Czas na kolejną odsłonę kosmetyków do makijażu z logo Semilac – po MATOWYCH POMADKACH (klik) i PALETKACH CIENI, CIENIACH W KREMIE CZY RÓŻACH (klik) przyszła pora na jeszcze coś innego. Dziś coś naprawdę mocnego – pudry prasowane Semilac, a jako kropka nad i – pojedyncze cienie. Kosmetyki te nie są dostępne w drogeriach, pomyślałam więc, że przyda się Wam odrobinę bliższe spojrzenie na nie i postawienie sobie odwiecznego pytania: czy warto? Po kilku tygodniach testu pora na podsumowanie i wnioski. Czy jest kolorowo?

Zaczynając od podstaw, pogadajmy chwilę o pudrach. Obstawiam, że 90% z Was po ten kosmetyk sięga regularnie – wystarczy mieć cerę mieszaną, żeby bezwzględnie go potrzebować. W moim przypadku, puder jest ze mną zawsze – i o ile podczas makijażu chętnie stosuję prasowany, wciskany wilgotnym beautyblenderem, tak w torebce muszę mieć ze sobą wersję prasowaną. Poprawki w ciągu dnia są konieczne i podejrzewam, że znacie ten ból. Tym bardziej ochoczo podeszłam do Semilacowych pudrów, bo są one i prasowane, i w przepięknych opakowaniach z lusterkiem i gąbką – a to mój idealny typ. Czy dalej też jest idealnie?

Pudry matujące Semilac

Pudry matujące Semilac dostępne są w trzech odcieniach beżu i w wersji transparentnej. Każde z opakowań, konsekwentnie przypominających czekoladę, kryje w sobie 7g produktu (wyjątek – wersja transparentna, tutaj – 5g). Opakowania są solidne, nie ma szans na samoistne otwarcie, a dołączona do nich gąbeczka – spora i dostosowana kształtem do wytłoczki zawierającej puder.

Formuła i jakość pudrów Semilac

Wszystkie pudry łączy mocno sprasowana, jedwabista formuła, która naprawdę, z ręką na sercu, nie pyli. Jasne, wiele zależy od tego czy będziemy w tych pudrach świdrować pędzlem jak dzik w jeżynach (czasem widzę takie wachlowanie na filmach na YT – nie róbcie tego), ale jeśli normalnie, po ludzku skorzystamy z pędzla lub aplikatora – nie ma mowy o chmurze pudru unoszącej się dookoła. Pudry są satynowe, miękkie i odrobinę kremowe. Bez problemu chwytają się pędzla i ładnie wklepują, co ciekawe – ich zwarta konsystencja nie przekłada się na ciężki czy widoczny rysunek na skórze. U mnie widać to jak na dłoni – gdy puder jest kiepski, naniesiony na skórę natychmiast tworzy warstwę podkreślającą pory i zmarszczki. Tutaj odwrotnie – gdy pierwszy raz nałożyłam puder w odcieniu Light Beige, odniosłam wrażenie delikatnego bluru. Puder wygładza, optycznie spłyca linie i po prostu zgrabnie wykańcza makijaż – niezależnie czy zaserwujemy go na podkład rozświetlający, czy matujący.

Pudry matujące Semilac

Kolorystyka pudrów Semilac

Trzy kolorowe pudry utrzymane są w trzech różnych tonacjach beżu – nr 20 Light Beige to najjaśniejszy, dość porcelanowy, chłodny typ. 30, Medium Beige, to mój faworyt – cieplejszy, słoneczny odcień z kroplą żółci, oliwki – wyjątkowo zdrowy i twarzowy. Numer 40, o złowieszczo brzmiącej nazwie Natural Tan, to też nie żadna pomarańcza. To kolor trochę bardziej karmelowy, oczywiste, że ciemniejszy – ale wciąż nie jest to coś, za pomocą czego narobimy sobie plam albo będziemy wyglądać jak po pomyleniu pudru z brązerem. U mnie na etapie obecnie uzyskanej opalenizny, pięknie ujednolica kolor twarzy odrobinę do reszty ciała za jasnej.

Pudry Semilac

Pudry Semilac

Semilac Transparent Pressed Powder – puder transparentny

Bardzo cieszy mnie, że Semilac postawił także na wersję pozbawioną koloru. Porządny, biały puder będzie dobry zawsze wtedy, gdy nie do końca odpowiada nam którakolwiek wersja beżu, lub mamy tak idealnie dobrany podkład, że po prostu nie chcemy tego w żaden sposób zmieniać. Ten puder jako jedyny ma nieco mniejszą pojemność – 5g, ale biorąc pod uwagę niepylącą formułę, obstawiam że wydajność i tak będzie zadowalająca. Puder nie bieli, nie zostawia mącznej warstwy w żadnej problematycznej strefie (skrzydełka nosa, pod oczami) – wszystko tutaj jest w porządku.

Semilac puder transparentny

puder Semilac

Rozświetlające, pojedyncze cienie Semilac

Na osłodę tego czarno-biało-beżowego klimatu – kropla koloru, czyli rzut okiem na kolekcję błyszczących, pojedynczych cieni Semilac. Wiem, że większość z Was najchętniej sięga po palety, ale gdy chodzi o tak specyficzne, kremowe błyskotki – zdecydowanie forma pojedynczej czekoladki ma sens i uzasadnienie. To cienie o ogromnej dawce blasku, których nie zastosujecie codziennie – umieszczenie ich więc w rozbudowanej palecie nawet 5 odcieni byłoby po prostu zbyteczne. Z informacji technicznych istotne jest to, że cieni mamy obecnie do wyboru 10, każdy z nich to dosłownie maluch – 1,2g a cena to 15,90zł za sztukę. Ciekawostką jest fakt, że każde z tych mini pudełeczek mieści w sobie lusterko. Myślę, że porównanie do czekoladek nasuwa się samo, przyjrzyjmy się więc tym słodziakom.

Pojedyncze cienie Semilac

Pojedyncze cienie Semilac

Pojedyncze cienie Semilac

Pojedyncze cienie Semilac

Cienie Semilac – kolorystyka

Podzieliłabym te pojedyncze błyskotki na trzy obozy. Mamy neutralne odcienie szampana, złota i brązu; jest lilia i wrzos, a wreszcie – reprezentacja ciemnych i głębokich tonów granatu, zieleni czy czerni. Jaśniejsze cienie to więcej blasku niż pigmentu, właściwie kolorystycznie tylko akcent danej tonacji, za to ciemne – to już intensywny i głęboki kolor, na który trzeba przy aplikacji uważać. Jak stosować takie cienie? Odpowiedź jest jedna- jak tylko chcecie. Miękkie, masełkowe cienie będą idealne i do wyrazistego, wieczorowego smoky, i jako rozświetlający akcent w makijażu dziennym (jak u mnie). Choć uwielbiam maty do zbudowania głębi i kształtu oka, odrobina szampańskiego cienia na środku ruchomej powieki to u mnie niesłabnący zwyczaj który prawie zawsze stosuję. Na oku zobaczycie poniżej u mnie – bazę stworzoną przy pomocy palety Warm Nude, i błyszczący akcent uzyskany za pomocą pojedynczego cienia Brightening Gold 412. Muszę przyznać, że dodał sporo głębi w tak banalnym, dziennym makijażu i ja ten efekt bardzo lubię.

W tym makijażu wykorzystałam: puder matujący Semilac w odcieniu 30 Medium Beige, paletę cieni Warm Nudes, pojedynczy cień rozświetlający nr 412 Brightening Gold, matową pomadkę w płynie Semilac nr 121 Ruby Charm. W roli rozświetlacza – ten sam rozświetlający cień.

Cienie są miękkie, kremowe, odrobinę mokre – i ze względu na niejednolitą tonację, mienią się różnymi drobinami, dając efekt przypominający taflę rozświetlacza – tyle, że w danym kolorze.

Jak widzicie, dzisiejszy wpis to ze skrajności w skrajność – od matu, po błysk. W 100% podpisuję się pod pudrami, a polubiłam je za trzy cechy: jedwabista formuła, brak widoczności na skórze i długotrwały efekt – na mojej kapryśnej, mieszanej cerze zdrowy mat utrzymuje się do 5-6h, co jest wynikiem bardzo dobrym. Rozświetlające cienie to przede wszystkim urokliwy dodatek, ale w czasach dążenia do kosmetycznego minimalizmu, możliwość wybrania sobie takiego akcentu i jego poręczność – są także na duży plus.

Dajcie znać, czy i które kosmetyki z dzisiejszego wpisu wpadły Wam w oko – i śledźcie bacznie mój Instagram, bo tam wkrótce kolorowa niespodzianka całkiem sporego kalibru!