Dziś krótko – bo o relaksie, a o tym nie ma się co nadmiernie rozwodzić, bo należy go najzwyczajniej w świecie zażywać, do czego gorąco namawiałam Was w jednym z ostatnich wpisów (choć prawdą jest, że szewc bez butów chodzi, a ja piszę te słowa między jednym dedlajnem a drugim). Jeśli również i Wasz czas nie jest z gumy, ani z żadnego nawet trochę elastycznego materiału – zaopatrzenie się w takie pudełko – niespodziankę, które raz w miesiącu się pojawi, zaskoczy i może z tego zaskoczenia zachęci do porcji odpoczynku – może być świetnym pomysłem, a ja dziś przychodzę z wrażeniami apropo dwóch takich zupełnie różnych pudełek, oraz prezentami z nimi związanymi.

Chillbox to pudełko, które już jakiś czas temu miałam okazję poznać bliżej, ale było to spory kawałek temu i prawdę mówiąc – nie wiedziałam, czego się spodziewać w środku. Gdy dotarła do mnie styczniowa edycja, moją uwagę natychmiast przykuła jedna rzecz – że oprócz zawartości pudełka, do kompletu w kurierskiej torbie znalazł się także miękki koc prosto z IKEA. Jak na pudełko przypadające na styczniopad – w punkt, bo wiadomo że zimą człowiek składa się z warstw i każda kolejna jest mile widziana. Tak więc Chillbox w edycji styczniowej przychodzi do nas z polarowym kocem, którym można się owinąć i spokojnie dalej zapoznawać się z zawartością. Jest ona stricte ukierunkowana na relaks i odpoczynek, wręcz powiedziałabym – trochę mindfulness i zwolnienie tempa, a to za sprawą zwłaszcza jednego z przedmiotów, które znajdziecie w środku.

W Chillboxie jest trochę od sasa do lasa: jest kilka kosmetyków, jest herbata, jest książka i są kadzidełka. Wszystko dobrane zostało tak, by uzupełniając się, stanowiło podręczny zestaw relaksacyjny. Ale po kolei.

Kosmetycznie, w pudełku znajdziemy nawilżająco – ochronny krem do twarzy anti-pollution Harmonique (o wartości 77zł!), cedrowy balsam – nalewkę do włosów Babuszki Agafii (8zł), dwufazową termo maskę do twarzy z ekstraktem z truskawek Cafe de Beaute (11,90zł) oraz balsam do ust Green Pharmacy (4,49zł). Jestem po wstępnych testach każdego z produktów i z pewnością ciepłe słowo mogę powiedzieć o kremie, który jak na kosmetyk z 94% składników naturalnych fajnie nawilża i zmiękcza skórę, sprawdza się pod makijaż i w brudnym i zanieczyszczonym Krakowie sprawdza się jak złoto. Również maska jest bardzo przyjemna – jakoś ta forma kapsułek zachęca do jej użycia, a nie wiem jak wy, ale dla mnie zimą sięganie po zimne, chłodzące maski w płacie jest rzeczą nie do przebrnięcia – tym bardziej kremowa formuła jest tu na plus.
W Chillboxie nie znajdziecie kolorówki, co jest zabiegiem zachowawczym, ale być może słusznym – ryzyko wtopy jest spore, a pielęgnacja w tak delikatnej formie ma szansę sprawdzić się u większości osób.

To, co zdecydowanie  najbardziej skradło moje serce w styczniowym Chillboxie, to Trochę inny dziennik – 52 listy na każdy tydzień roku. Jestem absolutnie zakochana we wszelkich materiałach papierniczych i z uporem maniaka zbieram notesy, długopisy, organizery (nie korzystając z nich później, bo mi ich… szkoda). Tutaj nie mamy do czynienia z typowym plannerem, ale jednak z bosko wydaną książką, którą wypełniamy po swojemu, tworząc tematyczne listy. Jakie? Po co? Są to listy, które mają w moim odczuciu terapeutyczne znaczenie. Spisując takie rzeczy jak ulubione piosenki, cytaty, zawody, własne dziwactwa – możemy po pierwsze siłą rzeczy trochę się zatrzymać, żeby je wymyślić, a po drugie – mimochodem odbyć mini terapię. Jak już wspominałam w ostatnim wpisie, takie oderwanie się od cyfrowego scrollowania na rzecz pisania, kolorowania czy innego dłubania, samo w sobie jest zjawiskiem pozytywnym i niesie w sobie coś kojącego. Pamiętacie złote myśli? Kto nie uwielbiał się wpisywać, niech milczy i się nie przyznaje. No więc tu mamy takie trochę złote myśli, w dodatku na bosko pachnącym książkowym papierze, z pięknymi zdjęciami godnymi Pinteresta i w świetnej oprawie. Nic, tylko znaleźć tych kilka minut w tygodniu i taką listę sobie sporządzić. Wiecie, kiedy mózg już paruje od Najważniejszych Na Świecie Spraw – zdjąć je z głowy poprzez to, że trzeba będzie wymyślić rzeczy, na które wydasz pierwszy milion.

Jeśli spodobał Wam się styczniowy Chillbox, nie regulujcie odbiorników i dotrwajcie (lub przeskoczcie) do końca wpisu, bo tam – jak sądzę – miła informacja w tej kwestii.

Drugim z pudełek, które regularnie się u mnie pojawia, jest beGlossy – tym razem w edycji Begin with skin. Styczniowa edycja rozpoczyna się z przytupem, skoncentrowana (prawie) w pełni na pielęgnacji – bo nowy rok to dobry moment, żeby i skórze zafundować trochę lepszy start.
W pudełku znalazło się 5 produktów do pielęgnacji i 1 reprezentant kolorówki, który mnie rozbawił, przeniósł do przeszłości, a potem zaskakująco okazał się być… udany!
Wielbicielki maseczek będą zadowolone: w beGlossy znajdziecie trzyetapowe plastry na nos Holika Holika Pig-nose Clear Blac Head Kit (19,99zł). Ten zabieg pozwoli Wam oczyścić nos z zaskórników, zmniejszyć je i zwężyć pory. Lubię tego typu plastry, ale tego jeszcze nie próbowałam. Do kompletu mamy maskę w kremie, a konkretnie 1-minutową maskę oczyszczającą  Urban Skin Detoks od Nivea (16,99zł). Maska ma postać gęstej pasty z drobinkami, w środku kryje się głównie biała glinka i ekstrakt z magnolii, a choć w jednominutowe działanie nie do końca wierzę – to faktycznie wystarczy dosłownie kilka minut, żeby odczuć wyraźne ściągnięcie, skóra jest doczyszczona i zmatowiona.



Pielęgnacyjnie mamy tu również peeling do ciała Efektima – w mojej wersji z nieśmiertelnym węglem aktywnym. Jest to miniatura, a pełnowymiarowy zdzierak to koszt 19,99zł.
Warto wspomnieć, że w pudełku tradycyjnie znalazł się kosmetyk Biolaven – tym razem żel myjący. Lubię i chętnie sięgam po tę markę, bo nigdy nie wywołuje podrażnień i to mój taki awaryjny typ, do którego wracam gdy przeholuję z testowaniem nowości. Pachnie intensywnie winogronowo, a skóra jest miękka i wygładzona.
Oprócz mazideł do twarzy i ciała, w pudełku znalazł się też szampon włoskiej marki Equilibra i za to dla beGlossy duży plus. Lubię ich szampony (głównie aloesowe), ale ten tutaj też spodobał się moim włosom. W pudełku znalazła się wersja w tubce, ale to dla mnie akurat plus – to pojemność w sam raz na wyjazdy. W małej tubce zmieściło się sporo dobra – są proteiny, olejek arganowy, ekstrakt z siemienia lnianego i herbaty. Sam szampon pięknie pachnie, pieni się bez problemu mimo braku SLS i SLES, a włosy mimo obecności olejków nie są zupełnie obciążone. Pełnowymiarowa butelka to koszt 19,99zł.
I wreszcie last but not least – kolorówka, czyli podkład. Wiem, to brzmi ryzykownie, ale co jeśli dodam, że w beGlossy znalazł się podkład w musie? Dobrze pamiętam czasy, gdy szczytem marzeń co do zawartości kosmetyczki był klejący błyszczyk – galaretka, tusz do rzęs i podkład właśnie w postaci musu. To były czasy… brr. Podeszłam do podkładu Essence Soft Touch (15,99zł) z dużą rezerwą, przekonana że po pierwsze na pewno rozminę się z odcieniem, a po drugie – że krycie będzie słabe. Podkład, jak na mus przystało, jest ultralekki i puszysty, ale jak się okazało – nie przeszkadza mu to ładnie stopić się ze skórą i spokojnie zapewnić średnie krycie. Na mojej naczynkowej skórze okazał się wyglądać na tyle dobrze, wklepany flat topem, że przez cały dzień nosiłam go bez poprawek i bez poczucia, że coś tu nie gra. Nie jest tytanem odporności i można go zetrzeć swetrem czy szalikiem, ale i tak jestem pod wrażeniem. Poza tym, na mojej mieszanej skórze, poradził sobie z obszarami które zwykle się świecą, więc właściwości matujące faktycznie dają radę. Jestem w szoku i polecam zwrócić na niego uwagę w szafie Essence. Mój kolor to 04 i choć zdjęcia tego nie oddają, jego tonacja jest jasna, oliwkowo – żółta i wygląda bardzo naturalnie.

beglossy essence soft touch mousse

beglossy

chillbox be glossy
To by było na tyle jeśli chodzi o zawartość pudełek, ale to nie koniec informacji dla Was. Jeśli to lub inne pudełka beGlossy przypadły Wam do gustu, to możecie obecnie złapać je ze zniżką. Aby skorzystać z rabatu 20 zł na wszystkie pakiety (nie pojedyncze pudełka!) beGLOSSY, wystarczy przy zakupie klinąć kod: TKJ20MISKEJT. Jest on ważny do 7.02.2018.
Jeśli zaś chodzi o Chillbox – mam dla Was konkurs, w którym jedna osoba zgarnie takie samo pudełko dla siebie. Konkurs znajdziecie na moim Instagramie, więc koniecznie tam zaglądajcie.

Dajcie znać, które pudełko spodobało się Wam bardziej, i jak w ogóle podchodzicie do kwestii zamawiania takich boxów. Dla mnie to “razwmiesięczna” chwila przyjemności i zawsze z ekscytacją czekam na kuriera. A wy?