Wyczekiwany przeze mnie z utęsknieniem wrzesień minął mi tak niepostrzeżenie, że w zasadzie dopiero z początkiem października tak na dobre jestem w stanie usiąść i zastanowić się, co się wydarzyło. A działo się sporo, jednak mimo to był to też miesiąc fajnych odkryć i nowych, nie tylko kosmetycznych – ulubieńców. Dziś więc ich porcja i krótkie podsumowanie, co godnego uwagi pojawiło się w kosmetyczce, szafie oraz na serialowej liście – w sam raz na jesień.

Ulubieńcem numer jeden, który bezspornie muszę wziąć pod uwagę – jest… tatuaż. Zbierałam się do niego latami, zastanawiając się tygodniami nad miejscem, rodzajem, rozmiarem – w efekcie odsuwając zabieg w czasie. Zapełniłam niejedną tablicę na Pinterest i folder w telefonie. Wydawać by się mogło, że tak strategiczne podejście zaowocuje czymś pokaźniejszym, ale i tak jestem zadowolona. Chociaż początkowo moim faworytem był jakiś napis, z braku życiowej sentencji czy cytatu który by do mnie przemawiał – stanęło na motywie księżyca. Dlaczego? Wbrew pozorom, nie ma w tym aż tak głębokiej filozofii. Po pierwsze, jest mały, idealny na początek gdy w sumie nie wiadomo, czy posiadanie tatuażu się nam spodoba, czy nie. Po drugie – jest estetyczny – decydując się na pingwina albo serce przebite strzałą, większe ryzyko, że by mi się znudził lub przejadł. Chcąc jednak dodać dwa słowa wyjaśnienia przyznam, że dziecięcy sentyment do Czarodziejki z księżyca i obecny do Harry’ego Pottera mógł mieć w tym jakiś udział. Jeśli są tutaj osoby, które też jeszcze tatuażu nie mają, a chcą mieć – to spokojnie, naprawdę nie ma się czego bać, a najtrudniejszy w całym procesie jest zdecydowanie… wybór miejsca i wzoru. A to chyba dobrze, prawda?

Ulubieńcem numer dwa jest już bardziej pragmatyczna rzecz, jest to bowiem balsam do ciała Barnangen: All over rescue body balm – który znalazłam we wrześniowym pudełku beGLOSSY. W ogóle jest to edycja bardzo trafiona, ale o tym za chwilę. Musicie wiedzieć, że smarowanie się czymkolwiek niezależnie od pory roku jest przeze mnie czynnością po prostu znienawidzoną. Olejki dodawane do kąpieli – owszem, peelingi kawowe z ich dodatkiem – jak najbardziej, ale żmudne smarowanie, wyczekiwanie na ich wchłonięcie się i możliwość ubrania… nie, dziękuję. Jesienią jednak, w dodatku gdy następuje ona po totalnie zabieganym lecie – z jakimś balsamem przeprosić się trzeba. W moim wypadku skóra praktycznie już trzeszczała z braku nawilżenia. Ten balsam to w zasadzie hybryda gęstego mazidła z dodatkiem cold cream (emulsja typu woda w oleju) – zamknięte w plastikowym słoiku stylizowanym na kosmetyk bliski naturze. W praktyce jest to naprawdę mocno odżywcze, gęste masło o boskim aromacie zbliżonym do kremu Nivea, przez co jest idealny do stosowania i rano, i wieczorem, pozostawiając na skórze wrażenie bardzo przyjemnej czystości. Jeśli chodzi o samo działanie, to mimo swojej gęstej konsystencji, rozsmarowuje się całkiem łatwo i szybko, nie pozostawiając białej warstwy. Z przyjemnością sięgam po niego zarówno w roli kremu do rąk jak i opatrunku na całe ciało. Znajdziecie go, jak wspomniałam, we wrześniowym beGLOSSY lub regularnie – w cenie 34,99zł.

Skoro już jesteśmy przy kosmetykach – jeszcze dwie perełki. Brzozowa pomadka ochronna z betuliną Sylveco to klasyka gatunku, ale zarazem strzał w dziesiątkę w obecnym okresie pogodowym. Moją dotychczasowa ulubienicą była ich pomadka wzbogacona o peeling, ale nie zawsze jej stosowanie jest w pełni praktyczne (paradowanie publicznie z wargami oblepionymi drobinkami cukru – średnio) – dlatego w sam raz wpadła mi w ręce ta właśnie wersja. Jest dedykowana dla posiadaczek ust wrażliwych, spękanych i przesuszonych – a umówmy się, jesienią wszystkie mamy podobne, zwłaszcza jeśli nie rezygnujemy z matowych pomadek. Neutralny zapach i przyjemna, nietłusta konsystencja sprawiają, że sięganie po ochronny sztyft Sylveco jest po prostu przyjemne – i skuteczne. Jeśli nie macie jeszcze swojego egzemplarza na jesień – zwróćcie uwagę na pomadki tej marki.

Żel myjący Uriage to miniatura, ale zdążyliśmy się polubić. Zwykle jeśli coś dostaję w formie próbki czy mini wersji, nie zdążę ocenić, czy się dla mnie nadaje, ale tutaj poszło nam bardzo szybko. Po pierwsze, znów – zapach. Spodziewałam się jego braku, a zaskoczył mnie aromatem cytrysów i zielonej herbaty (uwielbiam). Stworzony na bazie wody termalnej, bez mydła, oczyszcza skórę jednocześnie nie zdzierając z niej ochronnej warstwy lipidowej.  Nie podrażnia nawet oczu, nic po nim nie szczypie a skóra nie jest ściągnięta. Gdy go wykończę, sięgnę po pełnowymiarową wersję.

Nowością, która nie potrzebowała wiele czasu by zaskarbić sobie moją sympatię była we wrześniu świeca polskiej marki kosmetyków naturalnych Hagi. To zdobycz z krakowskich targów Ekotyki, czyli utopijnego miejsca wszystkich wielbicielek naturalnej pielęgnacji i gadżetów. Serdecznie polecam wam to wydarzenie – bo zachwyciło mnie wiele rzeczy, ale starałam się poskromić moje zakupowe żądzę i w efekcie wyszłam między innymi ze świecą. Spora (230g) świeca sojowa o zapachu wdzięcznie określanym Wakacje na Bali kryje w sobie dwa sprzeczne aromaty – słodką wanilię i kwaskowe cytrusy, okraszone wytrawną szałwią i cedrem. Nie będę ukrywać, że kupiła mnie nie tylko zapachem – intensywnym i eleganckim, ale też wyglądem: prostym, minimalistycznym, z motywem moich ukochanych liści. Sama świeca pali się równomiernie – nie wypala się tu taki dołek jak w przypadku Yankee Candle – i intensywnie, chociaż aromat nie unosi się tak mocno i dusząco. Działa to raczej tak, że czuć ją gdy stoi nie dalej niż metr od nas, ale dla mnie to akurat plus – bo nie przepadam za zapachem tak mocnym, że aż mdlącym. Zapłaciłam za nią w okolicznościach targowych 39zł.

Moje pozostałe łupy z Ekotyków to drobiazgi z Mydlarni Cztery Szpaki, w postaci musujących półkul kąpielowych, ale przede wszystkim największe odkrycie – czyli marka Ma.Chon. Szerzej o tych cudach z pewnością przeczytacie za jakiś czas, ale już mogę was zapewnić, że w natłoku wielu naturalnych i niby-naturalnych kosmetyków – wyróżniają się na wielu płaszczyznach. Dwuskładnikowe formuły peelingu z olejem z mando, masła do ciała czy oleiny na bazie masła shea sprawiają, że niesamowicie pachną, ale też zjawiskowo działają. Są proste, nie przekombinowane i w tym tkwi ich siła. Już teraz polecam wam zwrócić na nie uwagę, a wkrótce z pewnością i ja napiszę wam o nich szerzej.

Ostatnim z ulubieńców spoza kategorii kosmetycznej będą… spodnie. Żadna ze mnie trendsetterka, ale święcącej triumfy w tym sezonie kratce uległam bez reszty. To zwężane ku dołowi cygaretki z miękkiego materiału, który świetnie się układa, jest ciepły i wygodni. Jak widać, wygląda niebanalnie i sądząc po waszych reakcjach na Instagramie – to połączenie z musztardowym swetrem i kocimi lordsami przypadło wam do gustu. Spodnie są dostępne aktualnie w Bershce (KLIK) i z całego serca wam je polecam, a sama zastanawiam się nad dokupieniem marynarki – w duecie z gładkim, cienkim golfem, do dżinsów, może być jedną z lepszych basicowych rzeczy na jesień i zimę w mojej szafie.

Bez obaw, zbliżamy się do końca – jako że weekend w pełni, chciałam wam jeszcze polecić (jeśli nie znacie, a w większości zapewne tak!) serial This is us. Łyknęłam go mimo kompletnego braku czasu w kilka wieczorów (okej, wieczorów od 23 do 2 w nocy), ale to naprawdę czysta przyjemność. Ten serial ogląda się trochę jak Love actually – mamy kilku bohaterów, których losy nieustannie się splatają, a oni sami dają się lubić i mają wyraźne rysy charakterologiczne z którymi łatwo się identyfikować. Całość bywa wzruszająca, zabawna i intrygująca, co sprawia, że to idealny wybór na jesienny wieczór z kubkiem kawy czy kakao, gdy potrzebujemy czegoś, co zadziała jak ciepły koc. Lada moment lub nawet już teraz pojawi się drugi sezon, jeśli więc macie wolny weekend… nadrabiajcie!

Tak wyglądają moi wrześniowi ulubieńcy – totalny miszmasz, ale z braku regularności w tego typu wpisach wybrałam po prostu najbardziej wyraziste akcenty ostatnich tygodni, które umilały i ułatwiały mi życie. Dajcie znać, czy coś znacie, lubicie, a może się ze mną w którejś kategorii nie zgadzacie? Jestem ciekawa waszych jesiennych faworytów.