Nie było moim celowym zamiarem wstrzelić się z tym wpisem w Tłusty Czwartek, ale właściwie – jest to więcej niż słuszne :). Nie wiem jak Wy, ale ja dziś zjadłam dosłownie pół pączka i wymiękłam. Wygląda na to, że moje perypetie związane ze stopniowym odstawianiem, a przynajmniej – znacznym ograniczeniem – cukru w diecie przynoszą spodziewane efekty, które zaskakują mnie samą w różnych sytuacjach. O miesiącu bez cukru i cichych sprzymierzeńcach eksperymentu – właśnie dzisiaj. Rzućcie okiem dalej, a na końcu czeka na Was prezent. I nie, nie jest to pączek!

Przede wszystkim, warto zaznaczyć że daleko mi do eksperta do spraw żywienia czy diety, na sumieniu mam mnóstwo grzechów i nadal nie jestem modelowym wzorem do naśladowania w kategorii eat clean. Jeśli już o autorytetach w tej kwestii mowa, to bardzo podziwiam Nissiax, którą znacie zapewne z kanału na YouTube, a jej foodbooki zawsze wzbudzają we mnie jednocześnie podziw dla niej – za zróżnicowaną, a zarazem konsekwentną dietę zupełnie pozbawioną śmieci, i politowanie – dla moich sinusoidalnych zapędów i wahań pomiędzy bardzo uczciwym, prozdrowotnym jedzeniem a wsuwaniem paczki czipsów w ramach obiadokolacji. 

Gdy jednak w tym wpisie podzieliłam się z Wami książką dotyczącą ograniczenia, a docelowo całkowitej eliminacji cukru z diety, dostałam sporo wiadomości na temat mojej diety w ogóle.
 Odpowiadając pokrótce: moja dieta nie opiera się na żadnych szczególnych założeniach, nie jem mięsa, ograniczam nabiał i staram się jeść w sposób zrównoważony. Mimo to, moją zmorą od zawsze były słodycze, a gdy wyeliminowałam z jadłospisu wiele popularnych potraw, to oprócz wdrożenia wielu ciekawych, nowych smaków (dziękuję, Jadłonomia!) to rolę zapychaczy przejęły zdecydowanie właśnie one. Mleczne kanapki, batoniki, czy wreszcie – po prostu czekolada, zaczęły mi towarzyszyć dosłownie codziennie. To nie było tak, że zamawiam sobie gorącą czekoladę z lawą bitej śmietany raz w miesiącu – ja ustawicznie jadłam słodycze i zawsze musiałam mieć w domowym schowku coś na napady głodu, inaczej byłam rozdrażniona i zła. Zgaduję, że to symptomy typowego uzależnienia, a że innych używek nie mam, to nawet się częściowo usprawiedliwiałam. Problem zaczął się w momencie, gdy zaczęłam ważyć więcej niż bym sobie tego życzyła ja i rozmiarówka w sieciówkach, i powiedziałam dość. Skoro byłam w stanie zwrócić się w kierunku diety wegańskiej, wybieram tylko dobrej jakości warzywa, owoce, jem orzechy i korzystam w kuchni z oleju kokosowego, to muszę spróbować zawalczyć ze słodyczowym potworem. Tak też w moje ręce wpadła książka z cukrowego wpisu. 
Jak oceniam zmiany po około miesiącu? Zdecydowanie coś się zmieniło, choć trudno mi jednoznacznie wskazać na przyczynę. Trochę z braku czasu, dużej ilości stresu, ale na pewno w dużej mierze także dzięki podświadomej ilości wiedzy z książki, stopniowo po prostu ograniczyłam słodycze. Nie stało się to drastycznie, z dnia na dzień, ale stało się. Z poziomu cukroholika, po miesiącu jestem w miejscu gdzie jestem w stanie nie sięgać po nic słodkiego przez kilka dni, a mając w zasięgu wzroku czekoladę, zjeść tylko 2-3 kostki. Nie poszłam póki co ortodoksyjną drogą, jaką sugeruje autorka książki, która tropi cukier także w tradycyjnych produktach spożywczych: mące, pieczywie, owocach. Uznałam, że skoro moje uzależnienie jest tak zaawansowane, to limit na słodycze już będzie dużym sukcesem. Nie wdrożyłam w moje życie żadnych przełomowych zmian. Najwięcej zrobiła chyba świadomość, która przyszła po lekturze i kilka drobnych nawyków. Jakich?
  1. Picie na czczo ciepłej wody z cytryną (zapycha mnie i zajmuje mi czymś umysł, gdy rano zwykle z rozbiegu sięgałam np. po Monte)
  2. Dbanie o to, by zawsze mieć pod ręką coś, czym mogę się zająć: oglądając film, pracując przy komputerze – wafle kukurydziane, bezcukrowe gumy do żucia, lub coś co można po prostu przekładać w palcach żeby akurat nie wkładać nimi jedzenia do ust 😉
  3. Ban na kupowanie słodyczy – jakichkolwiek poza gorzką czekoladą: niby oczywiste, ale.. zawsze kupowałam ciastka czy czekoladki pod pretekstem “no a co jeśli ktoś mnie odwiedzi?” – mhm… 😉
  4. Zasada: poczekaj 20 minut i pomyśl, czy dalej tego chcesz – o dziwo, to działa. Jeśli nie dostałam kawałka czekolady od razu, gdy naszła mnie ochota, po 20 minutach ten wilczy głód jakby słabł 😉 
  5. No i w końcu: herbata!

I to właśnie herbacie chciałabym poświęcić kilka słów, bo po pierwsze to świetny rozpraszacz i dzięki całemu procesowi nie dość, że zajmuje dobrą chwilę czasu potrzebną akurat na to, by zapomnieć o ochocie na coś słodkiego, a po drugie – trafiłam na naprawdę ciekawe herbaty funkcjonalne, robiące dla nas sporo dobrego. 
Moi dwaj sprawdzeni pomocnicy to herbaty YogiTea Detox, czyli organiczna herbata z dmuchawcem, lukrecją i skórką cytrynową, oraz Pukka Cleanse – z pokrzywą, koprem włoskim i miętą. Obie herbaty kupiłam TUTAJ i właśnie z tego źródła je polecam.

Jeśli chodzi o smak i właściwości organoleptyczne, zdecydowanie wygrywa Yogi. Nie jestem koneserką herbat i trudno mi czasem przełamać się jeśli chodzi o finezyjne, ale niezbyt tradycyjne kompozycje, dlatego delikatna herbata z cytrynowym aromatem trafiła u mnie idealnie. Pięknie pachnie, świetnie smakuje i naprawdę nie mam żadnego problemu z wypiciem 2-3 filiżanek dziennie, a to jak na mnie – duży sukces. W kwestii składu jest on zresztą znacznie bogatszy niż mówią o nim główne składniki – w jednej torebce znajduje się jeszcze imbir, owoc jałowca kolendra czy kardamon. Każdy z powyższych pochodzi z ekologicznych upraw i robi dla organizmu sporo dobrego – przyspiesza przemianę materii i poprawia trawienie. 
Każda torebka Yogi opatrzona jest osobną sentencją – niby nic, a kolejny powód, żeby sięgnąć po nową sztukę. Trochę jak ciastko z wróżbą. Tyle że to nie ciastko. Chlip. Ale jakie trafne te hasła!
Pukka to już wyczuwalnie bardziej ziołowa herbata, którą osobiście muszę doprawiać sobie odrobiną cytryny, bo jest dla mnie trochę zbyt mdła w smaku. Przyznam jednak, że skusił mnie głównie… dizajn tych herbat: są po prostu tak piękne i estetyczne, że nie zdążywszy wykończyć jednego opakowania, mam ochotę sięgać po kolejne. Pomijając jednak mało uwodzicielski smak, w porównaniu z Yogi, to Pukka zachęca także przebogatym składem. Mamy tu pokrzywę (którą zaleca się przecież pić nawet solo), miętę, lukrecję – która łagodzi stany alergiczne i działa wspierająco na układ odpornościowy, a także koper i aloes, pomagające pozbyć się nadmiaru wody w organizmie i ogólnie nadają herbacie silnego działania oczyszczającego.
Wybrałam te herbaty, żeby w ramach cukrowego detoxu dodatkowo wesprzeć naturalne mechanizmy organizmu i zrobić dla niego coś na plus, zamiast ciągle katować skokami i spadkami poziomu insuliny ;). Wydaje mi się, choć nie jestem w stanie porównać swoich wyników badań sprzed miesiąca i teraz, że miewam zdecydowanie mniejsze skoki energii – kiedyś potrafiłam stać się senna dosłownie w 5 minut w ciągu dnia, i miotałam się między kawą a czekoladą, dziś w miarę stabilnie jestem w stanie przetrwać cały dzień bez takich wahań. Nauczyłam się też po prostu pić herbatę, zrobić z tego nawyk, rytuał i sposób na te problematyczne 15 minut każdego dnia, kiedy kusiło mnie coś niezdrowego. Nie przyszło to łatwo, bo w ogóle z natury mało piję (wiadomo, chętniej coś jem) – ale jak się okazuje – jest do zrobienia.
Podsumowując, raz jeszcze polecam Wam książkę Sarah Wilson, jako namacalny dowód podjęcia wyzwania i przewodnik w chwilach słabości. Przypominam, że znajdziecie tam również masę przepisów, które pozwolą Wam na nowo “odkryć” pewne smaki, w zdecydowanie lżejszych formach. W kwestii przepisów i zmiany nawyków żywieniowych mam Wam do polecenia kilka innych książek – ale zrobię o nich odrębny wpis, bo aż żal byłoby o nich wspominać tylko zdawkowo. Jako pakiet startowy proponuję właśnie książkę, stosowny zapas wody, cytryny i herbaty – i dużo silnej woli, bez nadmiernej presji. Coś na pewno się poprawi, coś pozytywnego nam pewno uda się wdrożyć – najważniejsze, to nie narzucać sobie milowych kroków na raz.
A w ramach obiecanego prezentu, mam dla Was konkurs.
Tłusty Czwartek już, na szczęście, prawie za nami, ale zbliżają się Walentynki.
W ramach moich gorących uczuć w Waszym kierunku, mam do rozdania taki zgrabny zestaw czterech wspaniałych herbatek o nietypowych kompozycjach smakowych. Jeśli zaintrygowały Was moje typy, to te na pewno skradną Wasze serce. No bo hej, tu są różowe herbaty z lawendą i wanilią, a nawet jedna z czekoladą. Tego jeszcze nie grali 🙂

Boxy Walentynkowe znajdziecie o TUTAJ.

Co zrobić, żeby je zdobyć?

1. Trzeba lubić mnie na FACEBOOKU (no w końcu chodzi o uczucia!)
2. Trzeba też lubić MY DETOX TEA

2. W komentarzu do tego wpisu napisać pokrótce, jaki byłby Wasz wymarzony, bezcukrowy deser, gdyby dało się go wyprodukować całkowicie bezkarnie i bez kalorii – i dlaczego właśnie ten przysmak. Ukochany tort, a może czekolada Galaxy? (Nic nie sugeruję!)

EDIT: Proszę o komentarze opatrzone NICKIEM, Imieniem lub nazwiskiem – czymkolwiek, co pozwoli mi zidentyfikować zwycięzcę i do niego się zwrócić 🙂 a najlepiej – wraz z mailem!

3. Poczekać do 14 lutego, kiedy ogłoszę szczęśliwego Zwycięzcę/Zwyciężczynię 🙂 – wyniki pojawią się na moim FB.

POWODZENIA!