Tytuł tego wpisu nie jest przypadkowy. Po pierwsze, wynika z mojego niezbywalnego sentymentu do Harry’ego Pottera, a po drugie – ze skojarzenia, jakie mam za każdym razem gdy sięgam po najnowsze dziecko Nabla – czyli paletkę Dreamy. Jeśli jesteście ciekawe, co ma wspólnego z Hermioną Granger i czy warto w nią zainwestować, rzućcie okiem dalej.

Paleta Nabla Dreamy (159zł w cenie regularnej) zadebiutowała zaledwie kilka dni przed powstaniem tego wpisu, szturmem ogarnęła YouTube i blogi za sprawą dziewczyn które otrzymały ją przedpremierowo, a jej sława wyprzedziła nawet jej dostępność. Poskutkowało to tym, że wyprzedała się mniej więcej w ciągu dwóch dni, powodując niedobory u producenta i doprowadzając do nerwowego obgryzania paznokci u tych osób, które postanowiły być twarde i jej nie zamawiać, w konsekwencji plując sobie w brodę z myślą “coś musi w niej być, skoro już jej nie ma”. Coś w niej jest, to pewne, a ja będę chciała wam dzisiaj przybliżyć, co to takiego i czy jest to warte niemałych w końcu pieniędzy.

Nabla Dreamy: kolorystyka palety

Paleta Nabla jest pierwszym kosmetykiem tej włoskiej marki który postanowiłam kupić, choć skłamałabym mówiąc, że nie kusiły mnie ich produkty już wcześniej. Ich pomadki czy róże już od jakiegoś czasu mocno akcentowały swoją obecność na polskim rynku zbierając świetne recenzje. Paleta Dreamy to kombinacja 12 cieni o dość zróżnicowanej kolorystyce, bo nie są to jednoznacznie ani ciepłe maty, ani wyłącznie połyskujące odcienie wrzosowe i złote – sporo się tu dzieje, są nawet duochromy. Jeśli chodzi o poszczególne kolory, to powołując się na Mintishop, brzmią one następująco:

Immaculate: biały duochrome ze złotymi refleksami. 
Illusion: matowy, neutralny brąz. 
Vanitas: brzoskwiniowo-różowy duochrome ze złotymi refleksami. 
Delirium: brązowo-fioletowy perłowy cień z niebieskimi i fioletowymi drobinkami. 
Byzantine: metaliczny, złoty. 
Sistina: matowy, różany. 
Metal Cupid: metaliczny, truskawkowy brąz. 
Inception: duochrome z orzechową bazą i liljowymi refleksami. 
Senorita: matowa chłodna czerwień. 
Rose Gold: metaliczne, różowe złoto. 
Lullaby: matowy, fiołkowy. 
Dogma: matowy ciemny brąz.

Co jest takiego w palecie Nabla Dreamy, że tak wiele osób jednocześnie zapragnęło ją mieć? Na pewno nie jest w 100% uniwersalną, dzienną kompozycją idealną dla każdego – bo przecież choć jest tu kilka delikatnych matów w odcieniach beżu, brzoskwini i brązu, to brakuje między innymi jasnego beżu. Być może chodzi o to, że cienie całościowo, jako kompozycja, idealnie do siebie pasują i tworzą coś tak inspirującego, że nawet jeśli używamy na codzień raptem dwóch odcieni brązu – patrząc na nią, mamy ochotę ożywić makijaż kroplą połyskliwej lawendy lub metalicznego różowego złota. Spójrzcie na nią i spróbujcie podzielić te kompozycje na czwórki: cztery cienie w lewym górnym rogu, cztery w dolnym prawym. Idealnie, co? O to właśnie chodzi w tej palecie: ona jest skomponowana w taki sposób, że jak kostka rubika, kryje w sobie wiele udanych kombinacji, które połączone na oku gwarantują świetny efekt końcowy.

Cała paleta jest piękna od zewnątrz do wewnątrz. Nie mogę o tym nie wspomnieć, bo płacąc za nią półtorej stówy, wszystko ma znaczenie. W odróżnieniu do również kartonikowych paletek ZOEVA czy theBalm, jest gruba. Nie że coś wylewa jej się boczkami – chodzi o to, że jest solidna, stylizowana na książkę i takie też złudzenie sprawia, właśnie dzięki swojej objętości. Zamknięta wygląda jak oprawiona księga zaklęć, którą mogłaby nosić w torbie Hermiona. W środku ma wygodne, spore lusterko, które z powodzeniem nadaje się do wykonania makijażu i pozwala zobaczyć coś więcej niż tylko oko, jest więc naprawdę praktyczne.

Jeśli chodzi o jakość cieni, na pewno trzeba na to patrzeć przez pryzmat ich wykończeń, jest ich tu bowiem w sumie trzy. Maty: przyjemnie miękkie, nie są suche jak kreda i nie osypują się niemal w ogóle (!). Ładnie się łączą, nie tworzą plam, gładko podążając za linią pędzla. Błyszczące satynowe cienie i duochromy kryjące w sobie właściwie więcej niż jeden kolor są jakby mokre, kremowe, o bardzo mocnym nasyceniu pigmentem. Gorzej osadzają się na pędzlu i będą zdecydowanie lepiej działać, aplikowane na mokro, czymś płaskim, lub wklepane po prostu palcem.

Kolorystyka palety nie jest wybitnie ciepła i płomienna, jednak wyraźnie migruje w tę stronę. W moim odczuciu kolory są tu bardzo twarzowe i powinny pasować wielu karnacjom, kolorom oczu i typom urody, ale jeśli lubicie i poszukujecie chłodnych szarości czy brązów – to zły kierunek.

Czy Nabla Dreamy to paleta idealna?

Czy paleta Dreamy od Nabli to paleta idealna? Zdecydowanie… to zależy. W ostatnim czasie na rynku pojawiło się wiele rewelacyjnych palet – linia KOBO Professional spod palców Daniela Sobieśniewskiego, osławiona Anastasia Beverly Hills i jej Modern Reneissance, czy w wersji budżetowej – Wibo. Z mojego punktu widzenia, mając porównanie do palet ZOEVA czy theBalm – Nabla zachwyca jakością, łatwością użytkowania i urodą. Jest jak ta ulubiona z grupy koleżanek: ładna, ale nie na tyle by zadzierać nosa, na tyle miła i życzliwa by na codzień się z nią przyjaźnić w różnych sytuacjach, no i… ma w sobie urok, przemycony za sprawą gwiezdnych konstelacji i kolorystyki samego opakowania (paleta, nie koleżanka) – dzięki któremu to będzie zdecydowanie coś, co cieszy wzrok leżąc sobie na toaletce.

Nie odpowiem wam jednoznacznie, czy to paleta idealna i dla każdego. Zdecydowanie jednak warto ją mieć, bo to co najbardziej w niej urzeka, to ładunek inspiracji jaki ze sobą niesie – a odpowiedzcie sobie z ręką na sercu: kiedy ostatnio zmalowałam na powiekach coś innego, niż zwykle? Z Nablą ta tendencja powinna się odmienić.

Inne palety godne uwagi:

ZOEVA Cocoa Blend: paleta idealna?

Paleta Too Faced Sweet Peach

Wibo Neutral Eyeshadow Palette – piękna wiosenna nowość od Wibo