6 sprawdzonych hitów pielęgnacji

poniedziałek, 21 września 2015 | 7 komentarzy:
Ostatnio stale przewija się temat kosmetyków kolorowych, i chociaż faktycznie, zupełnie niechcący wpisałam się w minimalistyczny trend i nie kupuję już tak hurtowo wszelkich nowości pielęgnacyjnych, to stale coś się pojawia i sumiennie testuję. Prawdę mówiąc, nie wierzę w spektakularne efekty i moc kosmetyków w problemach, które moja skóra odczuwa najdotkliwiej - przesuszenie i widoczne przez to ślady i blizny, zwłaszcza w okolicy czoła, ale jest gama podstawowych funkcji których od codziennej pielęgnacji oczekuję, i tego w kosmetykach szukam. Po pierwsze- nawilżenie bez zapychania, bez wrażenia powierzchownego pokrycia skóry warstwą kremowego kożucha. Po drugie, a raczej w odwrotnej kolejności jako pierwsze- oczyszczenie, co też nie jest w moim przypadku oczywistą sprawą ze względu na z jednej strony - nieciekawą powierzchnię skóry doświadczonej wieloma zmianami, a z drugiej - tendencję do naczynek i miejscowej nadwrażliwości. W ramach tych wymagań w ostatnim czasie, czyli przez około 2-3 miesiące sprawdziły się u mnie następujące produkty- każdy inny, każdy w podobnej cenie, łatwo dostępne i przystępne. Rzućcie okiem.

1. Avon Nutra Effects SPF 15 - nawilżający krem na dzień z ekstraktem z nasion chia
Chociaż fenomen nasion chia jakoś specjalnie mnie nie dosięgnął, to skusiłam się na ten krem ze względu na niską cenę (12zł?), mając nadzieję na coś lekkiego na dzień, ot żadne specjalne zadanie. Nie stawiając przed kremem poważniejszych wymagań, spełnił moje oczekiwania naprawdę przyzwoicie: szybko się wchłania, ma fajną lekko żelową, śliską konsystencję która dobrze współgra z makijażem i nie wpływa na jego trwałość w negatywny sposób. Mam tendencję do świecenia się w strefie T, ale stosując ten krem cera trzyma się w ryzach i jest po prostu w unormowanym stanie. Fajnie uspokaja ściągniętą po oczyszczaniu skórę, daje wrażenie faktycznego wsiąkania w nią a nie osiadania na powierzchni. Wiem, że skład niczego specjalnie nie urywa, bo jest w nim m.in. gliceryna, a słynne nasiona chia znajdziemy na 5 od końca miejscu w składzie, ale poza tym to bezproblemowy, dość tani i przyjemny w użytku kosmetyk. Na plus też lekki, szybko ulatniający się zapach i solidny, szklany słoiczek.

2. Rival de Loop, nawilżający krem na dzień z filtrem UV
W zasadzie opis tego kremu powinien być bliźniaczy do propozycji z Avon. Kupiłam go wcześniej, bo potrzebowałam czegoś pod makijaż, a on patrzył na mnie z Rossmannowej półki z zawrotną ceną około 7zł. Z reguły nie ufam tak tanim kosmetykom, ale to też niewielka strata w przypadku nieudanego eksperymentu. Zaskoczyła mnie leciutka formuła, również solidny szklany słoiczek i zupełny brak zapychania. Jeśli macie cerę suchą lub mieszaną, ale potrzebujecie mocniejszego nawilżenia, może okazać się zbyt słaby, ale jeśli oczekujecie od kremu że wchłonie się w 30 sekund i pozwoli bezproblemowo wykonać makijaż, na którym utrzyma się bez szwanku przez cały dzień - to dobry, prosty kosmetyk do zadań (nie)specjalnych.



3. Matujący płyn micelarny 3 w 1, Eveline
Z płynami do demakijażu, micelami i mleczkami to u mnie odwieczna batalia. Moja skóra nie jest specjalnie skłonna do podrażnień przez kosmetyki i chyba nic nigdy nie wywołało u mnie reakcji alergicznej, ale już np. okolica oczu to u mnie trójkąt bermudzki - prawie wszystko mnie szczypie, podrażnia, a nie zawsze w dodatku do końca zmywa makijaż. Micel z Eveline kupiłam w ciemno, po spędzeniu kwadransa przed odpowiednią półką w Rossmannie. Marka nie kojarzy mi się specjalnie z pielęgnacją, raczej z kolorówką (coraz lepszą!), więc nastawiona byłam średnio. Pierwsze testy odbyły się podczas wakacji w Turcji, czyli w warunkach dość ekstremalnych - bo jednak codzienna ekspozycja na słońce, duża ilość potu i tłustych kremów do opalania to konkretny materiał do oczyszczania. Eveline daje jednak radę: płyn jest dla skóry delikatny niczym woda, podczas oczyszczania nie ma kompletnie wrażenia ściągnięcia, mrowienia czy swędzenia. Jednocześnie na waciku zbiera się wszystko, co niepożądane. W kwestii matującej, nie spodziewałabym się rewelacji - aczkolwiek po przemyciu płynem, skóra faktycznie jest matowa i nie zostaje na niej lepka, świecąca warstwa. Naturalnie nie pamiętam dokładnie ceny, ale to było coś w okolicach 10zł. Muszę chyba szerzej spojrzeć na markę Eveline w kategorii pielęgnacji, bo to pierwsze i od razu udane podejście. Polecam wrażliwcom.




4. Peeling/maska gommage z minerałami z Morza Martwego, Avon Planet SPA
Czyli kolejny zakup z katalogu Avon w ostatnim czasie (powrót do czasów gimnazjum!). Moja skóra średnio toleruje peelingi mechaniczne, ale przyznam że enzymatyczne nie zapewniają mi takiego jak bym chciała wrażenia czystości - jednak drobinki robią swoje. Peeling gommage, analogicznie jak enzymatyczny, zawiera zamiast drobinek odpowiednie enzymy rozpuszczające zanieczyszczenia na powierzchni twarzy. Jeśli chodzi o zapach, to nie powala, nie jest to aromat którego spodziewałabym się w odprężającym SPA, ale nie jest to kluczowe. Kosmetyk ma postać gęstego żelu, nie spływa z twarzy, jest bardzo wydajny. Aplikuję go i zostawiam na przepisowe 3 minuty, a często i na dłużej - wtedy lekko zasycha, ale zmywa się bez problemu. Co najważniejsze, twarz faktycznie jest gładka, a pozostałe kosmetyki wchłaniają się ekspresowo. Z kwestii technicznych: wygodna, matowa tubka na zatrzask, cena to w promocji mniej niż 10zł. Jeśli szukacie delikatnego złuszczacza, to rzućcie na niego okiem.
5. Effeclar Duo +, La Roche Posay
Biorąc pod uwagę, że mamy schyłek lata, jest jasne że tego specyfiku nie stosowałam w ostatnich tygodniach. Kupiłam go jednak w promocji w Super Pharm, w cenie około 40zł, z dodatkowym pakietem miniatur do tego jakoś w maju i stwierdziłam, że z pewnością się przyda. Effeclar to już znany zawodnik o bardziej specjalistycznym zastosowaniu niż dwa poprzednie kremy. Przede wszystkim jest to specyfik do zwalczania wszelkiego pochodzenia niedoskonałości: rozjaśnia, usuwa zaskórniki i wszelkie niepożądane formy zasiedlające naszą cerę. W moim przypadku liczyłam na działanie w kierunku minimalizowania śladów, blizn i przebarwień dzięki zawartości łagodnych kwasów. Choć do zmasowanego ataku i regularnego stosowania dopiero będę przystępować teraz, gdy pogoda sprzyja wszelkim inwazyjnym zabiegom i kosmetykom, to krótka próba wiosną pozwoliła mi ocenić kosmetyk bardzo obiecująco. Jeśli z jakichkolwiek przyczyn na Waszą twarz wkradły się niedoskonałości, grudki czy uporczywe, długotrwałe zmiany podskórne, to polecam Wam regularnie stosować ten krem-żel. Nie wiadomo kiedy rozprawia się z tą plagą i pozwala jej się ładnie unormować. Jak zadziała na przebarwienia i czy spłyci jakieś ślady - zobaczymy. Jeśli upolujecie go w promocji, nie wahajcie się ani chwili.



6. Woda toaletowa Avon, Scent Essence, Wild Bergamot
Ostatnia już zdobycz w ramach zakupów w Avon, małe odstępstwo od kategorii pielęgnacji. Swoją drogą, w dobie szturmu drogerii online i szerokiej dostępności rozmaitych kosmetyków w drogeriach nie tęskniłam za katalogowymi zakupami, ale jakoś tak miło było przypomnieć sobie wertowanie kolejnych stron i pocieranie kartek w poszukiwaniu choć strzępku zapachu ;). Avon niezmiennie ma, według mnie, naprawdę przyzwoite zapachy w swojej ofercie - cała seria Today, Tommorrow, Always czy słynne Celebre to już klasyki ;).
Wild Bergamot to jeden z serii trzech prostych, nieskomplikowanych roślinnych zapachów w ramach letniej edycji katalogu. Tani, zupełnie nie udający jakichś szczególnych "perfum", dorzuciłam do koszyka dla zaokrąglenia kwoty zamówienia. Uznałam, że za jakieś 17zł przyda mi się takie proste, lekkie psikadło na ciepłą pogodę, a moja migrenowa głowa toleruje tylko świeże, proste zapachy. I co - nie rozczarowałam się. Wild Bergamot to cytrusowy, lekki zapach, delikatnie ocieplony jakimś słodkim aromatem, coś jakby cytrynowy krem z dużym dodatkiem brązowego cukru, gdzieś w tle majaczy lekko herbaciana nuta. Na upalne dni jak znalazł, trwałość w sumie bez zaskoczenia - ulatnia się po 2-3h, ale tak lekki zapach, w dodatku w tym przedziale cenowym nie pozostawia złudzeń na więcej. Niemniej jednak sam zapach fajny, bezpretensjonalny, odrobinę przypomina mi CK One. 

Tak prezentują się nagromadzone w mojej kosmetyczce udane strzały w kwestii pielęgnacji. Wraz ze zmianą sezonu przymierzam się do czegoś solidniejszego - intrygują mnie produkty Kiehl's, zwłaszcza coś intensywnie regenerującego i ... przeciwzmarszczkowego, w ramach mojej krucjaty przeciwko dwóm poprzecznym zmarszczkom na czole. 
Macie swoich ulubieńców, których możecie polecić jeśli chodzi o pielęgnację? 
Zapraszam do dyskusji:
  1. kusi mnie strasznie pozycja 5 :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To taki chyba obowiązkowy produkt, który prawie każda dziewczyna mająca jakieś problemy skórne musi na sobie przetestować :)

      Usuń
  2. Krem z Rival de loop wydaje się być idealny dla mnie, muszę się nim bardziej zainteresować, bo wciąż mam pecha do filtrów.. Ja fanką zapachów Avon nie jestem, ale za to moja mama zawsze ma jakiś flakonik, aktualnie chyba nawet kilka ;D A to przeglądanie katalogów kojarzy mi się z dzieciństwem, jak mama przynosiła je od koleżanki z pracy i czasem pozwalała mi coś sobie wybrać ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No polecam spróbować krem, bo kosztuje naprawdę grosze :) katalogi Avon to u mnie z kolei przeglądanie na przerwach w szkole, w gimnazjum haha :) już od podstawówki koleżanki pachniały tym zapachem Celebre :D

      Usuń
  3. Avon Nutra Effects bardzo lubię i ja, ten kremik bardzo pozytywnie mnie zaskoczył swoimi właściwościami pielęgnacyjnymi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Effaclar bardzo lubię. Po kremie RdL strasznie mnie wysypało, a perfumy Avon słabiutkio się utrzymywały, choć zapach bardzo lubiłam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam ten krem z Nutra Effects pozytywnie mnie zaskoczył :)

    OdpowiedzUsuń