Luty, choć należy do najkrótszych miesięcy, obfituje u mnie w perełki kosmetyczne i nie tylko. W związku z tym, nie czekając do końca miesiąca, postanowiłam pokazać Wam dziś, co ciekawego pojawiło się u mnie w ciągu minionych tygodni. Jest bardzo różnorodnie: kosmetyki, gadżety, akcesoria, a nawet… meble :).

1. Ponieważ wpis o dwóch kultowych cieniach z Inglota bardzo przypadł Wam do gustu, ostatnio ze zdwojoną intensywnością rozglądałam się za podobnymi cieniami. Kiedyś przypadkiem natknęłam się na zapomniany, zalegający na dnie szuflady cień Freedom Makeup w odcieniu Nude i… olśniło mnie, że jest łudząco podobny do Inglotowego 402, a w gruncie rzeczy także i do MAC Satin Taupe. Z kolei będąc kilka dni później w Pepco, moją uwagę zwrócił brzoskwiniowo różowy Base 203, także tej samej marki. Jest nieco mniej podobny do pierwowzoru, trochę bardziej matowy, nie tak połyskliwy, jednak daje podobne krycie, rozświetlenie i idealnie nada się jako cień bazowy – zwłaszcza jeśli zależy Wam na optycznym powiększeniu oka. Co najlepsze, cienie Freedom Makeup dostaniecie za grosze właśnie w Pepco (przyznajcie się, każdy tam bywa średnio raz w tygodniu!).

2. Kilka różnorodnych nowości kosmetycznych, czyli wcierka do włosów Jantar, dwufazówka z Isany, krem BB Lumene, woskowa kredka Ardell i miniatura emulsji po goleniu NIVEA. Wszystko w fazie testów, ale już teraz mogę co nieco o tych produktach powiedzieć. Najbardziej intrygowała mnie męska NIVEA, która od jakiegoś czasu cieszy się powodzeniem jako baza pod podkład. Przyznaję – zdaje egzamin. Zapach ulatnia się momentalnie, a sam produkt pozostawia na twarzy minimalnie lepką warstwę, zupełnie różną od baz silikonowych. W efekcie podkład ładnie “chwyta” i siedzi na miejscu cały dzień. Jeśli chcecie to sprawdzić, polecam taką mini wersję – dostaniecie ją w Rossmannie. Przy okazji zgarnijcie też ten płyn dwufazowy – jego jedyna wada, to wydajność: poza tym jest bardzo łagodny i skuteczny, a kosztuje również kilka złotych.
3. Skarpetki z nazwami dni tygodnia – czyli łup z Lidla. Wprawdzie jak to bywa z produktami Lidl/Biedronka, pewnie już nie są dostępne, ale podobne znajdziecie w sieciówkach typu H&M, Sinsay albo Oysho. Zdradzę Wam sekret: chyba jeszcze ani razu nie trafiłam odpowiednią parą w dany dzień tygodnia ;).
4. Kuleczki rozświetlające Wibo, czyli jedna z wyczekiwanych nowości tej marki. Trzeba przyznać, że Wibo wzięło się solidnie do roboty i jest kilka rzeczy, na które bardzo czekam – na przykład na paletę Neutral, którą już widziałam u Ekstrawaganckiej i wygląda naprawdę kusząco. Podoba mi się, że Wibo idzie w kierunku porządnych, przemyślanych produktów, choć nie obywa się bez kontrowersji – wiele osób zarzuca im, że nowości wynikają z wyraźnej inspiracji produktami z wyższej półki. Nawet wspomniane kuleczki zostały momentalnie okrzyknięte tańszą wersją meteorytów. Tę kwestię pozostawiam Waszej ocenie, a ja wyczekuję na kolejne nowości. Same kulki jakoś specjalnie mnie nie porwały, trochę za dużo w nich drobinek, ale wciąż się docieramy.
5. Dwie nowości z kategorii akcesoriów, czyli wymarzone Ray Bany i zegarek. Całe lata zbierałam się do zakupu porządnych szkieł przeciwsłonecznych, i jakoś zawsze kończyło się na sezonówkach z sieciówki. Żeby było zabawniej, na Ray Bany zdecydowałam się w środku zimy – ale skusiła mnie cena (395zł, Fielmann). Wybrałam klasyczny model Wayfarer i jestem nimi zachwycona. Drugim stylowym dodatkiem tego miesiąca został zegarek Daniel Wellington, model Classic St Mawes 36mm w kolorze Rose Gold. Uwielbiam ten zegarek, szczerze – i zupełnie nie interesuje mnie, jak wiele osób go nosi. Brązowy pasek i tarcza w kolorze różowego złota wyglądają pięknie, i w moim przypadku, gdy praktycznie nie noszę biżuterii – z powodzeniem ją zastępuje. Jeszcze do końca lutego możecie skorzystać z 15% kodu rabatowego na hasło ‘miskejt’ w oficjalnym sklepie DW, o TUTAJ. Wiecie, na przykład pod pretekstem prezentu na dzień kobiet ;).
6. Dwie ulubione pomadki tej zimy: jedna pochodzi z Catrice, druga z Essence. Pierwsza to intensywny, wpadający w burgund odcień czerwieni o matowym wykończeniu – nr 14 Adorable Matt!, jednak – alleluja – pomadka jest wyjątkowo kremowa i zupełnie nie wysusza. Ma delikatnie chłodny odcień, więc biel zębów będzie Wam wdzięczna. Druga sztuka to nudziak z powyższego zdjęcia, czyli 120 Wood Rose Propose – z serii Luminuous Lips. Jest to pomadka nawilżająca, jakby połączenie kremowego balsamu z pigmentem. Zdecydowanie bardziej transparentna, ale wciąż kryjąca w stopniu średnim. Bardzo nawilżająca, komfortowa zwłaszcza w podlą, zimową pogodę. Jedna uwaga – mimo, że opakowanie jest na pierwszy rzut oka porządne, metalowe, to po niecałym miesiącu zatrzask wyrobił się i nie trzyma – przez co praktycznie nie mogę już nosić jej przy sobie. Szkoda!
7. Mój (nie)stary, dobry Olympus PEN E-PL5 w nowych szatach, czyli z akcesoriami z wiosennej serii Fashion. Cała seria PEN stworzona została chyba dla takich osób jak ja – ceniących sobie spore możliwości sprzętu, ale jednocześnie, z jakiegoś powodu, niezdecydowanych na lustrzankę. Te aparaty są lekkie, kompaktowe, a wciąż wiele można nimi zdziałać, m.in. dzięki wymiennej optyce. Tym bardziej nie dziwi mnie wypuszczenie kolekcji akcesoriów dla typowych srok – to takie babskie aparaty, w pozytywnym tego określenia znaczeniu. W kolekcji do wyboru są paski i sakiewki na osłonki lub obiektywy. Ja wybrałam bardzo klasycznie – biało czarne elementy, ale są też piękne pastele. Warto rzucić okiem, również na sam aparat – osobiście robię nim zdjęcia praktycznie od powstania bloga i jestem w 100% zadowolona. Akcesoria znajdziecie TUTAJ.
8. Nowe ubranie dla mojego telefonu – plastikowy case z Yeah Bunny. Zauroczył mnie żartobliwy design tej obudowy, a kolory to chyba wyraz tęsknoty za wiosną. Jestem z niego zadowolona w kwestiach wizualnych, jednak nie jest specjalnie ochronny dla wrażliwego iphone’a – cienki, sztywny – tutaj zdecydowanie spoglądam w kierunku silikonowych case’ów, które dostępne są na szóstkę. Planuję lada moment zmienić telefon na ten właśnie model, więc wtedy prawdopodobnie wybiorę właśnie silikon.
9. Wyczekiwane wezgłowie do łóżka, czyli projekt sypialnia ukończony. Remont, który rozpoczęliśmy w sierpniu, wciąż zdaje się nie mieć końca, ale to już kwestia detali. Zdecydowałam się na łóżko BRIMNES z Ikei, a to ze względu na bardzo mały rozmiar obudowy, w której ukryty jest standardowy materac 140×200, a zarazem kryje ono pod spodem cztery głębokie szuflady. To praktycznie łóżko-szafa, więc jeśli cierpicie na niedostatek miejsca- polecam to rozwiązanie. Łóżko wybrałąm bez zagłówka, bo od zawsze podobały mi się miękkie, tapicerowane wezgłowia, zresztą uznałam, że z białym panelem byłoby zbyt blado. Wezgłowie ze zdjęcia zostało zrobione na zamówienie, i efekt oceniam jako bardzo zadowalający. Jest miękkie, piankowe, materiał i kolor dobrałam tak, jak chciałam, a całość pasuje do siebie idealnie. Warto zwrócić uwagę, że kompletne łóżka kontynentalne z takim tapicerowanym wezgłowiem kosztują krocie, a w takiej wersji udało się sporo zaoszczędzić. Co sądzicie?
Tak prezentuje się moja złota, lutowa dziewiątka: totalny miszmasz.
Dajcie znać, czy coś wpadło Wam w oko i jak podoba Wam się taki przegląd :).
Ja zawsze chętnie zerkam na wszelkie mixy tego typu. Do następnego!