Latem nie ma zmiłuj – odsłaniamy stopy bardzo często. Moje ulubione buty od maja do września to… klapki, a w związku z tym – nie ma mowy, żebym nie miała dobrze zrobionego pedicure. Mój wrodzony perfekcjonizm wymaga, żeby paznokcie u stóp prezentowały się nienagannie, a z biegiem lat całkiem sprawnie opracowałam system, dzięki któremu faktycznie tak jest. Jeśli też lubicie mieć schludny pedicure, albo borykacie się z jakimiś problemami ku takiemu efektowi – być może w tym wpisie znajdziecie coś dla siebie.

Letni pedicure – czyli jaki?

Bez względu na to, czy lubicie na stopach intensywne, neonowe odcienie różu (polecam kilka w tym wpisie) czy delikatne pastele – jedno jest pewne: zrobienie pedicure hybrydowego w domowych warunkach jest wyzwaniem, które może mieć super efekty, albo… nie do końca. Sama przez lata borykałam się z nie do końca idealnym rezultatem – w przypadku stóp łatwiej o zalane skórki, niedociągnięcia, no i wreszcie – odpryski i uszkodzenia. Sama w wyniku własnych doświadczeń nauczyłam się już, co pozwala zbliżyć się nieco bardziej do ideału, a wymaga w zasadzie… sprytu, nie wysiłku.

Komfortowe stanowisko do działania

Nie odkrywam tym może Ameryki, ale… ile razy zdarzyło Ci się malować paznokcie u stóp mimochodem, w niewygodnej pozycji i na szybko? O ile nie jesteś naprawdę gibka, przyjęcie wygodnej pozycji do pedicure może być wyzwaniem, ale zawsze można sobie pomóc. Osobiście korzystam z mojego ukochanego fotela “uszaka” i dostawianego do niego podnóżka: dzięki temu nie schylam się tak bardzo, a wygodna pozycja sprawia, że nie maluję paznokci w pośpiechu czy niepewną ręką. Tu wchodzi też w grę światło – ta sama zasada, co w przypadku manicure, ale tak samo istotne: albo bardzo dobre dzienne, albo takie do uzyskania za pomocą lampy bezcieniowej – które pozwoli widzieć dosłownie każdy zakamarek paznokcia. O doświetlaniu lampą też pisałam jakiś czas temu. Swoją drogą, gdy o komforcie mowa – w przypadku pedicure wyjątkowo praktyczne są One Step Hybrid w markerze, które łatwo się trzyma i jeszcze wygodniej manewruje pędzelkiem dozującym lakier.

Przygotowanie do pedicure

Tak naprawdę, finalny efekt pedicure hybrydowego to oczywiście kolor – jego intensywność, połysk, równa struktura i tak dalej, ale ten efekt właśnie zaczyna się już na początku: od właściwego przygotowania stóp. W moim przypadku na 2-3 dni przed planowanym pedicure, lubię już zastosować u siebie krem z 30% mocznikiem, żeby zmiękczyć skórę i przygotować ją do zabiegu. W dniu pedicure wykonuje skrupulatny peeling stóp – moim niezmiennie ukochanym peelingiem z olejkami Semilac i dzięki takiemu przygotowaniu, odsuwanie skórek czy ich opracowanie nie stanowią wyzwania. Często spotykam się z opinią, że w przypadku stóp nie ma co ruszać skórek, ale… jestem zdania, że ich odsunięcie zawsze powoduje bardziej precyzyjne malowanie i lepszy efekt końcowy. Jeśli po takim przygotowaniu jakie opisałam, użyjecie jeszcze stosownego preparatu – na przykład tego do zmiękczenia skórek – odsuniecie je bez problemu nawet drewnianym patyczkiem. Ja sięgam po frezarkę (o frezach pisałam innym razem), i po usunięciu poprzedniej hybrydy – jeszcze delikatnie odsuwam nadmiar skórek. Sprawia to, że płytka ma idealny kształt i linię i ma znaczenie zwłaszcza w przypadku tych najmniejszych paznokci – bo przecież nie chodzi o to, żeby pięknie wyglądał tylko ten największy, a frezarka pozwala ukształtować wszystkie co do jednego :).

Baza to podstawa

Nie wiem, czy to sformułowanie to nie odrobinę masło maślane, ale tak – baza w przypadku każdego manicure ma ogromne znaczenie, a przy pedi – chyba jeszcze większe. Paznokcie u stóp narażone są przecież na większe ścieranie, ucisk butów (kto nosi szpilki, ten wie), urazy i wiele innych wyzwań. Dlatego w przypadku pedicure, odkąd pierwszy raz użyłam wzmacniającej Fiber Base, zawsze do tego celu używam właśnie jej. Twardsza od klasycznej – to raz, dwa – dzięki swoim właściwościom jakby wypełnia strukturę paznokcia i wyrównuje płytkę, a wreszcie – dzięki mlecznemu odcieniowi, podbija i pastelowe i neonowe odcienie – a te dwie skrajności goszczą u mnie najczęściej. Lubię też konsystencję tej bazy, jest gęstsza niż klasyczna, a w przypadku stóp lepiej mi się nad nią panuje i nie tak łatwo zalać niepożądany obszar.


Kolor ma znaczenie

W zasadzie w kwestii odcienia do idealnego pedicure nie ma żadnych zasad, bo i delikatne pastele i intensywne czerwienie czy pistacja będą wyglądały świetnie – jeśli tylko dobierzemy je odrobinę do własnej… karnacji. Skóra stóp, jak każdy obszar naszego ciała, ma swój odcień – oliwkowy, porcelanowy albo nawet lekko błękitny. Pod tym względem warto tak dobrać odcień lakieru, żeby wyraźnie wybijał się na tle skóry i ładnie z nią kontrastował. Przy moim ciepłym, oliwkowym odcieniu skóry, wszystkie kryjące róże i brzoskwinie grają bardzo dobrze, ale już na przykład mięta wygląda zawsze trochę zbyt zielono. Mój ulubieniec na stopy to 230 GirlBoss – mocno kryjący jasny róż świetnie podkreślający nawet delikatną opaleniznę.

Finałowy krok: wykończenie i nabłyszczenie

Gdy już mamy naszą idealnie przygotowaną płytkę, w pogotowiu czeka baza i kolor – dobrze jest zwieńczyć dzieło tak, by efekt końcowy był naprawdę dobry. Top – najwygodniejszy to ten bez przecierania, czyli no wipe, a jeśli korzystamy z wrażliwych odcieni – bardzo jasnych, lub wyjątkowo wyrazistych – wybór topu Real Color może być właściwy. On też zabezpiecza stopy przed działaniem czynników zewnętrznych, więc przedłuża pedicure dając gwarancję braku plam, zmiany odcienia czy odprysków. Choć oczywiście jest on błyszczący sam z siebie, to warto nie pomijać kroku z oliwką na skórki i wetrzeć odrobinę również w płytkę – co jeszcze wzmocni połysk.


Jestem ciekawa, czy pedicure jest dla Was równie istotny – ja nie wyobrażam sobie wyjścia z domu z “gołymi” paznokciami u stóp. Odkąd przestrzegam powyższych zasad – pedicure wytrzymuje u mnie spokojnie 3 tygodnie, więc naprawdę warto się do niego odrobinę przyłożyć.