Gdy byłam mała, zasady co do spódnic miałam dwie. Pierwsza brzmiała – absolutnie i w żadnym razie. Druga – ostatecznie ok, ale musi się kręcić. Dziś ta kwestia uległa u mnie delikatnej zmianie i wylądowałam gdzieś pomiędzy, czyli – spódnice: czasem, owszem, to zależy. Ale jeśli spotykasz na swojej drodze spódnicę w odcieniu, na punkcie którego oszalałaś i w fasonie, który rządzi w danym sezonie – nie mówisz jej nie. No to powiedziałam tak!

Zielona, plisowana spódnica: plis, please!

Spódnica z dzisiejszego wpisu pochodzi ze Stradivariusa i wylądowała w moich rękach jeszcze w maju lub czerwcu – gdy nie mając na nią ani pomysłu ani przekonania, kompulsywnie zgarnęłam ją z wieszaka w sklepowym czyśćcu, czyli tam gdzie wiszą wszystkie te ostatnie, pojedyncze sztuki z naderwaną metką, odstającą nitką i tak dalej. Biłam się z myślami, ale że kosztowała w granicach 50zł – zaryzykowałam. Leżała w szafie i dojrzewała do tego jesiennego dnia, gdy coś w mojej głowie kliknęło i zatrybiło. Może to właśnie fakt bycia u progu tej prawdziwej, złotej jesieni, gdzie butelkowa zieleń absolutnie rządzi; może to odgrzebany z jeszcze głębszych warstw szafy gruby sweter, a może – w końcu – idealne buty, który odblokowały całość i pozwoliły mi poczuć się dobrze w tym zestawie, mimo że na codzień noszę na okrągło jeansy i pasiaste tshirty. Moja spódnica nie jest na gumce – ma z boku ukryty suwak i w efekcie – dość wysoki stan, ale dzięki temu naprawdę ładnie się układa i pasuje zarówno do luźnego swetra, jak i do wpuszczonej wewnątrz białej koszuli. Informacyjnie dodam, skąd co pochodzi i zostawiam Was ze zdjęciami – bo umówmy się, po to tu przyszłyście! Jeśli po tym wpisie zachorujecie na plisowaną, zieloną spódnicę – uspokajam: obecnie bardzo zbliżoną znajdziecie w Reserved.

Kropka nad i: buty.

Co jeszcze istotne? Buty! Miałam z nimi duży problem, to znaczy – problem z doborem ich właśnie do spódnicy. No bo tak – jak to ograć, żeby nie wyglądać panciowato, ale też nie przebrać się za dziwadło prosto z wybiegu? Mokasyny lub baleriny dałyby radę, ale że aura już chłodniejsza – postawiłam na moją (już ulubioną) nowość, czyli białe trampki polskiej marki Saway, model Janet. Nigdy nie uległam modzie na Superstary, większość trampek w tym rodzaju wydawała mi się zbyt określona, trochę zbyt masywna. Kocham Conversy, ale szczerze przyznaję, że to nie są najwygodniejsze na świecie buty. Tym bardziej cieszę się, że trafiłam właśnie na buty Saway, z kilku powodów. Polska marka, porządnie wykonane buty, mega miękkie, a poza tym – po prostu ładne. Zwróćcie uwagę, że te buty są fajne, bo smukłe – lekko zwężane w czubkach, dzięki czemu wyglądają lekko i zgrabnie. Jeśli te lub inne buty Saway się Wam spodobają, z kodem MISKEJT20 dowolne buty kupicie z 20zł rabatem. Wiem od znajomych, że grzechu warte są także szpilki – w niczym nie przypominając niewygodnych, plastikowych i źle wyprofilowanych z większości sklepów online.

Dodatek idealny: malinowy manicure z nowym kolorem z kolekcji America Go! Semilac

Kroplą koloru w tej dość jesiennej kombinacji jest malinowy, nasycony i idealny o tej porze roku róż Semilac, czyli odcień 539 Go Bolivia z nowej kolekcji America Go!. Po neonowych letnich fuksjach to w sam raz stonowany, orzeźwiający, ale i ciepły kolor który dogada się z szarościami, beżami i czernią.

Tyle ode mnie, zostawiam Was ze zdjęciami i koniecznie dajcie mi znać, co sądzicie o tym zestawie i czy zieleń znajdzie w tym roku także miejsce w Waszych szafach – i w jakiej postaci.

spódnica: Stradivarius (podobna: TUTAJ)

sweter: no name (polecam szukać w butikach)

buty: Saway, model Janet

torebka: ALDO, z zeszłego sezonu

kurtka: Zara TRF

plisowana spódnica

 

plisowana spódnica

plisowana spódnica

plisowana spódnica

plisowana spódnica

plisowana spódnica

buty saway

buty saway

semilac go bolivia

semilac go bolivia

Przypominam o codziennej obecności

na INSTAGRAMIE i FACEBOOKU 🙂