Od jakiegoś czasu w sieci wrze od ilości premier kosmetycznych. Polskie marki rosną jak na drożdżach, a zagraniczne, dotąd niedostępne – jedna za drugą wkraczają do drogerii i z niedostępnych przedmiotów pożądania, czekają by zawiesić na nich oko. W dzisiejszych czasach nie wiem, jak sama odnalazłabym się bez uprzedniego researchu dokonanego przy pomocy blogów, dlatego dziś u mnie podobnie – focus na markę, która rzuciła na kolana całą Wielką Brytanię i Irlandię, a od niedawna dostępna jest także w Polsce. Poznajcie SOSU by SJ – markę stworzoną przez youtuberkę i jej najciekawsze hity naprawdę godne uwagi.

SOSU by Suzanne Jackson: kto, co, jak?

Żeby w ogóle odpowiedzieć na pytanie, czemu marka SOSU wyróżnia się na tle tak wielu innych pojawiających się na rynku, należy rozszyfrować skrót SJ. Oznacza on Suzanne Jackson, którą najkrócej mogę Wam przedstawić jako… irlandzką Maxineczkę. Suzanne jest autorką bloga i kanału na YouTubie SoSueMe, oraz jednocześnie – najpopularniejszą influencerką w Irlandii właśnie. Obrotna Suzanne tworzy markę SOSU od zaledwie dwóch lat, ale dla wyobrażenia sobie skali jej popularności dodam tylko, że dostępna jest ona w całej sieci Primark i kilku mniejszych w UK, a od niedawna – w Stanach.

Kosmetyki SOSU

Gama produktów SOSU jest tak rozległa, że zabierając się za ten wpis miałam spor tremę – nie chcę Was przytłoczyć ilością informacji, sama wciąż testuję te produkty i zależy mi, aby w możliwie zwięzły, ale i rzetelny sposób zaznaczyć, czy produkty te faktycznie czymś się wyróżniają. Z mojego punktu widzenia, kosmetyki i akcesoria stworzone i zaprojektowane od A do Z przez beauty guru mają z miejsca poprzeczkę postawioną wysoko. Nie stoi za nimi koncern ani sztab specjalistów przemysłowej marki kosmetycznej, ale konkretna osoba, która – nomen omen – powinna całkiem dobrze orientować się i w potrzebach, i w trendach. Czy Suzanne sprostała temu zadaniu? Przyjrzyjmy się temu na konkretach – biorąc pod lupę poszczególne produkty.

SOSU Complete Contour – Magnetyczna paleta do konturowania (132zł)

First things first, jak mawia klasyk, dlatego też na pierwszy ogień – paleta do konturowania, czyli bazowa rzecz spośród makijażowej oferty kolorówki SOSU. Magnetyczna (!) paleta zamknięta w solidnym, kartonowym opakowaniu zawiera trzy kremowe formuły do konturowania i kamuflażu, dwie pudrowe do utrwalenia makijażu i jeden kremowy rozświetlacz – dla taflowego błysku.

Z konturowaniem mam, podobnie jak chyba większość z Was, relację typu love – hate. Efekt udanego konturowania z powodzeniem wybija z głowy pomysły związane z operacją plastyczną i pozwala w zadowalający sposób odmienić rysy twarzy, za to konturowanie wykonane nieprawidłowo, lub za pomocą niewłaściwych produktów – potrafi zniechęcić do tego zabiegu na długi czas. Nie przepadam też za teatralnym efektem konturowania, gdzie poszczególne kosmetyki po prostu na skórze widać.

SOSU Complete Contour Palette

SOSU Complete Contour Palette

SOSU magnetyczna paleta do konturowania

Kremowe odcienie kamuflaży SOSU już na wstępie cieszą lekką, przypominającą masło (a nie klej do tapet czy gips) formułą, która rozgrzana czy nie, z niesamowitym nasyceniem chwyta się i palców, i pędzla. Poważnie, tej konsystencji bliżej do musu niż gęstego kremu, dzięki czemu nanosi się na twarz bez problemu i podobnie blenduje. U mnie metoda na wilgotną gąbkę jest zdecydowanie najlepsza – wszystko idealnie wtapia się w skórę, krawędzie są rozmyte,  a efekt modelowania twarzy uzyskany. Co lubię w tym sześciopaku? Ładnie dobrana kolorystyka – beż jest słoneczny, ale porcelanowy, brązy – stronią od rudości i pozostają w tonacji, która wygląda naturalnie w zetknięciu ze skórą. Pudrowe formuły są lekkie i nie pylą, pozwalając na lekkie wykończenie makijażu. Kremowy rozświetlacz sprawia, że choć rozbudowana – paleta i tak stanowi kompaktowy zestaw do zadań specjalnych i w zasadzie z powodzeniem może być tym jednym combo którego będziemy chciały używać. W ramach ciekawostki dodam, że to właśnie zestaw kamuflażowo konturujący wyprzedał się w irlandzkim Primarku w zaledwie kilka godzin.

SOSU magnetyczna paleta

SOSU Highlighter Kit: Zestaw 6 rozświetlaczy w palecie z lusterkiem (132zł)

W temacie rozświetlaczy powiedziane zostało już tak wiele, że jako amatorkę – zdumiewa mnie, że wciąż można zaproponować w tej kwestii coś więcej. Choć z powodzeniem dorwiemy niezły rozświetlacz już za kilkanaście złotych, to gdy wkręcimy się w makijaż trochę bardziej – zaczynamy chcieć więcej i więcej. No więc proszę – mamy tu idealny przykład “więcej”. Paleta rozświetlaczy SOSU to aż 6 aksamitnych błyszczyków do skóry o naprawdę zaskakującym doborze odcieni.

SOSU Highlighter Kit

rozświetlacze SOSU

Przy pierwszym zetknięciu się z paletą pomyślałam sobie – co można zaproponować w tej kwestii, żeby się nie dublowało i faktycznie wnosiło coś nowego do tematu? Jak widać – można. W tej białej (hurra) palecie z dużym lustrem znajdziecie całą plejadę odcieni od złota, przez miedź czy odcień opalonego brązu. Te rozświetlacze czarują od pierwszego zatopienia w nich palców, po blask jaki dają kolejno na policzkach, powiekach czy obojczykach. Trochę mokre, trochę foliowe, mienią się w świetle i dodają cerze blasku jak nic innego. Jako posiadaczka oliwkowej cery, zimą bladej, wiosną żółtej, latem karmelowej – doceniam wszystkie oblicza odcieni jakie tu się znalazły. One wszystkie dają radę – i do subtelnego rozświetlenia, i do skąpania opalonej skóry w słonecznej tafli (melted gold!). Tę paletę zdecydowanie warto mieć w kolekcji. Rozświetlacze nie są już opcją wymienną, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto w ogóle zużył kiedyś do końca jakiś rozświetlacz.

rozświetlacze sosu

Rzęsy SOSU (od 26,99zł)

Kolejny temat rzeka, bo w kolekcji SOSU rzęsy muszą zajmować szczególne miejsce, skoro znalazło się ich tu aż tyle rodzajów. Co je łączy, co je dzieli? W zależności od kolekcji, wykonane są albo z syntetycznego włókna, albo z naturalnych włosków, ale uwaga. Nie ma mowy o norkach ani innych futerkowych zwierzątkach – SOSU stawia na opcję cruelty free i jeśli naturalne rzęsy, to wykonane z włosia ludzkiego. U mnie zobaczycie właśnie te “ludzkie” rzęsy, które także wylądowały na moich oczach na zdjęciach na samym końcu.

rzęsy SOSU by Suzanne Jackson

etui na rzęsy sosu

etui na rzęsy sosu

Choć z rzęsami nie mam rozległego doświadczenia – mogę szczerze przyznać, że te urzekły mnie lekkością, elastycznością i wygodą. Zaaplikowane, były na oczach niewyczuwalne, a miękka linia pozwoliła na na tyle dobre dopasowanie, że nic nie odstawało i pozostawało na swoim miejscu. Rzęsy przyklejone zostały na dedykowany klej SOSU, który budził raczej sceptyczne uczucia, ale bezpodstawnie. Potrzebował kilkunastu sekund by związać, ale nawet już po aplikacji pozwolił ostatecznie dopasować położenie rzęs, po czym trzymał je do czasu zdjęcia.

Rzęsy występują w różnych opcjach i to już zależy od Waszych preferencji, jakie lubicie, ale na pewno te z linii premium human hair łączy puszystość, wyrazisty odcień czerni i porządny, dopasowany do oka kształt. Powinny sobie z nimi poradzić nawet amatorki.

naturalne rzęsy z ludzkich włosów sosu

SOSU Hot Fire: paleta 12 cieni (130zł)

Wiem, że na ten wątek czekałyście chyba najbardziej. Mało która premiera w kolorówce budzi takie emocje, jak właśnie palety cieni. Nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie zużyć swoje zapasy w tej kwestii, ale coś sprawia, że i tak chcemy mieć kolejne i kolejne. Na wyjazd, na specjalne okazje, na codzień – to zależy. Paleta cieni Hot Fire to nie tyle ciepła kombinacja kolorystyczna – to paleta będąca inkarnacją tegorocznego lata: upalne, skrzące odcienie do wyczarowania dziennego, przydymionego makijażu w brązie i miedzi, jak i wieczorowego smoky. Ciepłe palety to zdecydowanie te bardziej popularne, bo tak zwyczajnie – więcej osób dobrze prezentuje się w takiej kolorystyce.

SOSU Hot fire paleta cieni

Paleta ta stale wyprzedaje się w brytyjskim sklepie online SOSU, będąc najbardziej topowym produktem w gamie marki. Tutaj, mierząc się z tak kultowym kosmetykiem, po dłuższym namyśle postanowiłam skorzystać ze wsparcia wspaniałej Moniki Mitraszewskiej z Wizaż PRO. Zależało mi, żeby pokazać Wam nie tylko samą paletę, czy jej swatche. Tym samym poniżej znajdziecie (trema!) zdjęcia mnie, autorstwa Moniki właśnie, w makijażu wykonanym kosmetykami SOSU, w tym właśnie paletą Hot Fire, właśnie przez nią. Postawiłyśmy na intensywniejszy, ale rozświetlony makijaż oka, w którym wykorzystałyśmy nie tylko same cienie, ale także – rozświetlacze z palety Highlighter Kit.

SOSU Hot Fire paleta cieni

sosu hot fire paleta cieni

Odnośnie samej palety cieni. Kartonowe opakowanie z lusterkiem wygląda obiecująco, ale i zawartość nie rozczarowuje. W środku znajdziemy 8 matowych cieni i 4 połyskliwe. Kombinacja, choć na pierwszy rzut oka harmonijna, nie jest nudna, a całkiem strategiczna. Mamy tu jasny beż (Naked), intrygującą musztardę (Ignite), czy niebanalne połączenia ceglastej rudości z chłodnym fioletem (Depth). Kolory oddają swoją głębię dopiero po nabraniu na pędzel, gdzie dopiero widzimy podbicie innym odcieniem i realną tonację. Maty delikatnie pylą, ale za to z pełnym oddaniem i nasyceniem oddają kolory na powiece, a satyny są miękkie i ze wsparciem bazy – cudnie błyszczą, nie pozbawione swoich odcieni. Gdyby na paletę spojrzeć dzieląc ją na typowe czwórki kolorystyczne, odnajdziemy w niej uniwersalną, ale nie wtórną kombinację odcieni dla wielu typów urody i na wiele okazji. Ja się z nią nie rozstaję, bo w odróżnieniu od palety NABLA Dreamy (KLIK) nie jest pozbawiona beżu czy neutralnego brązu, a znów przebija ulubiony dotychczas dzienniak ZOEVA Cocoa Blend (KLIK) ze względu na wygodniejszą formę magnetycznego kartonu z lusterkiem.

twarz prawie saute: z konturem, wyrównanym kolorem cery i brwiami

… i już w wersji glam:

i wersja zdecydowanie wieczorowa:

w makijażu wykorzystałyśmy:

Akcesoria SOSU: etui na rzęsy, pędzle i coś do opalania

Choć istniało ryzyko, że ten wpis przytłoczy Was objętością, stwierdziłam że warto w jednym miejscu zebrać wszystkie interesujące produkty SOSU, a więc nie sposób pominąć jeszcze tych kilku maluchów. Po pierwsze, to co widziałyście powyżej w przypadku rzęs – zamykane etui z lusterkiem na trzy pary rzęs. To brzmi i wygląda jak coś, co mogłoby znaleźć się w zestawie z domkiem dla lalek de luxe gdzieś w 1996 roku, ale dzieje się tu i teraz i mówcie co chcecie – jest spełnieniem dziecięcych marzeń. Tłoczone, zamykane etui, które pozwala w praktyczny sposób przechowywać rzęsy (zamiast wrzucać je do pierwotnych kartoników) to gadżet, który cieszy i zwyczajnie się przydaje. Nie spotkałam się z czymś takim do tej pory – daję więc dużego plusa za pomysł i użyteczność.

Pędzle SOSU: zestaw 4 precyzyjnych pędzli do makijażu twarzy

Zasada brzmi tak – pędzli nigdy nie za wiele, bo nie znam osoby, która ma ich raptem kilka i lubi na okrągło je czyścić, było więc dla mnie pewne że w kolejce do testów pędzle wylądują u mnie wysoko. Minimalistyczne, umocowane na czarnych matowych trzonkach pędzle o puchatym, syntetycznym włosiu występują w kilku kombinacjach, ale ja postawiłam na set bardziej zaawansowany – do zabiegów, do których speców jak dotąd nie miałam. Z zestawami pędzli jest różnie, często są pozornie rozbudowane, a dublują się lub zawierają archaiczne modele typu języczek i w praktyce nie mamy z nich wielkiego pożytku. W tym wypadku ta zgrabna czwórka wie, po co i skąd przychodzi.

pędzle SOSU by SJ

W skład zestawu wchodzą:

  • SD301 Precyzyjny pędzel do konturowania:Idealny pędzel do kremowych produktów do konturowania twarzy
  • SD302 Mini Kabuki:  Precyzyjny pędzel do podkładu oraz okolicy pod oczami
  • SD303 Pędzel ołówkowy: Precyzyjny pędzel do aplikacji różu, bronzera i rozświetlacza
  • SD304 Wachlarzyk do rozświetlacza: Idealny pędzel do aplikacji rozświetlacza na szczyty kości policzkowych oraz usuwania nadmiaru pudru podczas metody baking.

pędzle SOSU

Musicie wiedzieć, że ten ścięty pędzel do konturowania genialnie robi swoją robotę zarówno w przypadku kosmetyków kremowych, jak i pudrowych. Z całego zestawu z miejsca stał się moim ulubionym. Wachlarzyk to sposób na nie przesadną aplikację rozświetlacza, mniejszy ołówkowy – sprawdza mi się do różu, a mini kabuki do stemplowania pod oczami korektora, żeby nie rozjechał się nawet w największym upale. Z ręką na sercu – to jest zestaw, z którego wszystkich pędzli po kolei używam, a ich miękkość sprawia, że nie mam problemu nawet dziubiąc blisko okolicy pod oczami.

Samoopalanie: mus, lotion i dwie rękawice

Umykając trochę kategorii makijażowej, przeskoczmy na chwilę do kwestii opalania – w końcu lato, temat więc aktualny. SOSU to także rozbudowana linia produktów do samoopalania, składająca się z dwóch typów rękawic: złuszczająco-peelingującej, aksamitnej do aplikacji samoopalacza, i samych brązerów – czyli musu oraz lotionu. Nie wiem jak wy, ale ja rzadko sięgam po produkty do samoopalania  bo zwykle zajmuje to jednak więcej czasu niż oczekujemy, a efekt nie do końca powala. Podeszłam więc do testów sceptycznie, zwłaszcza że mając już dość ciemną karnację – nie spodziewałam się widocznego efektu wow.

SOSU dripping gold samoopalacz

SOSU dripping gold samoopalacz

Co jest ważne, to to, że czy to mus, czy lotion, kosmetyki SOSU Dripping Gold mają imponującą gamę i tonację kolorystyczną. Zaskoczyło mnie to już po pierwszym psiknięciu porcją i jednego i drugiego (mam odcienie Medium), że i gęsty krem i pianka okazały się być czekoladowo brązowe i taki też kolor pozostawiać na skórze. Zastosowałam wcześniej rękawicę złuszczającą, która przypomina w zastosowaniu i efekcie rękawicę kessa. Skóra była wówczas  wygładzona jak po solidnie zdzierającym peelingu i gotowa na przyjęcie odrobiny koloru. Jak się okazało, nie była to wcale taka odrobina! Jedna pompka musu na jedną nogę, jedna pompka lotionu na drugą. To znaczy na rękawicę, tę czarną, aksamitną, w dotyku jak pluszowy miś. Wcieranie okazało się wyjątkowo przyjemne i niekłopotliwe. Moje serce przemawia odrobinę bardziej za musem, bo wymaga mniejszego nacisku i rozprowadza się po prostu nieco lżej. W zasadzie wystarczyło kilka minut, by całe nogi włącznie z okolicą kostek zostały równomiernie pokryte produktem. Nie odnotowałam smug ani zacieków, za to praktycznie od razu pojawił się upragniony odcień dojrzałego orzecha laskowego! Nie przesadzam – opalenizna w odcieniu Medium to w mojej ocenie tydzień na Zakynthos, przyspieszony do kwadransa. Kolor miał rozwinąć się po kolejnych kilku godzinach, ale właściwie jak pojawił się od razu, tak tylko osiadł na skórze i tam już pozostał. Opalenizna zmywa się wraz z kąpielą czy prysznicem, ale dzieje się to równomiernie i nie od razu. Jestem pod dużym wrażeniem i chyba nie oprę się wypróbowaniu opcji Ultra dark – efekty mogą być intrygujące.

rękawica złuszczająca i samoopalająca sosu

W obydwu formułach Dripping Gold znajdziecie więcej, niż samoopalacz. Nie znajdziecie natomiast zapachu kurczaka 🙂 co może być zasługą wielu dodatkowych składników właśnie. Jakich? Masło shea, olej kokosowy, ekstrakt z jagód goji czy kwas hialuronowy, otulone tropikalnym zapachem czynią tę nie do końca lubianą czynność naprawdę przyjemną. Co ważne – po rozsmarowaniu czy to musu, czy lotionu – odczekajcie standardowe 15-30 minut zanim założycie ulubioną białą bluzkę. To w końcu samoopalacz.

PODSUMOWANIE

Trochę nie wierzyłam, że dojdziemy do tego momentu, ale udało się – jesteśmy! Mam nadzieję, że udało się Wam przebrnąć razem ze mną przez całość recenzji i uznacie ją za przydatną. Sama testowałam wszystkie opisane we wpisie kosmetyki przez dobre dwa miesiące, żeby móc szczerze i pod różnymi kątami spojrzeć na nie i ocenić coś więcej, niż pierwsze wrażenie – czy to zauroczenie, czy miłość. Uważam, że w przypadku SOSU czuć, że jest to marka stworzona przez kobietę z krwi i kości, zorientowaną na potrzeby innych kobiet przytłoczonych ilością kosmetyków, które szukają w nich po prostu skuteczności, jakości i komfortu. Stąd przemyślane opakowania, wydajne formuły i estetyczne mrugnięcia okiem (etui na rzęsy, halo!). Kosmetyki SOSU kupicie jak narazie online (link poniżej), w kilku sklepach takich jak ezebra, ekobieca czy makeup.pl, a stacjonarnie – w Krakowie w drogeriach Kosmyk.

Jestem ciekawa, jakie są Wasze wrażenia z tej relacji, jak podoba się Wam mój wyczarowany przez Monikę makijaż i czy skusicie się na zatrzymanie lata na dłużej z zestawem do samoopalania? Koniecznie dajcie znać jakie macie przemyślenia, bo wszystkie są dla mnie cennym feedbackiem – uwierzcie, że napracowałam się nad tym wpisem i będzie mi bardzo miło przeczytać, co Wy o tym sądzicie.

To nie wszystko – na zachętę i dobry początek znajomości z SOSU, mam dla Was konkurs. Do zdobycia zestaw niespodzianka od SOSU, ukryty we flagowej kosmetyczce marki w odcieniu różowego złota. Wybrałam dla Was kilka fajnych perełek i chętnie oddam ten boski zestaw w ręce osoby, która w komentarzu do tego wpisu udzieli odpowiedzi na pytanie:

Który z produktów SOSU najbardziej kusi i dlaczego?

Pełny przegląd kosmetyków i akcesoriów znajdziecie TUTAJ:

WSZYSTKIE KOSMETYKI SOSU by SJ

Konkurs trwa od 14.8 do 26.8, w ciągu kilku dni wyłonię zwyciężczynię 🙂