To moje drugie podejście do makijażu mineralnego. Na co dzień, ze względu na dużą ilość posiadanych w zapasach kosmetyków i wiecznego pędu, długo wzbraniałam się przed kolejnym podejściem – umówmy się, że ciapnięcie klasycznym podkładem wiele wybacza i dla przyzwyczajonej do tego ręki wysiłkiem nie jest. W duecie z klasyczną gąbeczką, to mój codzienny rytuał. Postanowiłam jednak, wraz z nowym rokiem, dać jeszcze jedną szansę minerałom, tym razem – marki Lily Lolo. Chaotyczna pielęgnacja i przypadkowe produkty do makijażu sprawiły, że moja skóra nie wyglądała najlepiej – suche skórki, podkreślone pory – nijak nie udawało mi się tego zakamuflować. Pomyślałam, że może minerały przyjdą mi z pomocą i uzyskam zadowalający efekt.

Kosmetyki Lily Lolo: pierwsze wrażenie

Myślę, że wybór minerałów jako formy kosmetyków do makijażu podyktowany jest zwykle tym samym – chęcią przerzucenia się na coś, co mniej obciąża skórę, jest dla niej łaskawsze, a wręcz – pielęgnujące. W składzie kosmetyków Lily Lolo nie znajdziemy takich substancji jak olej mineralny, sztuczne barwniki czy inne drażniące składniki. To ma znaczenie głównie dla osób z cerą wrażliwą czy alergiczną, ale u mnie, przy naczyniowej i skłonnej do zapychania – to też dobry trop.

Zdecydowałam się na kompletny set kosmetyków do stworzenia codziennego makijażu, żeby móc faktycznie ocenić, jak reaguje cera – bo co mi po odpowiednim podkładzie, jeśli na przykład w okolicy policzków czy czoła zapycha mnie brązer? Tym samym, skompletowałam następujący zestaw:

  1. Podkład mineralny z SPF15 w odcieniu Butterscotch
  2. Puder matujący, transparentny, Flawless Matte
  3. Prasowany brązer w odcieniu Honolulu
  4. Korektor mineralny w odcieniu Lemon Drop
  5. Podwójny prasowany róż do policzków Coralista
  6. Naturalna mgiełka utrwalająca
  7. Pomadka Romantic Rose
  8. Pomadka Passion Pink
  9. Pędzel kabuki

Makijaż mineralny na co dzień

Z takim arsenałem – pozostało przystąpić do dzieła. Mniej więcej od połowy lutego postanowiłam intensywnie testować minerały i starać się unikać tradycyjnych podkładów, różu czy brązera. Używałam kosmetyków Lily Lolo codziennie, w zmiennych proporcjach – czasem rezygnowałam z różu, czasem z mgiełki utrwalającej. Myślę, że niemal miesiąc na samych minerałach to dość czasu, by mieć więcej, niż pierwsze wrażenie z ich stosowania.

Zaczynając więc od podkładu – jako mojej bezwzględnej, makijażowej podstawy – po pierwsze, pokochałam jego kolor. Butterscotch to piękny, ciepły beżyk, z dużą ilością żółtych tonów. W estetycznym pudełku z dozownikiem, znajduje się 10g bardzo miałkiego, drobnego kosmetyku – który w palcach dosłownie zmienia się w mąkę. Dzięki temu, bardzo ładnie przylega do skóry, nie podkreśla porów ani suchych miejsc. No właśnie, ale aplikacja podkładu mineralnego to cała odrębna historia, którą warto skrótowo podzielić na dwie podstawowe kwestie:

  • aplikacja podkładu mineralnego na sucho
  • aplikacja podkładu mineralnego na mokro

O klasycznej aplikacji na sucho nie będę się rozpisywać, bo u mnie ta metoda nie sprawdza się najlepiej. Podkład znacznie bardziej się osypuje, a i z trwałością nie ma szału. Jednak na mokro – zwłaszcza w duecie z tą mgiełką utrwalającą – jest bardzo dobrze. Wystarczy, że płaski lub zaoblony pędzel o dość gęstym włosiu, typu kabuki, zwilżymy – w moim przypadku mgiełką – i odpowiednią ilość podkładu nałożymy ruchem stemplująco – kolistym. Nie ma co przesadzać z tym kolistym, bo nie chcemy przecież podkładu zetrzeć – tylko go wprasować w skórę. W ten sposób możemy też nieco budować jego krycie.

Jeśli chodzi o cechy samego podkładu, to przede wszystkim urzekł mnie odcień: Butterscotch – ciepły, oliwkowy, z moją cerą stapia się wyjątkowo dobrze. Właściwością minerałów jest to, że dobrze odbijają światło i optycznie udoskonalają cerę, wygląda więc ona lżej i bardziej rześko niż w przypadku podobnie kryjących podkładów tradycyjnych. Nie ma mowy o jakiejkolwiek widocznej warstwie – podkład nie siada ciężko na włosach i w porach. Przy odpowiednio zaaplikowanej ilości, efekt jest naturalny, kolor cery wyrównany, a jej powierzchnia – wygładzona.

Naturalnym zwieńczeniem podkładu, przynajmniej klasycznego, jest u mnie puder. W tym przypadku mowa o transparentnym pudrze matującym. Krótko o nim:

  • nie zawiera drażniących substancji chemicznych, nanocząsteczek, parabenów, tlenochlorku bizmutu, talku, sztucznych barwinków i konserwantów
  • bezzapachowy
  • lekki i niezwykle drobno zmielony, co gwarantuje wyjątkową trwałość makijażu
  • optyczna redukcja drobnych zmarszczek i niedoskonałości cery
  • kontroluje świecenie się skóry
  • 100% naturalny
  • może być używany przez wegetarian i wegan

Pudru używałam zarówno w problematycznej strefie T w duecie z podkładem mineralnym, jak i do wykończenia klasycznego makijażu podkładem w płynie. W obu przypadkach sprawdziła się obietnica wygładzenia, zapewne dzięki fajnej, mocno zmielonej formule, która ładnie przylega do skóry, ale nie siedzi “na niej”. Puder dość mocno pyli, warto więc mieć to na uwadze podczas wykonywania makijażu, a jeśli chodzi o właściwości matujące, u mnie po 3-4 godzinach wymaga delikatnej poprawki, jednak mocnego świecenia nie ma.

Cytrynowa kropla pod oko i koralowe duo

Przyznam, że korektora pod oczy w prasowanej formie mocno się obawiałam. Skóra pod oczami lubi z natury wyglądać sucho i kiepsko, a do tego jeszcze pudrowy kosmetyk? Przystąpiłam do testów stosując moją klasyczną pielęgnację, nie nakładałam w te rejony mocniejszego kremu ani nie stosowałam płatków żelowych. Okazało się, że korektor Lemon Drop, aplikowany – wklepywany – pędzelkiem, naprawdę fajnie rozjaśnia i tonuje obszar pod oczami, przy czym warto zaznaczyć, że ja problemu z opuchlizną czy ciemnymi podkowami nie mam. Wystarczy cieniutka warstwa, więc delikatna skóra pod oczami nie odczuwa żadnego obciążenia, odcień pięknie niweluje błękitne zasinienia, a krycie jest naturalne i wygląda zdrowo.

Róż do policzków i brązer pojawiają się w moim makijażu zawsze, nie mogło więc zabraknąć także mineralnych odpowiedników moich ulubieńców. W obydwu przypadkach padło na prasowane formuły, bo są mimo wszystko wygodniejsze. Podwójny, prasowany róż w wersji Coralista to w zasadzie duet ciepłego, rdzawego różu i złotego rozświetlacza. Przy mojej oliwkowej cerze, mogłam w sumie celować w bardziej różową kombinację, ale tu uzyskuję po prostu bardziej naturalny efekt muśniętej słońcem skóry. Coralista to jedwabiste, delikatnie napigmentowane duo, którym nie wyczarujecie na policzkach intensywnych rumieńców. Efekt uzyskany za ich pomocą jest subtelny, ale w przypadku jaśniejszych cer niż moja może być znacznie intensywniejszy. Uwaga – jeśli macie tendencję do zapychania w obszarze policzków, tu dobra informacja: w składzie brak talku, więc bezpieczniej. Samo duo ukryte w małym, prostokątnym pudełeczku z lusterkiem jest bardzo poręczne i wygodne. Można śmiało omieść policzki łącząc obydwa kolory, aby uzyskać naturalny glow i szczyptę koloru.

Rajski ptak: brązer Honolulu

Poświęcam mu odrębny akapit, bo to mój zdecydowany faworyt spośród kosmetyków Lily Lolo. Uwielbiam brązery i po tym, jak po latach doszłam do wprawy w ich stosowaniu, nie wyobrażam sobie życia bez konturowania i opalania twarzy brązerem. Honolulu to prasowany brązer w dość ciemnym odcieniu, ale spokojnie – wiele zależy przecież od pigmentacji i sposobu aplikacji. Honolulu jest pięknym, czekoladowym, ciepłym brązerem o średnio intensywnej pigmentacji. Nabrany śliskim, luźniejszym pędzlem pozwoli omieść twarz nadając jej subtelnej poświaty opalenizny, a wpracowany skośnym, puszystym pędzlem poniżej szczytu policzków i na bokach czoła – nadaje twarzy znacznie bardziej trójwymiarowy kształt i głębię. Pięknie łączy się z podkładem, nie pyli – wygląda bardzo naturalnie i zdecydowanie ląduje w sekcji ulubionych brązerów.

Naturalne pomadki: Romantic Rose, Passion Pink

W ramach odrobiny intensywnego koloru na tle stonowanej palety barw w makijażu twarzy, wybrałam dwie intensywne pomadki. Oparte na olejku rycynowym, lanolinie i witaminie E pomadki już w minimalistycznym opakowaniu wyglądają na nasycone i wręcz kipiące odżywieniem. Miałam wielką nadzieję, że ich pigmentacja nie rozczaruje – często tak olejkowe, kremowe produkty do ust pozostawiają stosunkowo niewiele koloru na ustach. Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona: jasne, to nie matowe pomadki – farbki, ale koloru przelewają na usta naprawdę sporo. Są jedwabiste, miękkie, a wraz z kolorem – powlekają usta również satynowym błyskiem, który wygląda bardzo naturalnie.

Odcień Romantic Rose to cielisty róż o średniej tonacji, który podbija naturalny odcień warg i nie wygląda ciemno na tle skóry. Bliżej mu do koralowego różu niż czerwieni. Passion Pink to mój zdecydowany faworyt – nasycony, wibrujący róż – niemal fuksja, ale w bardziej zgaszonym wydaniu, przez co nie jest to odcień krzykliwy, ale wyrazisty i elegancki.

Pomadki aplikują się łatwo, nie wylewają poza kontur i co zaskakujące – mają całkiem przyzwoitą trwałość. Pozostawiają też usta w świetnej kondycji, więc używając ich możemy zapomnieć o suchych skórkach i uczuciu napięcia. Zdecydowanie świetna alternatywa dla obciążającego matu.

Podsumowując

Mój powrót do minerałów oceniam bardzo pozytywnie. Samą mnie zaskoczyła łatwość współpracy z minerałami – nie tylko tymi prasowanymi, bo to oczywiste. Nawet przy braku wprawy, warto się minerałów nauczyć: skóra wygląda dzięki nim zdrowiej, lżej. W dłuższej perspektywie działa to nie tylko na poziomie wizualnym – po miesiącu skrupulatnego stosowania, nie odnotowałam żadnych niespodzianek, pory są jakby mniejsze. Biorąc pod uwagę jak różnie reaguje skóra na klasyczne korektory, podkłady czy pudry – to na pewno godny uwagi aspekt. Na pewno koniecznie należy zwrócić uwagę na przygotowanie skóry i jej nawilżenie: podkład mineralny w swojej sypkiej naturze nie zrobi tu niczego za nas. To jednak uniwersalna kwestia co do pielęgnacji: na zanieczyszczonej, suchej lub nieodpowiednio przygotowanej skórze żaden kosmetyk kolorowy nie będzie dobrze wyglądał. I koniec końców – warto wypróbować też wykończenie makijażu mgiełką, która zwiąże pigment, scali wszystkie warstwy makijażu i poprawi komfort odczuwalny na skórze.

Jak Wasze doświadczenia z minerałami? A może macie pytania, lub wątpliwości, które mogłabym rozwiać? Piszcie koniecznie – jestem ciekawa Waszych odczuć.