosztują jednak, ile kosztują, i to już zdecydowanie droższa zabawa. O ile wosk dostaniemy w przedziale 6-8zł, to za dużą świecę (jak na zdjęciu) musimy już zapłacić w granicach 90-100zł. Dlatego też zapewne jest to moja pierwsza duża świeca. Pokusiłam się o nią jednak po pierwsze ze względu na wygląd – te słoiki mają w sobie coś dekoracyjnego i pomijając zapach, po prostu dobrze wyglądają nawet gdy świeca się nie pali. Osobiście najbardziej lubię kompozycje świeże, nieco mydlane, których w Yankee jest trochę, zwłaszcza Aloes, Świeża bawełna czy wszelkie rodzaje morskiej bryzy i im podobne – najczęściej kolekcje wiosenne i letnie obfitują w takie klimaty. Tym razem padło jednak na Angel’s Wings – fakt, świeca wpisuje się wyjątkowo trafnie w obecny, przedświąteczny okres, ale i pomijając to – jest po prostu uniwersalnie… ładna. 

Owszem, kusiły mnie wszelakie soczyste, czerwone zapachy w rodzaju Christmas Garland, ale chcąc zachować chociaż odrobinę rozsądku (i wytłumaczyć się sama przed sobą) zdecydowałam się jednak na anielskie skrzydła. A jak z zapachem? Przyznam, że obawiałam się trochę, że będzie zbyt waniliowy i mdły – wszystkie kremowe i puchate zapachy Yankee są w moim odczuciu lekko przesłodzone. Zresztą nawet w oficjalnym spisie nut zapachowych padają takie składniki, jak wata cukrowa, płatki kwiatów oraz kremowa wanilia. Na szczęście nic takiego się nie dzieje. Zapach nie jest zbyt słodki, raczej słodko-wytrawny; jest w nim pewna nuta świeżości, lekkiego chłodu, co dobrze równoważy wanilię i ten cukier, o którym mowa. Faktycznie, może to coś na kształt płatków jakichś białych, delikatnych kwiatów. W efekcie zapach, który czuć po rozpaleniu, jest słodki, ale delikatny i zdecydowanie nie wpłynie na osoby podatne na migrenę (ręka do góry). Możecie bez obaw odpalić go nawet w niewielkim pomieszczeniu. Świetnie wycisza, tworzy subtelne tło, ale nie przytłacza.
Słoik jest naprawdę duży, świeca jest w śnieżnobiałym kolorze, a i etykieta w tym wypadku jest elegancka i minimalistyczna. To gadżet, który po prostu ładnie wygląda, a przy tym spełnia swoją funkcję, bo autentycznie pachnie (niestety, wiele ładnych świec, nawet te z Ikei, po odpaleniu zupełnie nie pachną). 
Coś jednak czai się w tle – i jest to świeca, która w sumie ciekawiła mnie znacznie bardziej, bo dopiero niedawno miałam z nią styczność. Chodzi o markę Heart&Home, którą znalazłam w tym samym sklepie, gdzie zwykle kupuję produkty Yankee, czyli Zapach Domu. Różnice między nimi są znaczne, a podstawowa jest taka, że H&H to świece sojowe. O czym to świadczy – teoretycznie jest to bardziej przyjazny materiał, zdecydowanie wolniej się spala i ogólnie jest bardziej eko. Nie chcę czarować, bo nie do końca wiem o co chodzi ;). Wizualnie nie ma różnicy.
Różnica jest za to znaczna, jeśli chodzi o ceny. Duży słoik Heart&Home dostaniecie za 49zł, ja z kolei dorwałam moje w promocji -50%, więc 49zł zapłaciłam za dwa. Są nieco mniejsze niż duże słoje z Yankee, ale i tak spore. 
Moje zapachy H&H to Witaj w domu oraz Mgła o świcie. Tak, kolejna różnica to polskie nazewnictwo. Trochę mniej fancy, a może trochę bardziej – jak kto lubi. 
Poza tym jest to w dalszym ciągu szklany słoik, z elegancką etykietą o pozłacanych napisach i wieczkiem dodatkowo zadrukowanym w motyw odpowiedni dla danego zapachu. Dostrzegam w kwestii wieczka pewien plus dla H&H, bo ścianki słoja są u góry znacznie grubsze niż w YC, a co za tym idzie- nie tak kruche. Wieczko pod spodem obłożone jest gumą i szczelnie zamyka całą świecę. Czas palenia w przypadku H&H to według informacji z etykiety około 70 godzin. 
Wybrałam dwa skrajne zapachy, chyba żeby ucieszyć moją chorobę decyzyjną. 

Mgła o świcie to był mój trop w poszukiwaniu świeżości i czegoś mega orzeźwiającego. I co? Traf w dziesiątkę. Ciężko ten zapach opisać, ale przypomina mi odrobinę jakieś perfumy – coś pomiędzy CK One a Acqua di Gioia, albo Dolce Gabbana Light Blue. W przeciwieństwie do świeżaków Yankee, nie jest to zapach płaski i jednolity – mieszankę aromatu trudno konkretnie opisać. Nie jest też w żaden sposób… łazienkowy, co jest częsta przypadłością tego typu zapachów YC. Jest trochę aloesowy, miętowy, delikatnie męski– jak orzeźwiająca, letnia woda kolońska. Podbity jest czymś słodkim, ale ledwie wyczuwalnym. Naprawdę jestem w stanie wyobrazić sobie letni poranek, kiedy słońce wstaje już o 4 rano i odbija się w promieniach chłodnej rosy. Coś pięknego, nie przesadzam ;).
Witaj w domu to zupełnie inna bajka. Zależało mi na czymś jesiennym, otulającym i ciepłym, ale mimo powąchania chyba całej oferty YC wszystko było albo zbyt przyprawowe, albo owocowe. Nic pośrodku, nic, co dawałoby wspólnie jakiś harmonijny efekt. Witaj w domu to właśnie taki koktajl: czuć w nim oczywiście goździki, delikatnie, ledwo co – cynamon, ale całość rozwija się na bazie jakby owocowego kompotu, gdzieś w tle pobrzmiewają nuty rozgrzanego drewna (albo sobie to dopowiadam, przez nazwę i wyobrażenia kominka i ciepłych skarpet ;). W każdym razie, to zapach, który faktycznie pozwala poczuć się jak w domu. Jest ciepły, korzenny, a intensywnie czerwony, prawie bordowy kolor dopełnia go idealnie. Nie jest duszący ani przytłaczający – idealnie “robi” jesienno zimowe tło i pozwala poczuć, jakby w pomieszczeniu było o kilka stopni więcej niż w rzeczywistości.
Podsumowując moje świeczkowe zapasy: jeśli jesteście fankami Yankee Candle, to na pewno warto zwrócić uwagę na Angel’s Wings, bo to wyjątkowo elegancka i udana propozycja nie tylko na zimę. Jeśli jednak nie chcecie inwestować zbyt dużo, a macie ochotę wypróbować jakieś świece – zdecydowanie polecam Heart&Home. Nie pachną według mnie słabiej, są sporo tańsze (dodatkowo warto polować na promocje) i… mają ciekawsze kompozycje zapachowe. Mimo przebogatego wyboru wśród oferty YC, to właśnie w H&H udało mi się ustrzelić idealny, zimowy zapach. Zresztą wybór też jest tutaj całkiem duży, a kompozycje są zupełnie inne niż te z Yankee – sporo tu subtelnych, lekkich zapachów rodem ze SPA, więc jeśli nie lubicie przytłaczających aromatów, rzućcie na nie okiem – na przykład TUTAJ. 

Jak Wam się podobają moje mini zbiory? Jestem ciekawa, czy po moich opisach zapachów stwierdzicie podobieństwo, gdy je powąchacie – albo jeśli już je macie 🙂