Do tego wpisu zbierałam się długo – z kilku powodów. Po pierwsze, przez wiele lat moją ulubioną szczotką do włosów była bardzo zwyczajna, plastikowa szczotka bodajże marki Top Choice, kupiona spontanicznie w drogerii w przypływie nagłej potrzeby. Nie da się jednak ukryć, że szum wokół rozmaitych włosowych wynalazków nie ominął i mnie, w związku z czym prędzej czy później w moje ręce trafiały różne hity w tej materii – osławiony Tangle Teezer i całkiem niedawno – także Tangle Angel. Obie marki dysponują kilkoma modelami szczotek i przez dłuższy czas testowałam różne wersje. Nie chciałam pochopnie wyciągać wniosków, bo wbrew pozorom nie było mi łatwo o jednoznaczną opinię od pierwszego uczesania. Zebrałam już jednak wszystkie ochy, achy, za i przeciw – i zapraszam na zbiorczą recenzję szczotek do zadań specjalnych.

Po pierwsze: kto bierze udział w teście?

Po stronie Tangle Teezer wystąpi klasyczny, czarny Tangle Teezer Original, zaś Tangle Angel reprezentować będą dwa modele: klasyczny Angel i większa, przeznaczona do włosów grubych i gęstych wersja Extreme.
Przede wszystkim odrobina informacji technicznych: obie szczotki to wynalazki zaprojekowane przez dwóch różnych brytyjskich fryzjerów – Tangle Teezer jest starszy, zaś Angel to produkt który na rynku zadebiutował kilka lat temu. Według mnie, geneza obu szczotek jest podobna, oczywistym jest jednak że TT jest zdecydowanie bardziej popularny i szturmem zdobył rynek – czy to ze względu na swoją innowacyjną konstrukcję czy też marketing – pozostawiam do Waszej oceny :). Faktem jest, że TT znany jest wszem i wobec – zresztą, gdy wrzucałam zapowiedzi tego wpisu na Instagramie czy Snapie, dostawałam sporo opinii lub pytań o to, czy Angel to jakiś nowy model marki Tangle Teezer. Wyjaśniam zatem – nie, to zupełnie odrębne produkty, łączy je jedynie brytyjskie pochodzenie oraz słowo „tangle” w nazwie – jest to jednak uzasadnione zjawisko, biorąc pod uwagę że określa ono funkcję szczotek – jedna i druga są szczotkami przede wszystkim rozplątującymi, rozczesującymi problematyczne włosy – „detangling”.
Zaczynając od klasyka
Jako że na rynku pojawił się pierwszy i większości z Was jest doskonale znany- zacznę od Tangle Teezera. Oczywiście, istnienia tej szczotki świadoma byłam już dawno, jednak szczerze mówiąc po pobieżnym przyjrzeniu się jej na żywo nie zapałałam specjalną chęcią jej posiadania. Koniec końców stwierdziłam, że powinnam jednak sprawdzić ją na sobie – i kupiłam klasyczny, czarny model. 
Czego oczekuję od szczotki? Jakie problemy sprawiają moje włosy?

Umówmy się: czesanie włosów to nie fizyka jądrowa i nie jestem zwolenniczką dorabiania do tego zbędnych teorii – szczotka powinna sprawnie i bezboleśnie rozczesywać włosy i ułatwiać życie bardziej, niż je utrudniać. Moje włosy są raczej normalne, ale jest ich sporo – choć są wysokoporowate, łatwo się puszą i plączą, są też w miarę grube i ilość jest całkiem spora. Są też długie – sięgają mi za łopatki i jest to podstawowy problem podczas czesania. Potraktowane odpowiednią odżywką ładnie „wchłaniają” produkt i stają się całkiem sypkie i lejące, jednak zwykle lubią kaprysić. 

W związku z powyższym, Tangle Teezer powinien sprawdzić się całkiem dobrze – w końcu moje włosy to nie burza loków, są z reguły proste, lekko falują tylko gdy wyschną całkowicie samoistnie.
Co się okazało?

Ocena designu i stylu Tangle Teezera to kwestia indywidualna – uważam, że w gamie są i ładniejsze wersje (np. złota Compact) jak i te odrobinę bardziej kiczowate i niekoniecznie piękne. Plusem szczotki jest na pewno jej niewielki rozmiar, lekkość i ergonomiczny kształt pozwalający wygodnie trzymać ją w dłoni. Niestety, w praktyce, podczas rozczesywania moich długich włosów, patent który jest jednym z głównych znaków rozpoznawczych TT, czyli właśnie brak rączki i chwyt pełną dłonią okazał się klapą. To jest dla mnie zwyczajnie niewygodne, a to dlatego, że zaciskając dłoń na szczotce nie jestem w stanie uzyskać odpowiedniego nacisku na pasmo włosów i skupiam się na tym, by nie wyślizgnęła mi się z ręki zamiast na tym, by dokładnie rozczesać włosy. Łączy się to zresztą z drugim problemem, jaki u siebie zaobserwowałam. Tym, co wyróżnia Tangle Teezer są krótkie, elastyczne ząbki z tworzywa sztucznego, które powinny ładnie, z racji swojej gęstości, otaczać włosy i rozczesywać dość precyzyjnie. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że tak to działa w przypadku cienkich włosów lub tych krótszych – u mnie problem polega na tym, że szczotka wbija się w wierzchnią warstwę włosów i kompletnie nie dociera do głębszych, zwykle bardziej splątanych warstw. Nawet jeśli dzielę włosy na sekcje, mam wrażenie że ząbki po prostu wyginają się i suną po powierzchni, prześlizgując się po tych skołtunionych. No nie tego spodziewałam się po szczotce, której fenomen został zbudowany na bezbolesnym rozczesywaniu. 

Poza kwestią kluczową, czyli tym jak sprawdza się u mnie Tangle Teezer do czesania, mam do niego jeszcze jedną uwagę – błyszcząca, czarna szczotka bardzo mocno się rysuje, jeśli kładziemy ją wypukłą stroną, a z kolei przechowywanie ją w pozycji „na ząbkach” nie jest zalecane przez wzgląd na ich odkształcanie się. Strasznie dużo zamieszania jak na taką małą szczotkę ;). Oczywiście, muszę oddać sprawiedliwość TT – jeśli moje włosy są suche, wstępnie rozczesane chociażby palcami, radzi sobie lepiej. Wtedy faktycznie, cienkie jak igiełki ząbki ładnie prostują pasma, wygładzają je i wtedy używanie TT jest przyjemne – jednak wtedy też, jeśli kilkakrotnie przeciągnę szczotką po włosach – elektryzują się. Tak źle i tak niedobrze ;).
Podsumowując: moje pierwotne obawy wobec Tangle Teezera niestety się potwierdziły. Szczotka dobrze sprawdziła się jedynie w dwóch przypadkach: gdy testowała ją moja mama, obdarzona niewielką ilością cienkich włosów, i … gdy już zrezygnowana wrzuciłam szczotkę do szuflady, i postanowiłam podarować ją mojemu psu ;). Całkiem poważnie, w przypadku długowłosego psa sprawdziła się świetnie – widać też było po minie Mani, że masaż jaki zapewniają ząbki, jest ewidentnie przyjemny ;). 
A o co chodzi z Tangle Angel?
Szczotki Tangle Angel to, jak wspominałam, produkt zaprojektowany przez brytyjskiego fryzjera, a właściwie – stylistę fryzur – który dba o włosy wielu celebrytów i… rodziny królewskiej. Wypadałoby więc oczekiwać od takiego produktu nieco więcej. Szczotki Tangle Angel występują w szerokiej gamie modeli: mamy Tangle Angel zwyczajną, wersję Classic – która wyjątkowo mi się podoba ze względu na kolorystykę i matowe wykończenie – Extreme, oraz wersję dziecięcą  i od niedawna także Shine Angel, czyli linię szczotek z dodatkiem naturalnego włosia przeznaczone do stylizacji. 
Co wzbudziło moją nadzieję wobec Tangle Angel? Przede wszystkim – bardziej klasyczna forma szczotki: TA w każdej wersji posiada rączkę, co już jest świetne, ale dodatkowo warto zauważyć, że jest ona zakończona płaską podstawą – szczotka bez problemu stoi sobie na niej i odpada problem pt. przechowywać na włoskach, czy na „grzbiecie”?:) Pośród wielu wzorów i kolorów, cieszę się że TA występuje w ładnych, eleganckich wersjach całkowicie czarnych lub białych, a także matowych. Osobiście od razu polubiłam się z matową Extreme – jej powłoka jest lekko gumowa, antypoślizgowa, więc po pierwsze bardzo pewnie leży w dłoni, nawet mokrej, i zupełnie nie widać na niej śladów zużycia. Każda błyszcząca szczotka prędzej czy później zacznie zbierać drobne rysy i tracić na wyglądzie – w tym przypadku to fajne rozwiązanie.

jeśli ktoś przyzwyczaił się do trzymania szczotki za część z ząbkami, tak jak TT, tutaj macie wybór: wgłębienie pomiędzy skrzydłami służy właśnie do tego 🙂
Design szczotek może być dyskusyjny, ale na pewno ich jakość już nie. To naprawdę fajne, elastyczne tworzywo, które nie przypomina plastiku podobnego do doniczki. Szczotki wykonane są bardzo starannie, nigdzie nie widać kleju czy łączeń, a nóżka jest bardzo stabilna. Jeśli komuś skrzydła niespecjalnie przemawiają do gustu, raz jeszcze polecam wersję Classic– tam ich nie ma :).

Okej, ale czas na konkret, czyli działanie. Dla podstawowego uzmysłowienia sobie różnicy pomiędzy Tangle Teezerem a Angel, spójrzcie na zdjęcie porównujące ich włosie. Jeśli chodzi o wielkość szczotki, to Tangle Teezer klasyczny jest wielkością idealnie pomiędzy Tangle Angel klasycznym, a Extreme. Wszystkie są do siebie zbliżone, jednak Extreme jest oczywiście największa.
W Tangle Teezerze igiełki są rzadsze, cieńsze i krótsze. Tutaj mamy do czynienia z Tangle Angel Extreme, jednak co do zasady tak jest we wszystkich szczotkach TA: ząbki są grubsze, wykonane z elastycznego tworzywa i bardzo gęsto rozmieszczone. Na pierwszy rzut oka widać, że są dłuższe, i tak jak wspominałam – krótkie igiełki TT nie docierały do nasady moich włosów, a tutaj jest inaczej.

Czy Tangle Angel działa? Jak sprawdza się w rozczesywaniu włosów na mokro i na sucho?
Uogólniając: tak, jeśli miałabym wskazać, która ze szczotek faktycznie rozczesuje moje włosy, punkty lecą zdecydowanie w kierunku Tangle Angel. Szczotkę pewnie trzyma się w dłoni, a przyłożona do wilgotnych włosów na tyle gładko po nich sunie, by ich nie wyrywać, jednak dzięki dłuższym ząbkom wnika w splątany kołtun i jest w stanie go rozczesać. Mam wrażenie, że to kwestia dobrego poziomu elastyczności tych zębów. Są na tyle miękkie, że nie utkną w splątanych włosach, ale też na tyle twarde, że faktycznie je rozczesują. Producent zapewnia też, że szczotki są antybakteryjne oraz odporne na wysoką temperaturę – to zaleta w przypadku stylizacji na ciepło i operowania z bliskiej odległości suszarką.

Alleluja: włosy przechodzą przez zęby jak przez sito 🙂 żadnych kołtunów!
Co mogę powiedzieć? Tangle Angel, choć jest młodszą wersją rozczesującej szczotki, ewidentnie wyciągnęło pewne wnioski z niedociągnięć pierwowzoru i skutecznie je wyeliminowało. Te szczotki wydają mi się być po prostu lepiej przemyślane. Podoba mi się duża gama modeli, które faktycznie różnią się od siebie czymś więcej niż wyglądem, obecność rączki, bardzo ergonomiczne wykonanie i przede wszystkim – ulepszona formuła giętkich, elastycznych ząbków które czeszą, a nie jedynie wbijają się we włosy. Wiem, że grono zwolenniczek TT jest ogromne i nie neguję zalet tej szczotki – Tangle Angel trudniej będzie wrzucić do torebki jako podręczną szczotkę – jednak w mojej opinii, dla posiadaczek włosów długich, gęstych lub po prostu – jeśli nie umiecie żyć bez klasycznej szczotki – to właśnie Tangle Angel jest właściwym kierunkiem. 
 Jeśli chodzi o ceny, powiedziałabym, że kształtują się na zbliżonym poziomie. Za najtańszy Tangle Teezer zapłacimy około 30zł. Również klasyczną wersję Tangle Angel kupicie za 30,99zł TUTAJ, wersję Classic (matową) – za 39,99zł a Extreme, czyli największą – za 46,99zł. Pełna specyfikacja modeli i rozróżnienie ich funkcji znajdziecie TUTAJ (nie działa na mobile!). Myślę, że 50zł to rozsądna granica cenowa za porządną szczotkę która łagodnie i bez wyrywania pozwoli ogarnąć nasze włosy. 
Koniecznie dajcie znać, jak Wasze preferencje szczotkowe: który z omówionych modeli znacie, a może macie swoich bohaterów których powinnam poznać?