Z minerałami mam taką dziwną relację, polegającą na regularnych rozstaniach i powrotach, jednak jedno jest pewne – gdy akurat znów się spotykamy, zawsze jestem pozytywnie zaskoczona, jak dobrze wyglądaja na skórze i nie mogę zrozumieć, czemu właściwie je odstawiam. Dziś więc o kilku ulubionych produktach Annabelle Minerals, bo to właśnie z nimi jestem w tej kwestii najdłużej – i tu o ulubieńcach może być mowa.

 

  • PODKŁAD MINERALNY
Warto zaznaczyć, że po raz pierwszy z minerałami zetknęłam się jakieś dwa lata temu, a o spotkaniu tym opowiadałam TUTAJ klik – i był to poniekąd strzał amora od pierwszego wejrzenia. Zamówiłam wtedy próbki podkładów w tonacji Sunny (dostępne są jeszcze 3 inne, odpowiadając kolejno cerom neutralnym, bardziej różowym lub oliwkowym) i oczywiście kolorystyka już na wstępie mnie zachwyciła, a później dołączyło do tego wrażenia krycie, wykończenie i kondycja cery jaką zapewniały. Już wtedy było dla mnie jasne, że subtelnie żółte minerały są dobrą propozycją dla posiadaczek cery naczynkowej, z tendencją do różowienia się czy też z przebarwieniami. 
W kwestii podkładów nic się nie zmieniło – nie miałam okazji przetestować wszystkich dostępnych wykończeń i formuł – a wśród samych podkładów dostępne są rozświetlające, matujące oraz kryjące – jednak jakiś czas temu ponownie zaopatrzyłam się w pełnowymiarowy egzemplarz kryjącego podkładu Sunny Light – i choć przestrzeliłam z kolorem – jest dla mnie zdecydowanie za jasny – to nadal zachwyca we wszystkich pozostałych kwestiach. Tym razem stosuję go jednak w duecie: podkład mineralny Sunny Light + primer, będący uzupełnieniem gamy minerałów Annabelle. Warto zaznaczyć, jeśli nie miałyście do czynienia z minerałami, że oczywiście należy stosować kilka – w zależności od potrzeb – cienkich warstw, dla zbudowania odpowiedniego krycia. Nie ma sensu przesadzać: w przypadku poważniejszych rzeczy do zakrycia, lepiej sięgnąć po korektor – także mineralny.
  • PRIMER PRETTY NEUTRAL

 

Primer pretty neutral to również sypka, mineralna formuła, którą lubię stosować pod właściwy podkład mineralny. Często w przypadku klasycznych baz pod podkład mam wrażenie, że one właściwie niczego nie robią, co najwyżej powierzchownie poprawiają przyczepność kosmetyku, jednak primer Annabelle po pierwsze odczuwalnie wyrównuje powierzchnię skóry, pokrywając ją cienką, satynową poświatą, a po drugie – delikatnie matuje i przedłuża trwałość całości. Ładnie wiąże się z podkładem, zapobiega świeceniu, powoduje, że zwłaszcza w okolicy nosa czy brody podkład nie zjeżdża z twarzy i nie znika. Zdecydowanie polecam uwadze ten primer, choć wydawać się może błahym i zbędnym elementem – to cichy bohater mineralnego makijażu.
Pozostając w temacie podkładu, nie sposób pominąć kwestii aplikacji – minerały najbardziej lubię nakładać standardowym pędzlem typu flat top, choć powinnam zapewne spróbować jeszcze metody gąbeczkowej. Jeśli chodzi o pędzel, choć sięgałam po różne – Hakuro H50 czy bardziej wypukłe i zbite, np. Kavai – ten dedykowany, w ofercie Annabelle, sprawdza mi się najlepiej. Jeśli macie już jakieś płaskie pędzle, spokojnie spróbujcie z nimi, jednak ten lubię ze względu na wyjątkowo miękkie, luźne włosie, które dobrze wchłania podkład, aby potem równomiernie “oddać go” podczas aplikacji. Doceniam też jego krótki, poręczny trzonek, bo jako osoba z dużą wadą wzroku, siedzę zawsze blisko lusterka i często wymachując innymi pędzlami, obijam się o nie.
  • RÓŻ MINERALNY – ROSE

 

Poza podkładem oraz primerem, w mojej kosmetyczce znalazł się także róż i – jak narazie – dwa cienie. Niezależnie od tego, jak minimalistyczna akurat jest moja codzienna dawka kosmetyków, różu używam zawsze. Tak, najpierw wklepuję cztery warstwy podkładu, by zniwelować zaczerwienienia, by potem delikatnie zaróżowić policzki – taka karma. Uwielbiam to, co róż robi z wyrównaną niczym płótno powierzchnią twarzy – oczywiście, ten dobrze dobrany, o ładnym, naturalnym odcieniu, nie przypominającym śladu po otarciu – czasem gdy widzę u kogoś coś takiego, mam ochotę podejść i to rozetrzeć ;). Róż który ląduje u mnie na policzkach ostatnio najczęściej – nie tylko w duecie z mineralnym podkładem – to Rose. Matowy (jak wszystkie róże Annabelle), świetnie napigmentowany i w bardzo szlachetnym odcieniu zgaszonego różu z kroplą rozświetlającej brzoskwini – lubię to, jak dodaje twarzy świeżości i koloru, w odróżnieniu od róży bardziej ceglastych czy wręcz rudych. Róż aplikuje się bardzo równomiernie, nie tworzy plam ani smug, a jego nadmiar łatwo pozamiatać delikatnym ruchem pędzla.
widzicie, co tu zrobiłam? M jak… minerały 😉 zakup tej świecącej literki w Stradivariusie był jednak strzałem w 10 – M okazuje się mieć więcej zastosowań, niż mogłam przypuszczać 😉
 
  • CIENIE MINERALNE ANNABELLE: CANDY + CHOCOLATE

 

Przyznam, że mój poziom zaawansowania w kwestii makijażu mineralnego wciąż ogranicza się głównie do podstaw: podkład, róż, puder, stąd tez w mojej kosmetyczce znajdują się zaledwie dwa cienie – i to od niedawna (dziękuję, Paulina, raz jeszcze!). Są to pastelowy, jasny róż, o szalenie adekwatnej nazwie – Candy, oraz wyjątkowo urokliwy Chocolate, który już tak łatwy do uchwycenia nie jest. Candy to świetny kolor bazowy – ujednolica powiekę, ładnie kryje, będzie rewelacyjną podstawą do zbudowania makijażu dziennego, i tak też najczęściej go używam. Ładnie podkreśla brązową tęczówkę, dodaje spojrzeniu świeżości. Chocolate to inna bajka: to mieniący się, połyskliwy brąz z ambicją ku gołębiej szarości, którym można poszaleć i stworzyć zdecydowanie intensywne, wieczorowe smoky. Już odrobina na czubku pędzla wystarczy, by pokryć powiekę naprawdę wyrazistą chmurą koloru, więc radzę mieć do niego lekką rękę. To zresztą cecha wspólna cieni Annabelle – mają dobrą pigmentację, osypują się minimalnie, ale i trzymają już po aplikacji bardzo ładnie, płynnie i elegancko łączą się ze sobą na powiece.
Jeśli się zastanowić, to pod wieloma względami kosmetyki mineralne są niemal idealne: pozwalają na dobór efektu, jakiego oczekujemy – krycie, rozświetlenie, mat, co więcej – spełniają te obietnice, mają świetną gamę kolorystyczną. Również w przypadku Annabelle, na duży plus zaliczam opakowania – lekkie, plastikowe słoiczki z przekręcanym sitkiem zapobiegają niechcianym wysypom i pozwalają bez uszczerbku zabierać je także do wyjazdowej kosmetyczki.
Kawa może związku z minerałami nie ma, ale już jej sypka niczym brązer posypka – owszem. To jednak cynamon – zimą nie wyobrażam sobie kawy bez jego szczypty. Lub łyżki, jak w tym wypadku ;).
 Wydajność minerałów nie rozczarowuje: używając ich w rozsądnej ilości, nie rozsypując nadmiaru wokół – wystarczają na długo. Chyba jedyne, co przez wrodzone lenistwo po jakimś czasie trochę mnie nudzi, to właśnie konieczność kilkukrotnego dokładania warstw w przypadku podkładu i nieuchronny, lekki bałagan dookoła – zwłaszcza, gdy się spieszę, stawiam zazwyczaj na pompkę tradycyjnego podkładu – na przykład ulubionego ostatnio ALL NIGHTERA: klik i kilka szybkich ruchów beautyblenderem czy flat topem. Przyznam jednak otwarcie, że gdy tylko mam odrobinę więcej czasu, lub moją cerę dopada gorszy moment – lubię wracać do minerałów. W przypadku Annabelle to także świadomość, że każdy kosmetyk to maksymalnie cztery naturalne składniki, w tym pielęgnujące glinki. Jeśli więc mimo sumiennej pielęgnacji zdarza się Wam miewać uporczywe niespodzianki np. w okolicy policzków czy żuchwy, warto sprawdzić, czy przesiadka na minerały nie rozwiązałaby tego problemu. Radzę Wam przyjrzeć się zwłaszcza podkładom mineralnym – potrafią całkowicie odmienić codzienny makijaż, oraz różom – kosmicznie wydajne, łagodne dla skóry i piękne. Mam nadzieję, że po obecnym powrocie, zostanę z nimi zdecydowanie na dłużej, co i Wam polecam.

Kto na sali lubi minerały? Jakie są Wasze najczęstsze z nimi kłopoty, a co najbardziej Was do nich ciągnie?