Cały internet kipi od Rossmannowej promocji, a ja tymczasem przychodzę ze zbiorczą recenzją trzech nowości od Maybelline, które trudno jest póki co zastać w tej sieci. Wszystkie trzy zdecydowanie są ciekawe i godne uwagi, chociażby z uwagi na swoje niecodzienne formuły. Ciekawe? Czytajcie dalej.

W ostatnim czasie jeśli chodzi o kolorówkę, zdecydowanie chętniej sięgam po mniej znane i niszowe marki, niż takie klasyki jak Maybelline. Trudno mi było jednak przejść obojętnie, gdy do szafy zawitały te nowości. Jedna, znana już długo wcześniej, za sprawą dostępności za granicą i szału na anglojęzycznym YouTubie, no i dwie niemniej intrygujące. Korektor Maybelline Eraser Eye, który w regularnej cenie kosztuje aż 54zł, był na moim celowniku od dawna. Zachwalany był jako niesamowicie kryjący, kremowy, a dodatkowo dzięki wyposażeniu w gąbeczkowy aplikator – miał się świetnie nakładać nawet bez użycia pędzla. Ja mój egzemplarz kupiłam w krakowskiej drogerii Kosmyk z 30% zniżką która obowiązuje na nowości Maybelline – i polecam wam polować na takie okazje lub szukać online, bo cena wydaje mi się lekko przesadzona jak na produkt tej marki. Ale czy tak poza tym – warto?
Zdradzę od razu: po stokroć tak! Jeszcze nie spotkałam się z drogeryjnym korektorem, który miałby tak ładny, żółtawy odcień, lekką, wręcz musową konsystencję, a jednocześnie po lekkim wklepaniu – nie znikałby, a krył i to elegancko i na długo. Wbudowana w tubkę gąbka również zaskoczyła na plus – jest miękka, nie sztywnieje po kilku aplikacjach, i faktycznie pozwala wygodnie dotrzeć nawet w kąciki oka. Mój odcień – Light – w butelce wydawał się nieco ciemny, ale pod oczami okazał się w sam raz. Nie daje takiej sztucznej, białej poświaty, a zdrowe i ładne rozświetlenie. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia przed i po, bo różnica jest kolosalna – ale możecie zobaczyć jednolitą i wyrównaną okolicę pod okiem na zdjęciu, na którym jednocześnie moje brwi pokryte są kolejną z nowości – czyli tatuażem do brwi.

maybelline tattoo brow

maybelline eraser eye concealer

Maybelline Tattoo Brow to najciekawsza jeśli chodzi o formułę nowość marki. Uwielbiam wszelkie produkty do brwi i testowałam już chyba wszystko – kredki, pomady, cienie czy woski. Tym razem mamy do czynienia z gęstym żelem, który aplikujemy na brwi, zostawiamy na 20 minut lub 2h, a w efekcie mamy cieszyć się podkreślonymi brwiami przez nawet 3 dni.

maybelline tattoo brow

Tattoo brow dostępny jest w trzech odcieniach – mój to Light Brown – i za 52zł otrzymujemy go 5g. Niewiele, ale to też tego typu kosmetyk, którego zużywamy niewiele. Rzucając się na niego w drogerii,  miałam przed oczami idealną wizję: raz na kilka dni nakładam sobie żel na brwi, trzymam 20 minut i przez kilka dni nie muszę nic z nimi robić. Brzmi zbyt dobrze? Słusznie, bo tak dobrze nie jest.

Żel ma gęstą, lepką konsystencję i naprawdę szybko zostawia pigment. Po śladzie który widzicie na zdjęciu, brązową plamkę miałam na dłoni przez następnych kilka dni. Aplikacja na brwi nie sprawia problemu – choć trzeba uważać, by nie wyjechać poza pożądane krawędzie i ostateczny kształt jaki chcemy uzyskać. Generalnie całość przypomina typową, żelową maseczkę peel off. Po nałożeniu zastyga dość szybko, ale o co chodzi z tym czasem trzymania: 20 minut lub nawet 2h? Okazuje się, że aplikując na krótszy czas, możemy liczyć tak naprawdę na jednodniową trwałość. Dopiero trzymając to cudo na brwiach dwie godziny, całość powinna wytrzymać do trzech dni. Niestety, już efekt końcowy na samym początku nie jest obiecujący. Na plus działa fakt, że w odróżnieniu od henny – żel pokrywa i brwi, i przestrzenie pomiędzy nimi, kształt jest więc poprawiony i widoczny. Na minus – odcień jest niezbyt naturalny – na początku lekko rudy, z czasem przechodzi w dziwnie żółtawy. Krycie jest bardzo słabe, więc jeśli mamy w brwiach ubytki – to one będą delikatnie zabarwione, ale nadal widać będzie że tam są. Co więcej, już następnego dnia efekt wyparował – mimo że nie szorowałam twarzy jakoś intensywnie. Być może warto z nim popróbować, ale z drugiej strony – za pięć dych to już jakieś ryzyko, a szanse na to by jednak było super – są marne.

maybelline sensational curvitude liner

Dla równowagi, ostatnia z nowości – Sensational Curvitude Liner – trzyma poziom. Od jakiegoś czasu używam niemal wyłącznie linerów w pisaku, ale są bardzo różne. Czasem końcówka jest dramatycznie sztywna, przez co rysowana linia jest przerywana i nierówna. Innym razem – wystarczy dwa, trzy razy by się postrzępiła i podobnie, ciężko o precyzyjną linię. W tym wypadku jest dobrze – końcówka to precyzyjny, ale miękki i uginający się pod naciskiem rysik, którym łatwo narysować kreskę już przy jednym pociągnięciu. Dozuje odpowiednią ilość tuszu, dzięki czemu nic nie chlapie i nie odbija się. Również dorysowanie ostrej końcówki nie stanowi problemu. Wykrzywiony kształt linera pomaga – łatwiej się go trzyma, a rysując linię, nie zahaczamy o rzęsy – powinien więc spodobać się mało wprawionym osobom lub tym, które nawet spóźnione – nie wyjdą z domu bez kreski. Ostatecznie linia wychodzi równa, intensywnie czarna i pozostaje na swoim miejscu przez długi czas – czego chcieć więcej? Jego regularna cena to około 30zł, a więc w tej kwestii zdecydowanie warto w niego zainwestować.

Jeśli miałabym uszeregować nowości Maybelline w zależności od tego, jak bardzo są udane lub nie – na prowadzenie wychodzi korektor – świetne krycie, zero wchodzenia w zmarszczki, lekka formuła, następnie – liner, z kolei co do tattoo brow – mam mieszane uczucia. Nie chcę skreślać go po jednej próbie, ale obawiam się, że ja się z nim nie polubię. Widziałam na YouTubie dziewczyny bardzo z niego zadowolone, ale to może udać się albo w przypadku bardzo jasnych brwi – które wymagają dosłownie mgiełki koloru, albo – jeśli sięgniemy po najciemniejszy kolor mając brwi pozbawione ubytków. Na ten moment zostaję przy pomadzie, lub gdy się spieszę – przy kredce. Moje typy produktów do brwi znajdziecie TUTAJ.

Jak się wam podobają te nowości? Planujecie zakupy?