Po okresie zimowej hibernacji, kiedy – przyznaję – z racji nadmiaru pracy i innych, angażujących obowiązków – stosowałam pielęgnacyjnie i makijażowo niezbędne, bezpieczne i znane minimum, wiosną z przyjemnośćią wracam do odkrywania. Więcej światła, więcej energii, więcej chęci – owocuje po pierwsze, refleksją na temat własnego wyglądu (“O co chodzi z tymi włosami i dlaczego mam wybrakowane miejsca w brwiach…?”) i po drugie – potrzebą nowych, kosmetycznych odkryć. Dziś mam dla Was kilka nowości, które wyjątkowo urzekły mnie w minionych tygodniach, i które pochodzą z wyjątkowego miejsca w sieci – sklepu z kosmetykami NUTRIDOME.

Gdy już dokonałam wiosennego, urodowego rachunku sumienia, doszłam do wniosku, że jak zwykle – pracę nad sobą należy zacząć od podstaw. Na nic nowy podkład czy kolor na włosach, gdy pielęgnacyjnie, sytuacja wołać będzie o pomstę do nieba. Przesuszona cera z wyraźnymi nierównościami i przebarwieniami, włosy o pokruszonych końcówkach – średnio. Postanowiłam zadbać więc kolejno o te dwa elementy, a co najłatwiej wdrożyć w swoją codzienną pielęgnację? Odżywki i maski.

Włosy: maska intensywnie nawilżająca i wygładzająca Make Me Bio

Nie wiem, jak to u Was wygląda, ale u mnie dobór produktów do włosów wygląda jak w tym memie – idealnie nadają się te, które najgorzej o mnie świadczą. Do włosów zniszczonych, przesuszonych, nieposłusznych, i tak dalej. No ale żarty na bok – bo tym razem poszłam o krok dalej i wybrałam nowego sprzymierzeńca według nieco innych kryteriów. Maska Make Me Bio skusiła mnie nie strasząc, a obiecując. Gładkie, błyszczące i łatwe do rozczesania włosy – znam je, czasem takie uzyskuję, jednak zwykle na chwilę – i efekt ten szybko znika. Moim celem jest trwała poprawa ich kondycji, aby również niewystylizowane i schnące samodzielnie, nie puszyły się i nie były szorstkie. Maska, zamknięta w buteleczce przywodzącej na myśl raczej odżywkę codziennego użytku, kryje w sobie, zgodnie z obietnicą, dużo naturalnego dobra. Olej macadamia, ze słodkich migdałów, ekstrakt z rozmarynu i aloesu – to tylko niektóre z nich. Maska delikatnie pachnie, wyraźnie wyczuwalne są jakby… cytrusy? Jej stosowanie to czysta przyjemność – klasycznie, po myciu (i osuszeniu włosów ręcznikiem – nie chcecie, żeby wszystko spłynęło) wystarczy zaaplikować ją na 15 minut. Z uwagi na konsystencję, jest fajnie wydajna – ja dodatkowo rozczesuję wtedy włosy plastikową szczotką. Jeśli chodzi o działanie – zauważam dwukierunkowe. Tuż po myciu włosy są dociążone, faktycznie bardziej treściwe i co za tym idzie – ciężkie i gładkie. Nie ukrywam, że ten rodzaj odżywienia powoduje, że włosy szybciej tracą świeżość i wymagają mycia, ale faktycznie – odnoszę wrażenie, że fajnie i dogłębnie to działa. Moje z natury puszące się, schnące na pudla włosy nawet bez suszarki czy okrągłej szczotki są bardziej lśniące, łuski domknięte – w połączeniu z dogłębnym oczyszczaniem, a nawet peelingiem – mam nadzieję na skuteczną poprawę ich kondycji.

Twarz: Glow up! 2-in-1 superfruit muesli mask od Alkemie

Ekonomiczne rozwiązania 2 w 1 są najlepsze – stąd zwrot w kierunku dwufunkcyjnego peelingu i maski Alkemie. Jakiś czas temu, pytając Was na Instagramie o skuteczny kierunek w walce z przebarwieniami i nierównościami skóry, zgodnym chórem wskazywałyście na sera i produkty z witaminą C. Produkt Alkemie zawiera ją w dużej ilości, za sprawą organicznego koncentratu z owoców takich jak guarana, acerola, rokitnik i jej bezpośredniej postaci w formie olejowej. Dołóżcie do tego skwalan, organiczne olejki i pestki moreli – wyjątkowo obiecujące połączenie, prawda? Już po samym składzie można obstawiać, że nie bez powodu dedykowana jest skórze zmęczonej, szarej i z przebarwieniami. W ciemnym, szklanym słoiczku kryje się gęsta, jogurtowa formuła naszpikowana dobrem, którą aż chce się zjeść. Co do działania, idźmy po kolei. Peeling w swojej podstawowej roli jest łagodny, to nie jest szorstki zdzierak. Podoba mi się, że w roli drobinek mamy tu naturalne pestki. Moja naczyniowa cera reaguje na niego bez podrażnień i zaczerwienień, a jednocześnie – uczucie wygładzenia wyczuwalne jest pod palcami od razu po krótkim masażu. Ja lubię najpierw wykonywać peeling, a później grubszą warstwę zostawić jako kompres – mam wrażenie, że wtedy, po oczyszczaniu działa najlepiej. Skóra jest miękka, gładka i nie mam wrażenia ściągnięcia.

Brwi: Brow Conditioner od Orphica

Ogarnąwszy cerę i włosy, postanowiłam zająć się też brwiami. Z reguły więcej uwagi poświęcamy rzęsom – odżywki, olejki, sera – sama też miewałam z nimi wzloty i upadki. Niemniej stwierdziłam, że to właśnie brwi, które z uporem maniaka wypełniam – pomadami, tintami i kredkami, powinny dostać swoją szansę. A nuż te puste miejsca, gdzie dorysowuję włoski, mają szansę się zagęścić, a co za tym idzie – przybliżyć mnie do efektu na jakim najbardziej mi zależy? Wybierając odżywkę do brwi Orphica, moje nadzieje krążyły przy realnych i osiągalnych celach: zagęszczeniu włosków, naturalnym przyciemnieniu i wzmocnieniu – żeby nie wypadały z taką łatwością, przy byle zabiegu. W odżywce Orphica znajdziecie takie składniki jak aktywne peptydy, ekstrakt z korzenia żeń-szenia czy wyciąg z pokrzywy, które odpowiedzialne są za pobudzenie włosów do wzrostu i skuteczniejszy “transport” substancji odżywczych od cebulek po końce. Efekt powinien być widoczny już po 4 tygodniach. Ja jestem na półmetku (dwa tygodnie od rozpoczęcia stosowania) i to, co już zauważyłam – to faktycznie, mniej wypadających włosków (na przykład po podkreślaniu woskową kredką), i delikatne przyciemnienie – efekt zbliżony jest do tego, jaki daje henna, u mnie – Refectocil. Czekam z utęsknieniem na upłynięcie pełnego miesiąca, bo ciekawa jestem zwłaszcza, czy brwi zagęszczą się na tyle, żeby wystarczające było stosowanie tylko delikatnego żelu barwiącego na co dzień, zamiast misternego machania pędzelkiem z pomadą.

Buszując w sklepie z kosmetykami NUTRIDOME i zbierając kosmetyki do mojej wiosennej misji ratunkowej, trochę szkoda było mi przyznanego sobie osobiście bana na kolorówkę. Wiecie, czułam się jak człowiek, który podjął decyzję o diecie, ale wciąż tęsknie przechadza się alejkami ze słodyczami. Dla pocieszenia, pozwoliłam sobie na dwa pędzle wcześniej nieznanej mi marki – SAY Makeup, które zaintrygowały mnie obietnicą precyzyjnych, ręcznie wykonanych egzemplarzy. Przyznam, że gdy paczka do mnie dotarła, wiedziałam już że coś w tym jest. Każdy pędzel zapakowany jest w stylowe, matowe pudełko, dodatkowy papier i generalnie przypomina to na pierwszy rzut oka raczej wysokopółkowe pióro, niż pędzel. W środku jednak są one – granatowe, z dwukolorowym włosiem, zdecydowanie stylowe. Ścięty pędzel do różu to u mnie jeden z szybciej zużywających się modeli, dlatego padło na taki. Do różu, brązera, rozświetlacza. Nr 10 od SAY Makeup jest precyzyjnym, zwartym i aksamitnym w dotyku pędzlem z syntetycznego włosia, który idealnie wpasował się w moje potrzeby. Jako drugi, padło na nr 2, czyli pędzelek do ust. Uczciwie przyznam, że dotychczas miałam może jeden pędzel dedykowany aplikacji pomadek, i rzadko z niego korzystałam. W tym wypadku spodobał mi się jego precyzyjny, ścięty kształt i niewielki rozmiar sprzyjający dokładności. Po pierwszych testach nie ulega wątpliwości – aplikacja płynnych, klasycznych, kremowych i matowych pomadek z pomocą właściwego narzędzia to inna bajka. Pędzel zostaje ze mną – lżejszy wygląd pomadki na ustach, lepsza trwałość i lepszy kontur są wystarczającym powodem, żeby częściej po niego sięgać.

Moja wiosenna, regeneracyjna kompilacja kosmetyków celowo prezentuje się tak, jak powyżej – bez przesady, nadmiaru i jednoczesnego stosowania kilku analogicznie działających formuł. Chcę sukcesywnie zużywać te kosmetyki, żeby móc obiektywnie przypisać im konkretne działanie. Jeśli któreś z przedstawionych dzisiaj produktów Was zaintrygowały, to przypominam, że wszystkie znajdziecie na www.nutridome.pl – gdzie również nie przytłoczy Was nadmiar kosmetyków, a to za sprawą celowego i świadomego doboru produktów i zawężeniu ich do tych zgodnych z filozofią naturalnych, skutecznych i bezpiecznych składów. Ja na pewno będę zdawać relację z dalszego stosowania tych opisanych powyżej – pamiętajcie, że po najbardziej aktualną porcję bieżących informacji najlepiej zaglądać na mój Instagram.