Jeśli poza wpadaniem na blog śledzicie mnie na Instagramie, gdzie jestem codziennie, to zapewne wiecie jedną rzecz. Ja po prostu permanentnie nie mam czasu. Wbrew temu, co twierdzą na swoich spotkaniach kołcze tego świata – że czas trzeba sobie zorganizować – wcisnęłam już w swoje życie tyle spraw, narzuciłam obowiązków i zobowiązań, że… moja doba po prostu już mi nie wystarcza.

Bardzo nad tym ubolewam, styczeń wcale nie okazał się być magicznie inny od grudnia, a ja łapię się w końcówce miesiąca na refleksji, że moim jedynym luksusem są wypady do Biedronki gdy mogę względnie się zrelaksować wybierając płyn do płukania. No to skoro na wielkie plany i postanowienia mnie nie stać, pomyślałam, że metodą małych kroków – spróbuję zacząć od 5 minut dziennie na coś, co będzie formą jakiegokolwiek odpoczynku. Ja wiem, jak to brzmi – olaboga, co ona mówi, pięć minut to nic, a każdy jest w stanie wygospodarować więcej. Serio? Ja nie pamiętam dnia, kiedy mogłam na 40 minut czy godzinę zająć się czymś, co nie jest kolejną pozycją z listy. Moja półka na książki to głównie plannery i organizery, a na lodówce przypięte mam karteczki z kolejnymi rzeczami do załatwienia. Prawda jest też taka, że nie bardzo już umiemy nic nie robić. Oglądając film czy serial, odpalając Netflix, siedzimy z telefonem w ręce i przewijamy, klikamy, piszemy. Ciągle. No więc ja sobie tak przewijając, klikając i odpowiadając na Wasze wiadomości stwierdziłam, że spróbuję zebrać tutaj pięć banalnych i niewymagających sposobów na to, jak chociaż przez chwilę autentycznie się zrelaksować i dać swojej głowie i ciału moment na reset.

1. Zamień to, co cyfrowe – na analogowe.

Nie chodzi mi tu absolutnie o to, że teraz macie zamiast po ekranie scrollować po bambusowej desce, a zamiast w tablet – wpatrywać się w akwarium (choć możecie). Mam tu na myśli czerpanie prostej przyjemności z powrotu do bardziej tradycyjnych czynności. O co mi chodzi? Mam wrażenie, zupełnie na własnym przykładzie, że każdą wolniejszą chwilę z braku laku przeznaczam na bezwiedne przewijanie Instagrama, zaglądanie na maila, lub robienie czegokolwiek online. Co może być alternatywą? Kartka, długopis, kolorowanka. Znacie to uczucie, gdy po wakacjach nie wiedziało się, jak trzymać w palcach długopis? Mam je teraz permanentnie. I znajduję wielką przyjemność w sporządzeniu sobie papierowej listy spraw, zakupów, albo pokolorowaniu chociaż jednej strony w kolorowance. Nie bez powodu takim fenomenem okazał się 5 minute journal czy bullet journal – w ogóle wszelkie sporządzanie list, niekoniecznie tych związanych z obowiązkami, ma w sobie coś terapeutycznego. Ja jestem po zęby uzbrojona w ładne zeszyty, notesty, organizery i wszystkie akcesoria papiernicze, które dodatkowo umilają ten proceder. Koniecznie zajrzyjcie do tej sekcji w Stradivariusie, są tam czasem prawdziwe perełki.

2. Chwila z książką

Wiem, wiem, nie odkrywam Ameryki. Ale czy wy też macie tak, że zamiast czytać książki, to je gromadzicie? Kiedyś to mnie nie dotyczyło, dziś jest tak, że owszem – kupuję je, ale lądują na półce i nie sięgam po nie skoro nie mam czasu łyknąć ich od razu. Czasami kłamię Alice Feeney to ostatnia przeczytana przeze mnie pozycja, a pomogła mi w tym trasa do Warszawy pokonana pociągiem. Było wokół niej sporo szumu, ale w sumie mogę potwierdzić doniesienia – książka wciąga, jest niekonwencjonalna, zdecydowanie chcemy dowiedzieć się, co stanie się za chwilę. A nawet dowiadując się, krok po kroku, na końcu czeka nas spore zaskoczenie i zwrot akcji. To też taki protip – nie ma co czytać na siłę czegoś, co nas nie kręci. Tylko książka, która wciąga, ma szansę przejść – zwłaszcza w trybie ekspresowym. Dlatego kryminały w rodzaju Czasami kłamię polecam, albo – gdy nie mamy długich i leniwych godzin do dyspozycji – coś, co czyta się w zasadzie poprzez przeglądanie, jak Dress Scandinavian. To taka książka – album, sporo w niej krótkich list i wskazówek, a umówmy się – gdy mamy krótką chwilę na przysiad z książką, to taka, która nie wymaga głębszej refleksji może być właśnie w sam raz. I jest analogowo? Jest.

 3. A teraz… pani przysiądzie i się herbatki napije.

Czytaj uważnie. Przysiądzie. Nie złapie w biegu, nie naleje sobie do kubka termicznego, nie wyżłopie (sorry za słowo!) w dwóch haustach jedną ręką zakładając już buty albo mieszając łyżką w zupie. Pięć minut to w sam raz tyle, żeby sobie zrobić albo pysznej kawy, albo herbaty i najzwyczajniej przez chwilę pocelebrować ten moment. Myślę jednak, że kawy zapewne pijecie wszystkie na czele ze mną aż za dużo, więc może w ramach noworocznych zmian na lepsze – niech to będzie herbata. U mnie regularnie co jakiś czas jest to herbata oczyszczająca Teatox ze sklepu My Detox Tea. Duże zmiany i wielkie postanowienia są trudne do ogarnięcia, zwłaszcza jeśli rzucamy się na nie wszystkie hurtowo. Metoda małych kroków jest w mojej opinii znacznie lepsza, a ryzyko porzucenia ich wszystkich z hukiem – mniejsze. Ostatnio dość ciężkie wydarzenia w moim życiu skłoniły mnie do poważniejszej refleksji nad zdrowiem i zdecydowanie warto po pierwsze – z początkiem roku zrobić sobie komplet badań, a po drugie – chociaż minimalnie wdrożyć lepsze nawyki żywieniowe. Do kompletu dwutygodniowa kuracja herbaciana, która oczyści, pozwoli na lepszą przemianę materii i doda naturalnej energii (w składzie yerba mate, żeń szeń czy imbir) – to naprawdę niewiele. No i taki myk, jeśli podobnie jak ja stale za mało pijecie – filiżanka herbaty to kolejna porcja nawilżenia organizmu od wewnątrz. Teatox pije się bezboleśnie za sprawą lekkiego, cytrusowego smaku – tym bardziej polecam, polecam, polecam. Pisałam już o nim TUTAJ.

4. Zaprzyjaźnij się ze Spotify

Są dwie rzeczy, które opłacam regularnie co miesiąc i na które nie szkoda mi pieniędzy. To Netflix i Spotify. Netflix – wiadomo, większość z Was zapewne też z niego korzysta, choć jest też naturalnie zjadaczem czasu. Spotify jest ze mną głównie gdy jeżdżę samochodem, ale na codzień też. Jak dla mnie, komfortowy dostęp do ulubionej muzyki bez konieczności jej pobierania jest po prostu najwygodniejszy. Uwielbiam odgórnie tworzone przez Spotify playlisty, te przyziemne – Muzyka do sprzątania, Idealne do samochodu, Morning energy boost, czy te bardziej nietypowe, ale skrojone pod kątem klimatu i nastroju, a nie samego rodzaju muzyki. Sama też z łatwością organizuję swoją muzykę i mam ją zawsze pod ręką. Gdy czuję, że mój mózg zbliża się już do granicy wytrzymałości – biorę telefon, ulubione bezprzewodowe słuchawki Sudio i po prostu daję sobie pięć minut z daną playlistą. Inspirującą, czilującą, albo tą własną. Na pewno macie takie piosenki, które niezależnie od dna jakiego sięgnął dany dzień, po prostu poprawiają Wam nastrój. A więc wdech, wydech i do przodu. Posmarujcie sobie dłonie kremem żeby nie świerzbiły Was do jakiegoś zajęcia w tak zwanym międzyczasie i dajcie sobie tę chwilę.

5. Zapach ma moc

Jasne, że możecie po prostu otworzyć sobie patyczki zapachowe lub odpalić wosk i dalej robić swoje. Uważam, że otaczanie się pięknymi przedmiotami, czystość dookoła i przyjazne wnętrze mają ogromne znaczenie. Jeśli jednak podobnie jak ja, często “budzicie się” o 20, mając na sobie dres a doookoła bajzel i energię na wyczerpaniu – ogarnijcie swoją przestrzeń, otwórzcie okno na chwilę, a potem odpalcie ulubiony wosk i przez moment cieszcie się tym i tylko tym. Ja nigdy nie odpalam wosków ani świec na zbyt długo, bo na dłuższą metę nawet delikatne zapachy mnie męczą. Lubię jednak bardzo ten kwadrans, gdy wosk zaczyna się roztapiać, a zapach dociera w nienachalny sposób. Moim odkryciem jest pokazywany Wam ostatnio na Instagramie, jest to zapach z Goodies.pl – A calm & quiet place. Jeśli lubicie czyściochy, ale niekoniecznie kojarzące się z wypranym, bawełnianym ręcznikiem – to coś dla Was.

Dodatkowo, w temacie zabiegania i codziennego zmęczenia, chciałam zwrócić Waszą uwagę na jeszcze jedną kwestię. Niezależnie, czy udaje się Wam spać 8, czy tylko 4 godziny na dobę, ważne jest też żeby spać możliwie najlepiej. Mam tu na myśli cały szereg rzeczy, od padania na przysłowiowy pysk bez demakijażu, po pochłonięciu pizzy i byle jak, ale też to, na czym śpimy. W moich wszystkich relaksacyjnych zabiegach towarzyszy mi od listopada materac PlantPur, konkretnie model Natural. Uwierzcie mi, że nic tak nie pogłębia codziennej walki o przetrwanie jak wstawanie już na start z bólem pleców, karku czy głowy. Dobry materac to w tej kwestii po prostu game changer i zdecydowanie warto zacząć od niego. Materac PlantPur Natural został zbudowany z dwóch rodzajów pianek. Pierwsza warstwa to ekologiczna pianka PlantPur HR z dodatkiem oleju kokosowego. Jest to pianka, która charakteryzuje się wysoką elastycznością oraz odpornością na odkształcenia, wykonana w specjalnej technologii zwanej moletkowaniem, dzięki czemu na powierzchni pianki pojawiają się równomierne wgłębienia, które gwarantują prawidłowe ułożenie ciała podczas snu, oraz poprawiają krążenie krwi. Z wierzchu z kolei mamy miękką, termoelastyczną piankę zawierającą nawet 50% olejów roślinnych. To ta warstwa, która po naciśnięciu dłonią zostawia jeszcze przez chwilę jej kształt. Polecam Wam ten materac głównie dlatego, że jest najzwyczajniej w świecie przewygodny, nie ulatniają się z niego żadne toksyczne składniki (jak kleje), a dzięki odczepianiu tego górnego – możecie łatwo utrzymać go w czystości, po prostu go piorąc. Do materaca macie w komplecie dwie poduszki – wałki, również wykonane z tego elastycznego materiału. Co jest ważne, to materace PlantPur powstają w Polsce – wybierając je, wspieracie polską firmę i przykładacie rękę do ochrony środowiska chociażby dzięki temu, że nie są one transportowane nie wiadomo skąd.

Dajcie mi znać, jak wygląda Wasza organizacja dnia, czy odpoczywacie świadomie czy w międzyczasie i jakie macie patenty na to, by czasem wyskoczyć z tego chomiczego kołowrotka? Każdą dobrą radę z chęcią przygarnę! 🙂