Dziś będzie o podkładzie, który jakiś czas temu, wraz ze swoim debiutem, ostro namieszał i szybko uplasował się na półce love-hate, jedne serca kradnąc, inne – łamiąc, rozbudziwszy w nich nadzieję na długotrwały i owocny związek. Czas więc na test podkładu, który wiele sobą obiecuje: ma być długotrwały – wodoodporny, idealnie kryjący i cóż – powinien być dla naszej skóry po prostu drugą połówką. A jak jest w praktyce?

Na początek garść faktów: All nighter to podkład dostępny w Sephorze – tam też go kupiłam, korzystając z 20% obniżki, ale o tym później – w regularnej cenie kosztuje aż 159zł. Otrzymujemy standardowe 30ml produktu, zapakowanego w robiące przyjemne wrażenie opakowanie. W zestawie jest też sprawnie działająca pompka, co ma dla mnie większe wrażenie niż wizualne ekscesy. 
Kolorystyka All nighter jest typowa dla marki Urban Decay, to znaczy odcienie podzielone są z grubsza na dwa typy: pełne numery oznaczają tonację ciepłą, żółtawą, a połówki – tę bardziej różową. Naturalnie postawiłam na gamę żółtek, i to nie byle jakich – ostatecznie zdecydowałam się na nr 4. Wiem, wiem, to dość ekstremalny, trochę latynoski odcień, jaki większość z nas z trudem osiąga w środku lata, jednak uwierzcie mi – żaden z pozostałych odcieni, testowany wcześniej stacjonarnie, nie wydawał mi się odpowiednio żółty i dopasowany do mojej dziwacznej karnacji na szyi czy dłoniach. Zresztą – jak dopasował się podkład do pozostałych części ciała, zobaczycie poniżej.
To, co All Nighter na pewno robi – to krycie. Zanim go kupiłam naoglądałam się na YouTube wielu testów, i niby faktycznie wyglądały nieźle, ale nie nastawiałam się na aż tak dobry efekt – wiadomo, oświetlenie robi swoje, a w realnym, dziennym świetle różnie bywa. Jednak w rzeczywistości wystarczy jedna pompka podkładu, który jest płynny, ale nie wodnisty, by za pomocą beautyblendera (głównie w ten sposób aplikuję wszystkie podkłady) pokryć całą twarz i zrobić to w sposób bliski ideałowi. Warto przy tym zaznaczyć, że gąbką/pędzlem należy machać dość szybko i sprawnie, bo All nighter zastyga i robi to w tempie całkiem żwawym. Na szczęście pokrywa przy tym twarz jednolitą, ładną warstwą, nie zostawia smug, śladów i nie włazi w pory. Podczas aplikacji nie odnotowałam też żadnego zapachu produktu, choć spotkałam się z opinią, że czuć w nim alkohol. 
Świeżo po aplikacji, podkład potrzebuje chwili, by osiąść i zastygnąć, a gdy to się dzieje – ma miejsce przykry fakt, będący jednym z najczęstszych zarzutów pod jego adresem: podkład dość mocno oksyduje. Nie wiem, z czego wynika powtarzalność tego problemu w tak teoretycznie dopracowanych kosmetykach, ale tutaj jest faktem. Na szczęście nie jest tak, że ciemniejąc podkład zmienia odcień na marchewkę czy świnkę, ale wyraźnie pogłębia swój odcień o 1,2 tony. Warto mieć to na uwadze. Powyżej widzicie swatche wykonane na świeżo, poniżej – porównanie podkładu mokrego i zastygniętego.
Skoro jesteśmy przy swatchach, warto wspomnieć o obiecywanej trwałości podkładu. Otóż ślad, który zrobiłam wyżej, został ze mną od wczesnego przedpołudnia do… późnej nocy, bo nie mając pod ręką płynu micelarnego, zwyczajnie nie zszedł z dłoni mimo kilkukrotnego mycia rąk, ubierania się i wykonywania wielu newralgicznych czynności. Zdecydowanie potwierdzam tezę o wodoodporności i odporności na ścieranie. Podobnie zresztą jest na twarzy – lekko przypudrowany, choć i solo wykazuje, na cerze mieszanej, dość matowe wykończenie, siedzi na miejscu przez cały dzień. Mam przez to na myśli, że nie odbija się na ekranie telefonu, nie zostaje na szaliku ani swetrze. Akurat chwilowo nie doświadczam kataru, aby móc przetestować go chusteczkowo, ale pod tym względem jestem zdania, że prawie żaden mocno pocierany podkład nie ma w nim szans.
No i wreszcie – efekt na twarzy. Jak już dobrze wiecie, moja cera jest bledsza od reszty ciała, naczynkowa, z licznymi przebarwieniami i śladami. W tym wypadku kombinacja żółtej tonacji i mocnego krycia zadziałała bardzo dobrze. Nie jestem zdania, że All nighter zafunduje nam tapetę: po prostu ekstremalnie wyrównuje stan cery do takiego, jakby nigdy nie ujrzała niepożądanych zjawisk w postaci popękanych naczynek czy zmian pigmentacyjnych. Osobiście jest to efekt, jakiego od podkładu oczekuję i jaki lubię – tylko wówczas brązer, róż i pozostałe kosmetyki mają szansę wyglądać dobrze. Tutaj oczywiście widzicie podkład solo, nawet bez pudru.
All nighter 4.0 w porównaniu z:

1. Estee Lauder Double Wear 1W1
2. Revlon Colorstay 150 Buff
3. Max Factor Facefinity 63 Sun Beige
4. Max Factor Facefinity 33 Crystal Beige
Podsumowując: All nighter to podkład nie dla każdego, a już zdecydowanie nie dla ekstremalnie bladolicych. Jeśli chodzi o cerę, sądzę że będzie dobrze wyglądał zarówno na suchej – przy odpowiednio nawilżającym kremie, jak i mieszanej – tłusta wymagać będzie mocniejszego pudru w strefie T. Wszystkie zwolenniczki mocnego krycia będą się z nim dobrze dogadywać, a jego długotrwałość pozwoli odetchnąć w cięższych warunkach pogodowych oraz – jak nazwa sugeruje – podczas całonocnych wyzwań makijażowych. Jeśli miałabym go porównywać do któregokolwiek z posiadanych podkładów, najbliżej mu do Double Wear, z tym że zdecydowanie mniej czuć go na twarzy. U mnie Urban Decay łapie dużego plusa i ląduje wśród obecnych ulubieńców podkładowych, zasilając szeregi fajnych, żółtawych podkładów obok Facefinity czy minerałów Annabelle Minerals. 

Nawiązując jeszcze do ceny – promocja z okazji e-sklepu trwała zaledwie kilka dni, jednak niemal przez cały czas gdzieś można znaleźć 20% zniżkę do Sephory – ja wyguglałam taką gdy skończyła się promocja, a moja mama zażyczyła sobie własnego egzemplarza, i do końca stycznia na hasło ANSWEAR117 wciąż skorzystacie z 20% rabatu – na cały asortyment.
Jeśli więc macie ochotę przetestować tę podkładową nowość, lub planujecie zakupy – życzę smacznego 🙂 i czekam na Wasze wrażenia, jeśli miałyście już z All nighterem styczność.