Od momentu, gdy pierwszy raz usłyszałam – a raczej, przeczytałam – to określenie, uznałam je za absolutnie moje i biorąc pod uwagę brak drugiego imienia, mogę z powodzeniem posługiwać się właśnie nim. A skoro tak, a w kalendarzu za trzy dni listopad – nie ma lepszego momentu na zaopatrzenie się w jesienne atrybuty. U mnie wjechała już herbata z goździkami, na kanapie wylądowały cztery nowe pledy, a w Netflixie czekają na odpalenie Gilmore Girls. Niemniej jednak dziś nie o tym, a o nowym arsenale świec, jakie u mnie tej jesieni debiutują – jeśli lubicie jesienne aromaty, poznajcie bliżej moje trzy łupy Bath & Body Works.

Dotychczas moje świeczkowe zapasy były polem bitwy pomiędzy Yankee Candle a Woodwick. Uwielbiam te świeczki i w zasadzie jakoś tak nie po drodze mi było z marką Bath & Body Works – długo nie było ich w Polsce, potem w końcu sklep pojawił się nawet w Krakowie. Kupowałam czasem jakiś żel albo zapach do samochodu, ale świece – wciąż nie. Któregoś razu jednak, mając do wykorzystania kupon w Notino, stwierdziłam – to ten moment. Tym samym, trafiły do mnie trzy zapachy – jeden stuprocentowo jesienny, dwa pozostałe… nieoczywiste, ale no – piękne. Dlaczego takie? Powiem krótko – kombinacja mocno sugestywnej etykiety z opisem nut zapachowych wystarczyła, żeby ustrzelić trzy typy i wkrótce potem już móc cieszyć się zapachowym trio. A teraz postaram się Wam te zapachy przybliżyć, tak, żebyście mogły poczuć to co ja, tuż po rozpakowaniu paczki.

1.Cinnamon Irish Cream

Na dobry początek – najbardziej typowy, uroczy, jesienny zapach w postaci świecy z dymionego, złoto beżowego szkła. Nie będę Was czarować – gdy zobaczyłam na etykiecie wiewiórkę, wiedziałam, że TO będzie ta świeca na jesień 2019. Nie wczytywałam się w nuty zapachowe aż tak wnikliwie, poszłam tu na żywioł. A czym ten żywioł pachnie? Mówię wprost – będzie słodko. Słodko i spożywczo. Dlaczego? Już po odkryciu wieczka świecy (swoją drogą – kolejny piękny element), naszemu nosowi ukazuje się wyraźny, mocny i głęboki aromat który pachnie jak połączenie waniliowego budyniu, cynamonu i likieru czekoladowego. To taka kompozycja, którą z powodzeniem możnaby wpakować do kubka, podgrzać i serwować komuś ze zmarzniętymi od wiatru policzkami, otulonemu w kraciasty koc. Kremowy, miękki i mocno waniliowy zapach idealny dla zwolenniczek (i zwolenników) słodyczy – nawet mnie o dziwo nie wprawia w ból głowy, jest więc to słodycz fajna, bo naturalna i faktycznie można dać się zwieść temu, że w miejscu gdzie pali się ta świeca, serwowane jest coś pysznego.

2.Paris Cafe

Pierwsza z dwóch “miejskich” świec, które wybrałam – Paris Cafe. Tutaj kupiła mnie turbo elegancka stylistyka świecy, spychając zapach na dalszy plan. Guilty as charged. Niemniej jednak – rozczarowania i w tym względzie nie ma. Uff, od czego zacząć z tą świecą. Może opiszę to tak, oddając odrobinę pola swojemu podróżniczemu zmysłowi. Chociaż do Paryża jeszcze nie było mi po drodze, to w wielu europejskich miastach zdarzało mi się bywać w kawiarniach – ukrytych w uliczkach Pragi, Londynu, Rzymu,  Wiednia – skąpanych w słońcu lub deszczu i … w tym zapachu właśnie. Losie, tak chyba pachnie niebo – jeśli kochacie kawę. Paris Cafe pachnie prażoną kawą w połączeniu z palonym cukrem – co daje takie najsłodsze połączenie ciepłej i przytulnej kawiarni, w której co chwila bucha para z ogromnego ekspresu, a do kawy dużymi chlustami wlewają się syropy klonowe, cynamonowe i czekoladowe. Paris Cafe, jeśli zamkniecie oczy, przenosi do klimatycznej, liczącej kilkadziesiąt lat kawiarni – nie żadnego tam Starbucksa. Pachnie jak kawowe ciastko, albo podwójne espresso z centymetrową pianką. Jeśli kochacie kawę – to to jest kawiarnia w postaci świecy. Cudowny zapach do odpalenia w chłodny, jesienny lub zimowy poranek. Ona również dla wrażliwszych nosów może nawet nie wymagać palenia – gdy postawiłam ją, pozbawioną wieczka, na stoliku kawowym – pachniała jak oszalała bez grama płomienia.

3. New York City Champagne Toast

Wieńcząc podróżnicze klimaty w postaci świec, zmierzam ku końcowi i mamy tu energiczny plot twist w postaci już nie tak słodkiej – New York City Champagne Toast. Oszczędzę Wam tłumaczenia, dlaczego wybrałam ten zapach. Nowojorska świeca, z bajeczną etykietą w postaci tłoczonej, rysunkowej panoramy z charakterystycznymi elementami Brooklynu i ukrytym pomiędzy budynkami psem (!) to najbardziej wytrawna i rześka z trzech dzisiejszych propozycji. Co czujemy pod wieczkiem? W nos uderza kompozycja musujących cytrusów i owoców: pomarańczy i jagód, pływających w kieliszku wina musującego. Ta nuta wina ma tu kluczowe znaczenie – same owoce byłyby słodkie, albo trochę mdłe, a za sprawą tej szampańskiej nuty – całość jest taka trochę bardziej wytrawna, intensywna, cierpka. Piękny, elegancki zapach, wspaniały do odpalenia w sobotę po południu, w czystym mieszkaniu, popijając rzeczone wino, albo siedząc w glinkowej maseczce na twarzy. Obojętnie – ważne, że zapach jest świeży, rześki i wprawia po prostu w dobry nastrój.

Uff, czuję, że jak zwykle w przypadku zapachów, trochę popłynęłam – ale sorry not sorry, wydaje mi się, że zapachy w towarzystwie takiej wizualnej otoczki są jednak łatwiejsze do wyobrażenia. Mam taką nadzieję! Techniczna informacja jest taka, że wszystkie te świece mają 411g, pokryte są szczelnymi wieczkami, a w środku liczą sobie po trzy knoty dla równomiernego palenia. Jak wspomniałam, zapachy są tak intensywne, że wydzielają się z powodzeniem nawet bez palenia – co jest idealne dla takich chomików jak ja, którym te świece zawsze palić szkoda i je tak zbierają zamiast zużywać.

Mam nadzieję, że moje aromaterapeutyczne wynurzenia przemówiły do Waszych zmysłów, a jeśli tak – to mam dobre wieści: lada dzień na moim Instagramie wystartuje konkurs, w którym do zdobycia będą właśnie dowolnie wybrane przez Was świece Bath & Body Works dostępne w Notino. Zachęcam, żeby być na bieżąco – www.instagram.com/miskejt.pl – i pilnować tego tematu, bo krótko mówiąc – warto!

To co – która świeca wygrywa dzisiejszy plebiscyt? 🙂