Gdybym miała wskazać jeden trend, który na dobre opanował drogeryjne półki i nie zanosi się, by miał zniknąć – zdecydowanie byłyby to matowe pomadki. Płynne, klasyczne, bardziej lub mniej udane – właściwie każda marka, od selektywnych po najtańsze, ma w swojej ofercie właśnie maty. Tym razem kilka słów o nowości KOBO – Matte Lips, a jest ona warta uwagi – marka potrafi zaskoczyć, i już nieraz pośród przeciętnych produktów wypuszczała prawdziwe perełki. Czy i tym razem?

Kobo Matte Lips to pięć pięknych odcieni, zamkniętych w opakowaniach robiących – nie przesadzając – całkiem luksusowe wrażenie. Złote, ciężkie, wyposażone w magnes (dziękuję, Kobo) – zawsze, niezależnie od zawartości, miło jest gdy kosmetyk dodatkowo cieszy oko. W linii znalazło się pięć barw i nie jest to szeroki przekrój kolorystyczny – pokuszę się o stwierdzenie, że to świetna linia twarzowych nudziaków, ozdobiona jednym, intensywnym, wiśniowym różem. W każdym razie – wszystkie amatorki naturalnych, upiększających róży i nude – powinny teraz zacząć uważać.
Starając się panować nad emocjami, jakie obudziła dostępność wszystkich pięciu odcieni w drogerii Natura, wybrałam dwa: 415 Your Freedom i 417 Rose Desert. 415 to cieplejszy, brudny odcień różu z kroplą brązu – bardzo naturalny, w wielu przypadkach może idealnie stopić się z odcieniem ust i być wręcz niezauważalny – oczywiście, podbijając naturalny koloryt i podkreślając usta. 417 to zgodnie z nazwą odcień bardziej różany, o świetnej pigmentacji, gęsto pokrywający wargi odcieniem lekko przybrudzonego, dojrzałego różu. Nie są to kolory cukierkowe, żywe, jaskrawe – zdecydowanie zarówno te dwa, jak i pozostałe, są eleganckie i w pewien sposób szlachetne – jakby pokryte patyną.
Powyżej widzicie swatche moich dwóch odcieni – oraz jak idealnie do pomadek pasuje 005 Berry Nude z Semilac – który przy okazji serdecznie polecam – bo to piękny, brudny brązo-róż.
Jeśli chodzi o właściwości pomadek, nie rozczarowują: na ustach prezentują autentyczny mat, który jednak – na szczęście – nie jest porowatą cegłą, ale przyjemną, elastyczną warstwą koloru która nie robi ustom krzywdy. Aplikacja nie idzie specjalnie gładko, bo to jednak maty, jednak jeśli się przyłożymy i skrupulatnie umalujemy wargi, kolor nie włazi w załamania, równomiernie i naprawdę intensywnie prezentuje się później przez kilka dobrych godzin. Spokojnie możecie zastosować Kobo Matte Lips na kolację lub obiad – wytrzymają je, chyba że w grę wchodzi coś ekstremalnego, jak festiwal pizzy (nie namawiam, ale chyba właśnie się odbywa w Pizza Hut…). Jeśli to istotne, to zapach pomadek jest bardzo delikatny – przypomina krem Nivea i poczujecie go tylko podtykając sobie je pod nos, w innym wypadku ulatnia się w mgnieniu oka.
tutaj: odcień 417 Rose Desert
W mojej ocenie, za 16,99zł są to naprawdę godne polecenia pomadki – gama kolorystyczna jest bardzo twarzowa, krycie i trwałość na plus, a dodatkowo – przyciągają spojrzenie swoim złotym opakowaniem, gdy postanowicie wyciągnąć je z torebki by poprawić makijaż. Nie rozmazują się, siedzą na miejscu przez 3-6 godzin, co uważam za przyzwoity wynik. Jako osoba o wiecznie spierzchniętym i niewdzięcznych do malowania ustach, doceniam też niewysuszającą formułę – wystarczy regularne stosowanie pomadki ochronnej, olejku lub wazeliny na noc, a spokojnie możecie ich używać bez obaw.
Dajcie znać, czy miałyście już do czynienia z tą nowością – będę też wdzięczna, jeśli ktoś testował już Matte Lip Stain – wodoodporne, płynne pomadki Kobo, z których zachwycił mnie odcień 504, ale nie był już w Naturze dostępny.

Matowe złota KOBO polecają się do codziennego makijażu 🙂