W ostatnim czasie dublują się w moim życiu dwa zjawiska: spora ilość nowości kosmetycznych i absolutny deficyt czasu na ich spokojnie testowanie. W efekcie wygląda to tak, że sięgam po losowe produkty, często się pakuję i wyjeżdżam, a w każdej torebce mam inny krem czy odżywkę do włosów. Paradoksalnie, w tym całym zamieszaniu, moją uwagę przykuły trzy kosmetyki, po których użyciu natychmiast czułam, że jest dobrze. Jeśli lubicie rzeczy, których efekty zauważalne są od razu – zwróćcie na nie uwagę.

Pierwszym, niepozornym odkryciem ostatnich tygodni jest żel pod prysznic Ecolab, czyli marki, która na blogu debiutuje, ale jak czuję – zostanie na dłużej. Tutaj zachwyt spowodowany jest rzadko spotykaną kombinacją świetnego, autentycznie naturalnego składu, ale też – pięknego, intensywnego zapachu i porządnego działania. Czemu się tak dziwię? Czasem mimo, że świadomie sięgam po naturalne kosmetyki, tęsknym okiem rzucam na urodowy fastfood – czyli wszystkie te pieniące się, pachnące, mieniące brokatem żele, balsamy czy szampony. Balijski żel Ecolab pod prysznic o zapachu werbeny, zielonej herbaty i aloesu nie dość, że się pieni, to jeszcze pachnie – świeżo, lekko, rześko, a zapach utrzymuje się na skórze jeszcze po kąpieli. Kompletnie nie powoduje wrażenia ściągnięcia, nie przesusza i nie podrażnia. Ciężko mi się odnieść do obietnic o łagodzeniu zmian zapalnych i problemów skórnych, ale szczerze mówiąc – nie podrażnianie na etapie oczyszczania to już dużo. Żel notabene kosztował mnie około 13zł za 350ml i ja kupiłam go stacjonarnie w krakowskiej drogerii Kosmyk – nowiutką znajdziecie od jakiegoś czasu na ul. Na Lotnisko, w Nowej Hucie.

Może nieco mniej naturalny, ale za to – zachwycający w działaniu – kolejny nowy nabytek to progresywny żel złuszczający Dermiss (około 20zł). Dermiss – to nic innego niż linia kosmetyków do pielęgnacji twarzy od Farmony, jednak lubię tę markę za przejrzystą, dzieloną na konkretne kroki hierarchię działań i ciekawe formuły. Nie inaczej jest w przypadku tego żelu. Jego głównym składnikiem jest kwas szikimowy – który w postaci przejrzystego żelu, producent zaleca aplikować 1-2 razy w tygodniu, wieczorem – rano zdecydowanie nie, z oczywistego względu na możliwe podrażnienia skóry, jak to po mocniejszym peelingu enzymatycznym. Jeśli chodzi o sam egzotycznie brzmiący kwas szikimowy – jest to zarówno środek o działaniu przeciwzapalnym, bakteriobójczym, przeciwbólowym, seboregulującym, przeciwłupieżowym, nawilżającym jak i złuszczającym. Testy wykazały, że działanie eksfoliacyjne kwasu szikimowego o stężeniu 5% ma skuteczność porównywalną z działaniem 50% kwasu glikolowego jednakże bez niekorzystnych objawów towarzyszących użyciu kwasu glikolowego o tak wysokim stężeniu czyli bez efektu podrażnienia, zaczerwienienia, nadmiernego wysuszenia. Jednocześnie kwas szikimowy odpowiedni jest także dla osób z suchą skóra, ponieważ wiąże wodę w naskórku i powoduje wzrost jego nawilżenia.

W przypadku mojej skóry – potrafiącej z równomiernie oliwkowej barwy przybrać postać purpurowej mapy rozlanych ognisk naczyniowych – żel sprawdza się świetnie z dwóch względów. Po pierwsze – choć nie jest typowym, mechanicznym zdzierakiem, po jego zastosowaniu czuję, że skóra jest gładsza, a pory oczyszczone. Z drugiej strony – skóra jest mimo wszystko w dobrej formie, naczynka nie przybierają mocniejszego odcienia i nie ma mowy o podrażnieniach. Zdecydowanie fajna opcja zwłaszcza jesienią, gdy kwasy, złuszczanie i rozjaśnianie przeżywać będą swój powakacyjny renesans.

Skoro oczyszczanie ciała i twarzy mamy pokrótce za sobą – pora na porządną dawkę nawilżenia. Od jakiegoś czasu staram się trzymać jednego kremu, aby w pełni ocenić jego wpływ na cerę i jest nim Receptura 171 od Make Me Bio. Sięgnęłam po niego, bo dedykowany jest cerze zmęczonej i poszarzałej, a o mojej można powiedzieć wiele, ale zdecydowanie nie to, że jest promienna i wypoczęta. Przeciwnie – miejscami przesuszona, w innych – świeci się jak żarówka. Poprzeczne linie na czole wręcz trzeszczą z braku nawilżenia, a pod oczami malują się blade podkowy. Tak, zdecydowanie – przydałoby się coś w rodzaju zastrzyku kofeiny dla skóry. Krem od Make Me Bio to kompilacja kilku fajnych olei – z malin, pestek moreli, jojoba, arganowowego oraz masła shea. Z początku obawiałam się ciężkiej konsystencji, i faktycznie – myślę, że będzie jeszcze lepiej sprawdzał się w chłodniejsze miesiące, ale i tak daje radę. Zapewnia odczuwalne nawilżenie, poprawia napięcie – to nie jest lekka, żelowa konsystencja, raczej kompres dla skóry, ale faktycznie pozwala jej odetchnąć i poprawia nie tylko odczucie, ale i wizualnie jej kondycję. Stosowany rano, daje radę z różnymi podkładami, ładnie się wchłania jak na tak treściwą, budyniową formułę. Coś więcej powiem wam o nim, gdy dobrnę do dna szklanego słoiczka, ale jest dobrze i zdecydowanie warto go wypróbować, jeśli wasza skóra – po lecie czy też z innych przyczyn – potrzebuje kremowego S.O.S.

Mój krótki i treściwy przegląd godnych uwagi nowości w pielęgnacji przedstawia się właśnie tak – mimo, że z braku czasu nie dywaguję ostatnio nad tym, jak wygląda moje codzienne dbanie o siebie, jest to z drugiej strony plus na konto dzisiejszych kosmetyków. Skoro w całym urodowo życiowym armageddonie ostatnich miesięcy zwróciły moją uwagę, oznacza to jedno – nie ma tu wtop i zdecydowanie warto przyjrzeć im się bliżej.

Co mogę dodać: myjcie, złuszczajcie, nawilżajcie – dzisiejsi bohaterowie z pewnością wam w tym pomogą. I dajcie znać, jeśli i wam spodobają się równie mocno, jak mnie.