Choć w ostatnich dniach kwietnia bliżej nam pogodowo do jesieni niż wiosny – ta nieuchronnie ma miejsce, a wręcz rozkręca się na dobre, bo lada moment nadejdzie maj. Czas leci jak szalony, a ja zorientowałam się ostatnio, że mało u mnie podsumowań kosmetycznych konkretnych okresów: na ulubieńców danego miesiąca zwykle się nie porywam, bo nie w każdym z nich do mojej kosmetyczki trafia aż tyle nowości, ale podsumowanie tego pierwszego, wiosennego okresu – czemu nie? Jest kilka perełek, jeden przyjemny powrót i niekosmetyczny gadżet, który zaskoczył mnie dzięki swojej innowacyjności.

 

Skoro już na pierwszy rzut oka z kosmetyczki spogląda na nas bukiet kosmetyków, zacznijmy od wielkiego wiosennego powrotu. Pudełko z comiesięczną porcją nowości, czyli beGLOSSY (dawniej jeszcze Glossybox) subskrybowałam jeszcze kilka lat temu całkiem regularnie. W pełni na własne potrzeby, nie mając bloga – bo wciągnął mnie mechanizm wyczekiwania na przesyłkę niespodziankę i możliwość testowania kosmetycznych nowości, bez konieczności inwestowania w ciemno w pełnowymiarowe kosmetyki. Dziś tym bardziej ucieszył mnie ten comeback, bo z uwagi na bloga – mogę i Wam uchylić rąbka tajemnicy i pokazać więcej kosmetyków, niż normalnie znajduje się w moich zbiorach. Kwietniowe pudełko – a w zasadzie, kosmetyczka, bo właśnie pudrowa, zasuwana kosmetyczka zastąpiła klasyczny kartonik – opatrzone jest motywem przewodnim My Way, który ja interpretuję dwojako: z jednej strony, ewidentnie jest mobilnie, rozpoczynają się wiosenno-letnie wojaże, a z drugiej strony – jest “po swojemu” – czyli klasycznie box dostosowany jest m.in. do naszego profilu cery. W mojej kosmetyczce znalazł się kremowo-olejkowy żel pod prysznic Nivea o zapachu kwiatu kwitniącej wiśni(który trochę kłóci mi się z pierwotną ideą pudełka, podsuwającego nam teoretycznie mniej dostępne nowości), płyn micelarny Biolaven, miniatura suchego szamponu GOT2B, miniatura szamponu z linii profesjonalnej Schwarzkop Bonacure również wzbogaconego o olejki, oraz pełnowymiarowy Nude Beautybalm od Organique. W ramach prezentu – dwupak dotleniającej maseczki Dermiss oraz próbki kremów Biolaven. Wyłącznie z powodu własnego roztargnienia na zdjęcie nie załapał się płyn micelarny Biolaven, który jest jednym z pełnych produktów, ale także – jednym z bardziej trafionych w tej edycji. Pachnie winogronami i lawendą, jest dla skóry absolutnie obojętny, a zarazem skutecznie rozpuszcza i zmywa makijaż bez podrażnień. Wszystkie miniatury z pewnością idealnie sprawdzą się u mnie już w przypadku majówkowego wyjazdu, a kosmetykiem na który z pewnością warto zwrócić uwagę, jest Nude Beautybalm Organique, u mnie w wersji do skóry normalnej i suchej. Wśród składników aktywnych znajdziemy masło Shea, ekstrakt z hibiskusa, oraz proteiny owsa, a wszystko to w formie bardzo lekkiego kremu o beżowym zabarwieniu, w założeniu pełniącego rolę kremu BB. Co z pewnością zasługuje na pochwałę, to efekt delikatnego, bardzo subtelnego rozświetlenia – minimalnej tafli ukrytej w kremie. Krycie jest tu na tak minimalnym poziomie, że zasadność użycia go solo widzę jedynie latem, gdy nie zależy nam na szczególnym korygowaniu cery, a jedynie lekkim nawilżeniu i nadaniu zdrowego blasku. U mnie z powodzeniem sprawdza się… w roli bazy, lub zmieszany z nieco bardziej konkretnym podkładem. Koszt niewielkiej (30ml) tubki wzbogaconej o filtr SPF15 to sporo – 69zł, tym bardziej cieszy możliwość sprawdzenia takiego kosmetyku dzięki beGlossy. Jeśli macie ochotę na którąkolwiek edycję – z kodem tbg20miskejt możecie je złapać 20zł taniej! Znajdziecie je na http://BEGLOSSY.PL.

organique nude beauty balm

Mimo zamieszania, jakie wywołała promocja w Rossmannie i klasycznie związanych z nią niedogodności, i mnie udało się coś w ramach obniżek złapać. Nowością w kwestii odcienia, choć niezawodnym pewniakiem jeśli chodzi o formułę jest matowa pomadka Bourjois Rouge Edition Velvet – nr 5 Ole Flamingo. Chociaż w ostatnim czasie rynek zalały matowe produkty do ust, niektóre w bardzo przyzwoitych cenach, z sentymentem sięgnęłam po pierwszą tak niezawodną pomadkę i przypomniałam sobie, za co ją uwielbiam. Jej musowa konsystencja i trwałość, która nie zamienia jej w suchą skorupę nawet po kilku godzinach dają jej chyba niezachwiane prowadzenie wśród produktów do ust. Odcień to dość szalony w moim wypadku róż – intensywny, przypominający piwonię w rozkwicie, bardzo żywy i soczysty, jednak przepięknie zmienia cały makijaż i wyraz twarzy. Szczerze mówiąc, byłam chyba lekko zmęczona siwymi i bladymi odcieniami, zdecydowanie więc burżujkowe maty Wam polecam.

Odkryciem okazał się złapany spontanicznie korektor – Perfect Stay 24h z Astor, wzbogacony o… bazę? Z korektorami jakoś ciągle mi nie po drodze i nie mam w tej kategorii swojego ulubieńca, jednak korektor Astor jest zastygającym, porządnie kryjącym kosmetykiem który dobrze radzi sobie pod oczami, a przy tym nie roluje się, nie ściera i nie migruje. Ma ładny odcień, choć mi przypadł w udziale już nr 02 ze względu na braki. Pokładam w nim szczere nadzieje, bo w sezonie letnim wiecznie rozmazuję sobie i odgniatam obszar pod oczami przez okulary przeciwsłoneczne – zobaczymy, jak się w tej kwestii sprawdzi, jednak póki co jestem absolutnie na tak.

Trzecią nowością jest coś, co u mnie wywołuje zawsze przyspieszone bicie serca – produkt do brwi. Moje szuflady pełne są pomad, cieni i żeli, ale sprawia mi ogromną przyjemność testowanie kosmetyków z tej kategorii. Tym razem padło na kredkę Maybelline Brow Satin w odcieniu Dark Blonde – klasyczną wykręcaną kredkę opatrzoną z drugiej strony gąbeczką z pudrem. Ta forma nigdy jeszcze nie okazała się specjalnie rewolucyjna – wszystkie kredki poza tymi z Catrice są w moim przypadku zbyt tłuste i słabo napigmentowane, a gąbeczki i pudry – niedostatecznie precyzyjne. Tym bardziej moje brwi powędrowały w wyrazie zdziwienia ku górze, gdy po kilku pociągnięciach okazało się, że kredka z Maybelline daje radę zarówno jeśli chodzi o precyzyjne narysowanie łuku, jak i wypełnienie go za pomocą gąbeczki. Odcień dark blonde nie jest typowym szarakiem, nie jest też jednak rudzielcem, sprawdzi się więc jak sądzę bezpiecznie u większości jasnowłosych. Bardzo podoba mi się naturalny, ale wyraźny efekt jaki z jej pomocą uzyskujemy i trwałość – po kilku godzinach nie pojawiają się prześwity ani plamy. Godna uwagi!

perfect stay astor korektor brow satin bourjois rouge edition velvet

rossmann astor perfect stay bourjois

Makijażowe łupy przełamuje szampon – o którym już wspominałam na MOIM FACEBOOKU i INSTAGRAMIE, gdzie przestraszyła mnie nie na żarty lawina negatywnych opinii – a to, że przesusza skórę głowy na skorupę, a to że włosów nie da się po nim rozczesać. Mowa o granatowym szamponie PetalFresh, czyli jednej z nowości na Rossmannowych półkach. Ta amerykańska marka chwali swoje kosmetyki jako wolne od parabenów, barwników, gls i wszelkiego innego dziadostwa. Przyznam się wam, że nie przepadam za takimi w pełni naturalnymi szamponami, bo wtedy owszem – zazwyczaj efektem jest zgrabny, nierozczesywalny kołtun. W tym przypadku jednak – alleluja – jest zupełnie inaczej. Do tej pory nie zauważyłam nigdy, żeby szampon jakoś wydatnie wpływał na wygląd moich włosów – odżywka, olejki i jedwabie owszem, ale szampon? Tymczasem ten szampon nie dość, że bosko i owocowo pachnie, pieni się (co nie takie oczywiste biorąc pod uwagę skład), a włosy po jego zastosowaniu są odbite od nasady, mocno oczyszczone i lekkie, ale też błyszczące i lejące. Nie wiem, jak on to robi, ale zdecydowanie polecam spróbować – choć działa bardzo różnie, u mnie zdecydowanie okazał się hitem i póki co, wiernie się go trzymam.

petal fresh szampon

Kosmetycznym odkryciem tych pierwszych, wiosennych miesięcy okazało się także bliższe spotkanie z dr Irena Eris i linią klasyczną oraz makijażową Provoke. To nie są najtańsze, budżetowe kosmetyki, w związku z czym ciężko wrzucić je do koszyka ot tak w ramach testów – ręczę jednak, że warto. W ostatnich tygodniach moje serce podbił między innymi róż w odcieniu nr 53 Peach Rose, czyli brzoskwiniowy, koralowy, upstrzony drobinkami i dodający policzkom więcej życia niż kolejna kawa. Warto zaznaczyć, że kosmetyki Provoke właściwie bez wyjątku intensywnie pachną – bardzo elegancko zresztą. Co to dużo gadać: zachwyca mnie tu wszystko po kolei – od solidnego, ładnego opakowania z lusterkiem, po całkiem wygodny – a to rzadkość – pędzelek w zestawie. Cudo!

róż irena eris peach rose blusher

Wiadomo, że Eris to nie tylko kolorówka – w zasadzie to 50/50 makijaż i pielęgnacja. Nowością w tej drugiej kategorii jest oleożel do demakijażu z linii Cleanology, który znajdziemy w zestawie z miękką ściereczką. Całość służyć ma do swoistego rytuału – na suchą skórę twarzy nanosimy żel, po czym wilgotną, ciepłą ściereczką wykonujemy kompres i masaż. Po wstępnym zapoznaniu się z metodologią działania pomyślałam: okej, to nie dla mnie. Niestety, z uwagi na ogrom pracy i codziennych zajęć, choć wstyd przyznać, mój demakijaż to zwykle ekspresowe zmywanie tym, co akurat mam pod ręką i w bieżącym użyciu. Gdy jednak któregoś wieczora pokusiłam się o wykonanie pełnego demakijażu właśnie tą metodą, byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Wzbogacony olejkami gęsty żel bezproblemowo rozprowadza się na twarzy, a w kontakcie z wilgotną ściereczką daje wrażenie ciepła, rozpuszczając skutecznie pełny makijaż (również oczu). Po fakcie skóra jest oczyszczona, bardzo miękka i nie wymaga już dodatkowych zabiegów oczyszczających – co w przypadku oczyszczających ściereczek solo bywa różne. Na minus można zaliczyć fakt, że ten ręczniczek trzeba oczywiście każdorazowo uprać, ale myślę, że taki rytuał połączony z delikatnym masażem może być trochę odświętną metodą łączącą oczyszczanie i relaks, w chwilach więc gdy mamy ochotę na trochę luksusu i przyjemności – zdecydowanie na plus.

irena eris cleanology oleożel face cleansing remover

W ostatnim czasie mocno zabiegane chwile umilał mi jeszcze jeden gadżet, choć niekosmetyczny – a na tyle przypadł mi do gustu, że uznałam za niesprawiedliwe nie umieścić go w kategorii odkrycia. Bezprzewodowe słuchawki Sudio Sweden, model Vasa BLÅ to jedna z tych rzeczy, które zaskakują nas tym bardziej, im bardziej sceptycznie do nich podchodzimy. Chociaż mniej więcej od gimnazjum rzadko korzystam ze słuchawek – na rzecz każdorazowego karaoke w aucie – w ostatnim czasie wyjątkowo ciężko u mnie z chwilą odpoczynku, mam też problemy ze skupieniem z uwagi na ilość spraw. Gdy dotarły do mnie słuchawki i zaczęłam je testować okazało się, że to są jednak zupełnie inne wrażenia, inny poziom odbierania muzyki i po prostu – fajna sprawa.

sudio sweden vasa bla opinie

Kluczowe jest po pierwsze to, że są bezkablowe – kompletnie nie czuć ich na sobie i nic nam się nie plącze niezależnie, czym się zajmujemy, a po drugie – jakość i wygoda. O wyglądzie nie wspominam, bo to oczywista rzecz, która jako pierwsza rzuca się w oczy. Dla mnie duet Spotify + te słuchawki to niezawodna sprawa poprawiająca mi codzienny komfort i pracy, i odpoczynku. Jeśli urzekły was podobnie jak mnie – na stronie www.sudioswedem.com/pl możecie złapać je z 15% kodem rabatowym na hasło MISKEJT15. W komplecie macie skórzane etui i marmurkowy case na telefon – jeśli nie macie jeszcze dosyć tego motywu, to serdecznie polecam.

sudio sweden vasa bla

Moje kosmetyczne przedwiośnie to mniej więcej takie hity – z ręką na sercu wam je polecam. A jakie są wasze ostatnie odkrycia? Może też wróciłyście do niektórych kosmetyków ze zdziwieniem, dlaczego w ogóle robiłyście sobie przerwę? 🙂